Orient powszedni: przerwa w podróży

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Stało się nieuniknione. Przyjaciółka odeszła. Zasnęła na zawsze we wtorek przed południem w hospicyjnej sali, trzymana za rękę. Wczoraj odprowadziliśmy ją na miejsce wiecznego odpoczynku. W głowie kłębi się Viatorce i Viatorowi tyle myśli, że nie sposób przywoływać chwil uroczego wytchnienia z kwietniowo-majowej podróży. Trzeba zrobić postój. Przerwę. I pomyśleć. Powspominać. Bo jak nie my, to kto? Celebryci, kabotyni i egocentrycy sami zadbają o rozgłos. Prawdziwy Człowiek o to nie zabiega. My zadbamy, by o Nim pamiętano. Bo jak nie my…

Viatorka

Wracają wspomnienia. Pierwsze spotkanie 18 lat temu: późniejsza Przyjaciółka przyprowadza do klasy szkolnej swojego małego jeszcze, niepełnosprawnego intelektualnie syna, ubranego w czerwone rajtuzki. Jak zwykle, są spóźnieni… Wielu będzie Przyjaciółce robić z tego powodu zarzuty, że zawsze się spóźnia. Ale dlaczego tak się działo wtedy? Rozmawiałyśmy o tym po latach. Po prostu – Przyjaciółka codziennie rano musiała stoczyć ze swym dzieckiem „walkę” – żeby się umył, załatwił, coś zjadł i ubrał się, ale przede wszystkim, aby został w szkole bez niej – bo z powodu swych lęków był od niej całkowicie uzależniony, nie potrafił bez niej funkcjonować, a nawet istnieć.

Te „walki” toczyła Przyjaciółka ze swoim synem przez wiele lat, właściwie aż do końca, i to dzięki nim dziś samodzielnie porusza się on po mieście (choć ciągle poczucie bezpieczeństwa daje mu tylko kontakt telefoniczny, kiedyś z Matką, teraz z siostrą), jest aktorem grupy teatralnej, potrafi zaopiekować się swoim siostrzeńcem, czyta i pisze, mógłby się zapewne w przyszłości nawet całkowicie usamodzielnić… Niestety, dwie urzędowe osoby kierujące placówkami powołanymi do pomocy takim ludziom (paradoks: jedną z tych placówek Przyjaciółka współtworzyła) wpędziły go w takie kłopoty, że może on nawet pójść do więzienia. Przy jego zaburzeniach bardzo trudno go bronić, jest trudny, uparty, często irytujący, ciągle wpada na głupie pomysły i zdarza się mu robić rzeczy „niezgodne z zasadami współżycia społecznego”. Od ponad roku pozbawiony jest specjalistycznego instytucjonalnego wsparcia, a teraz jeszcze stracił najważniejszą dla siebie Osobę…

Ale powróćmy do wspomnień… Był 2005 rok, trwała walka o powstanie ośrodka dla osób niepełnosprawnych. Razem z Przyjaciółką tak bardzo chciała Viatorka stworzyć miejsce, w którym wszyscy potrzebujący i ich bliscy znajdą wsparcie. Przyjaciółka biegała po sponsorach, przekonywała władze, organizowała wolontariuszy do remontu i porządków. Zajmowało jej to tyle czasu, że ludzie myśleli, że jest zatrudniona na etacie. Bo kto by tak społecznie i całkowicie bezinteresownie poświęcał tyle wysiłku dla idei?

No i udało się, powstał nie jeden, ale aż trzy takie ośrodki, z których dziś jednocześnie może korzystać 100 osób: niepełnosprawnych intelektualnie, chorych psychicznie, niesprawnych ruchowo i starszych.

Potem Przyjaciółka organizowała świetlice środowiskowe i artystyczne, półkolonie, wycieczki, imprezy integracyjne, hipoterapię, zajęcia na basenie… Przez kilkanaście lat wspierała też ubogich i cierpiących, biorąc udział w zbiórkach żywności czy wspomagając powstanie i działalność hospicjum. Zawsze społecznie i zawsze bezinteresownie.

Nosiła ze sobą aż trzy telefony: jeden dla syna i pozostałych dzieci, drugi prywatny dla innych osób i trzeci dla potrzebujących. A one bez przerwy dzwoniły, nie można było z Przyjaciółką spokojnie porozmawiać. Na każde zawołanie, na każdą potrzebę szybko wsiadała do samochodu i spieszyła z pomocą.

Zawsze podkreślała, że kocha to, co robi… KIEDY ZNAJDOWAŁA NA TO WSZYSTKO CZAS I SIŁĘ?

Przecież sama tak wiele w życiu przeżyła. Wychowała czwórkę dzieci, w tym niepełnosprawnego syna, a przez ostatnie dziewięć lat wspierała swą córkę w samotnym wychowaniu jej autystycznego dziecka. Osiem lat temu straciła ukochanego męża w tragicznym wypadku w zakładzie pracy, potem sama miała wypadek i stała się niepełnosprawna. No i w końcu ta straszna choroba, która zabrała ją w takim cierpieniu i tak młodo… Miała tylko 59 lat.

A Ona mimo wszystko zawsze była sobą, zawsze robiła to, co uważała za słuszne. Nie kalkulowała, nie bała się, że komuś się narazi i potem będzie miała kłopoty. Walczyła o prawa słabszych i pokrzywdzonych, ale też o swoje dziecko. Niestety, kiedy zachorowała i zabrakło Jej sił, przyszedł czas, że ta Jej niezłomność obróciła się przeciwko Niej i jej synowi. Spotęgowało to Jej cierpienie…

Prawie półtora roku temu, gdy dopiero co zdiagnozowano u Niej chorobę, dwie osoby sprawujące ważne funkcje urzędowe złożyły w Prokuraturze przeciwko Niej pozwy. Pierwszy zabolał ją chyba najbardziej – wniosek o zmianę opiekuna prawnego dla Jej syna. Bo jakoby nie ma z Nią kontaktu, podobno ma postawę roszczeniową, a nawet obojętną i od początku nie dało się z Nią współpracować. Z Nią, która poświęciła życie nie tylko swojemu dziecku, ale też innym niepełnosprawnym. Z Nią, która nawet będąc w szpitalu setki kilometrów od domu, odpowiadała na wszelkie pisma. Z Nią, z którą wszyscy inni jakoś świetnie potrafili współpracować, tylko nie owe dwie urzędniczki… Prokuratura na szczęście ten wniosek oddaliła.

Ale pozostałych dwóch już nie. Po ponad roku, miesiąc przed odejściem Przyjaciółki, syn odebrał akt oskarżenia. Tydzień przed Jej śmiercią odbyła się pierwsza rozprawa przed sądem karnym. Czekała na nią z niepokojem, nie mogła już w niej uczestniczyć.

Zarzuty przeciwko Jej synowi: znieważył słownie kierownika i pracowników placówki. Absurd! Specjalistyczna placówka, powołana do pomocy i ochrony, stawia swojego podopiecznego upośledzonego umysłowo, całkowicie ubezwłasnowolnionego, przed sądem karnym za zachowania wynikające z wprost z jego zaburzeń. Uderzył koleżankę, zastraszał i wyzywał kolegę… Viatorka zajmuje się tą sprawą od roku i ma swoje zdanie – takie zarzuty nigdy nie powinny powstać, wszystkim tym problemom placówka mogła i powinna była zapobiec. Tylko jak to wytłumaczyć komuś, kto nie zajmuje się tematem? Do tego trzeba godzin, a nikt nie chce słuchać…

Odchodziła więc Przyjaciółka pogrążona w lęku o przyszłość syna. Z obawami o przyszłość swych dzieci mierzą się wszyscy rodzice osób niepełnosprawnych intelektualnie. Ale kto umiera ze świadomością, że ich dziecko może trafić do więzienia, gdzie na pewno sobie nie poradzi, nie przeżyje zapewne nawet kilku dni? Absurdalne i niesprawiedliwe. Ironia losu: gdyby Przyjaciółka nie przyczyniła się do powstania tej placówki i nie powierzyła jej swojego dziecka, może byłoby inaczej? A Ona już nie mogła niczego zrobić, tylko wierzyć, że gdy Jej zabraknie, przyjaciele nie pozostawią syna bez pomocy. Ale czy przyjaciele dadzą radę z bezduszną machiną…

I jeszcze kilka obrazków…

Lata temu: Przyjaciółka pełna energii, uśmiechnięta, a wokół niej mnóstwo ludzi, którym pomaga. Ciągle dzwoniące telefony, niezamykające się drzwi od Jej mieszkania. Doceniana przez władze, uczestniczy w różnych ważnych gremiach.

Ostatnie półtora roku: bezdennie smutne oczy i wielkie cierpienie, lęk o syna. I garstka przyjaciół, których można policzyć na palcach jednej ręki. Nieliczni, ale wierni – trwają przy Niej do końca. Nikt poza nimi nie reaguje, kiedy urzędnicy robią z Niej człowieka nieodpowiedzialnego, roszczeniowego, niemal pieniacza.

A po śmierci? Piękne artykuły w gazecie, reportaż w telewizji, kondolencje składane nawet przez tych, którzy z ostatniego roku Jej życia zrobili piekło. Na pogrzebie znowu tłumy, takie jak kiedyś, kiedy działała i była pomocna. I piękna pogoda, świeciło słońce. To było poniekąd oczywiste – zawsze śmiałyśmy się, że kiedy Przyjaciółka jest na jakiejś imprezie, to na pewno pogoda dopisze. Ludzie się wzruszali, mówili miłe słowa, wspominali.

Tylko czy jutro pomogą osieroconemu, niepełnosprawnemu człowiekowi, który znalazł się na równi pochyłej i ustrzegą go przed wpadnięciem w kolejne tarapaty?

Nadzieja umiera ostatnia…

Viator

W ogrodzie Wędrowca rośnie czereśnia. Wczesna: owocuje zawsze pod koniec maja. W tym roku zaczęła owocować, gdy rozpoczął się pobyt Przyjaciółki w hospicjum. Owoce skończyły się, gdy… no, słowem – skończyły się nagle i za szybko, choć wiadomo było, że się skończą. Ale zjadły je okoliczne dzieciaki i szpaki. Ni Viator, ni Viatorka nie mieli czasu skosztować choćby jednej czeresienki. Apetyt na czereśnie rzecz ważna. Ale są ważniejsze.

Przyglądał się Pielgrzym żałobnikom na pogrzebie. Było ich wielu – to fakt – ale powinno być kilka razy tyle. I, jako rasowy pesymista, czyli realista, tak myśli sobie Wędrowiec i takoż rzecze: Dziatki moje, zaprawdę powiadam wam! Jeśli chcecie dobro czynić na tym łez padole, róbcie to dla samej przyjemności czynienia dobrze. I tylko dla niej. Powiadam wam, wtedy nie zawiedziecie się, ani rozczarujecie! Na wdzięczność nie czekajcie, bo się nie doczekacie. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, nie doczekacie się.

Co dodać? Przyjaciółka już zażywa wywczasu Wielkiej Ciszy. Po stokroć Jej się należał! My wędrujemy dalej. Wiadomo dokąd. Bo też, w gruncie rzeczy, o czym innym, jeśli nie o Tamtej Stronie, medytują Viator z Viatorką podczas swej podróży po bezdrożach Orientu powszedniego? Zresztą, czy są inne tematy warte medytacji? Za tydzień ciąg dalszy. Zapraszamy.

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Agnieszka Fetzka, Tomasz Fetzki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Orient powszedni: przerwa w podróży

  1. Iwona Schweizer pisze:

    Wspaniały, wzruszajacy i smutny wpis!!!!

    Sent from my iPhone

    >

  2. Maciej Wesolowski pisze:

    Wspaniałe słowa. Wzruszyły mnie…dały pewne odpowiedzi kórych jeszcze nie znałem… Dziekuje Agnieszko i Tomku.

  3. Anonim pisze:

    smutna historia o osobie tak oddanej ludziom.,działajacej zupełnie bezinteresownie i tak upokorzonej , no niestety dobrzy ludzie tak są w naszym społeczeństwie traktowani , czytałam i łzy same się cisnęły do oczu, bo pewnych faktów nie znałałam , ,

  4. Ania Anis pisze:

    Cudowny tekst brawo dla autora aż łzy same płyną po policzku . Piękbe prawdziwe słowa Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą. To takie przykre gdy człowiek człowiekowi stworzy piekło na ziemi nawet na ostatnim zakręcie życia. Świeć Panie nad jej duszą.

  5. wanda kucharska pisze:

    wzruszający wpis .ja mogę od siebie dodać ,że była cudowną kobietą -kobieta anioł.Niech spoczywa w pokoju.

  6. Ela Kargol pisze:

    Gdyby nie wasza przerwa w podróży, wasza i waszej przyjaciółki, czytałabym z zainteresowaniem dalej, nie pisząc oto tego komentarza.
    Ile śmierci możemy znieść, doświadczyć, opłakać, a ile jest już tylko abstrakcją, „bo świat trwa, jabłonki kwitną”? Nie byłam w Majdanku, ani w Sobiborze. Znam Auschwitz, Sachsenhausen i Ravensbrück. I tam też rosną jabłonie, żyją ludzie, a wycieczki, owszem wschłuchane w słowa przewodnika najczęściej w ciszy i skupieniu stoją, spoglądają, może się nawet zastanawiają: dlaczego?, czasem wzruszy ich pojedyncza historia, właśnie pojedyncza, bo tyle bólu jesteśmy w stanie udźwignąć. Miliony to już jakaś paranoja. Owszem przy kościach, butach, bucikach, ubraniach mogą nami wstrząsnąć emocje, ale nigdy nie jesteśmy w stanie tej śmierci, zbrodni przeżyć tak, jak opłakujemy przyjaciółkę, ojca, brata, matkę. I nie pomogą tu żadne mauzolea i rocznicowe upamiętniania, choć bez nich może byśmy całkiem zapomnieli.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.