Orient powszedni III

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Nie sposób bez przerwy, zwłaszcza długotrwale, lecieć na skrzydłach najsilniejszych emocji. Obojętne: dobrych czy złych. Grozi to wypaleniem, zapaścią. Dlatego po intensywnych przeżyciach ostatniego tygodnia – krańcowo dotkliwych, choć przecież nieuniknionych – trzeba nieco odetchnąć, „spasować”, jak to mówią. Ciąg dalszy wspomnień z wyprawy będzie przeto dzisiaj raczej pastelowymi farbami malowany. Choć nie tak całkiem: wszak to wciąż podróż metafizyczna. Ciągle na krawędzi.

Viator

Zakończył Viator poprzednią część opowieści stwierdzeniem, iż wjeżdżamy oto na Podlasie. To nie do końca ścisłe. Naprawdę posuwamy się wzdłuż granicy Podlasia i Lubelszczyzny. Bo na przykład Parczew leży jeszcze na Ziemi Lubelskiej.

Jak się okazuje, podąża Viatorostwo, niezamierzenie co prawda, śladami ulubionego przez Wędrowca generała Franciszka Kleeberga. Siedemdziesiąt dziewięć lat temu on też, ze swymi oddziałami, z Włodawy przybył w okolice Parczewa, gdzie dopadli go wkraczający na Lubelszczyznę krasnoarmiejcy. Niech Czytelnicy uświadomią sobie sytuację: jest 29 września, cały Kraj zalany przez dwie potężne wrogie armie, wczoraj skapitulowała Warszawa. Dziś podda się Modlin. Gdzieś tam daleko broni się w okrążeniu już tylko Hel. A tutaj żołnierze Kleeberga w dwudniowej bitwie rozbijają skutecznie i bez większych strat własnych oddziały sowieckie, aby dalej, w ordynku i z bojowym animuszem, pomaszerować na Kock, ku przeznaczeniu. Takiemu, że na przykład generał Kmicic-Skrzyński, jeden z legendarnej legionowej ułańskiej Siódemki Beliny, który dzielnie stawał w owej bitwie, z łaski tegoż przeznaczenia umrze sobie spokojnie anno domini 1972 w Manchesterze, a nie skończy w kwietniu roku 1940 gdzieś w Charkowie czy innym Twerze z kulą w czaszce…

Pył bitewny opadł, sygnałówki ułańskie zamilkły. Miasteczko i jego mieszkańcy trwają w błogim spokoju. Tym bardziej, że to przecież długa majówka, pogoda też sprzyja. I dobrze – tak powinno być.

Nie chce zakłócać Viator tej ciszy. Rusza dalej. Ale tutaj pożegna chłopców z Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie”. Oni poszli stąd prosto na zachód. Pielgrzym podąża w kierunku północno-zachodnim.

Skoro Radzyń jest Podlaski, to teraz już z pewnością Wędrowcy wkroczyli na Podlasie. Radzyń – owszem – Podlaski, ale renesans wciąż lubelski. Kościół Świętej Trójcy, tak jak świątynia dedykowana w Łęcznej Marii Magdalenie, smukły, elegancki i proporcjonalny.

A droga ku niemu wiedzie przez bramę-dzwonnicę, zwieńczoną wizerunkiem Oka Opatrzności. Wiele już spotkał Wędrowiec na swej drodze Ócz Wszystkowidzących, ale takiego, otoczonego cherubinkowatymi puttami, jeszcze nie.

Ładne to i milutkie. Szkoda tylko, że promienie otaczające Oko są w rzeczywistości zaledwie błędnymi ognikami. Zaś Opatrzność okazuje się, jak to genialnie ujął mistrz Przybora, jedynie Opacznością. No, ale pomarzyć o troskliwej opiece znad obłoków zawsze można, byle nie nadmiernie. Bo jak się człowiek za bardzo przejmie rolą pieszczocha niebios, to umiar traci. Taki Eustachy Potocki chociażby: owszem, człek zasłużony, patriota, generał waleczny i gospodarz zawołany swych rozległych dóbr. Ale jednak magnat do szpiku kości. Cóż z tego, że wszyscy arystokraci uważali za absolutnie naturalne i właściwe to, iż żyją z krwawicy i krzywdy chłopa pańszczyźnianego, traktowanego niejednokrotnie jak bydło, jak inwentarz? Czy Jaśnie Oświecony Potocki posunął się do takich zachowań, tego Viator nie wie. Ale faktem jest, że wtedy, gdy jego poddani tyrali w poniżeniu i wiodło im się, by użyć eufemizmu, skromnie, Wielmożny Eustachy zbudował sobie rezydencję, co się zowie! Opatrzność pozwoliła na to, żeby ludziom tak różnie życie się układało? Ejże, chyba jednak Opaczność to była! I trwa dalej: mimo pełnej świadomości niesprawiedliwości, z jaką mamy do czynienia, Pielgrzym przyznaje, iż rokokowy pałac w Radzyniu jest piękny i… dobrze, że powstał.

Ale nawet taki pupil losu jak Potocki musi kiedyś wszystko zostawić: komnaty, parki i ogrody, bale i polowania. Do grobu tego ze sobą, jak słusznie prawią, nie weźmie

Mądra Księga ostrzega: gdzie bowiem jest skarb twój, tam będzie i serce twoje. Toteż nie może się dusza pana Eustachego od pałacu oderwać i w niebiosa swobodnie ulecieć. Krąży, w ptaka wcielona, pilnując swych włości. Czyż nie?

Dokonawszy banalnej konstatacji, iż transit gloria mundi, kierują się Viator z Viatorką na północ. Międzyrzec. Podlaski, rzecz jasna. Jeszcze jeden pałac rodu Potockich. Młodszy od radzyńskiego i zdecydowanie mniej efektowny (nawet nie chciało się Wędrowcowi stosownej fotki „cyknąć”). Za to naznaczony grozą egzystencjalną. Krwią bowiem spłynął podczas Krwawych Dni Międzyrzeca. Gorący listopad roku 1918, w całej Kongrersówce żołnierze niemieccy generalnie bez stawiania oporu, a nieraz nawet z wyraźną ulgą, dają się rozbrajać Polakom. Ale nie w Międzyrzecu – tutaj wiarusi z Ober-Ostu kontratakują, mordując 22 peowiaków zakwaterowanych właśnie w pałacu Potockich; ginie też 22 cywilów. Zaprawdę, niepodległość nie kosztowała dwóch groszy i dwóch kropel krwi. Dlatego cenić ją trzeba wysoko.

Nie pierwszy to ani ostatni raz, gdy Międzyrzec się skrwawił. Dwie dekady później odmęty doliny Gehinnom pochłoną dwie trzecie ludności miasta. Nie trzeba dodawać, które dwie trzecie. Część ofiar wywieziono do Treblinki, część do Majdanka, czyli tam, skąd teraz przybywa dwójka Wędrowców. Czy po Całopaleniu została wyrwa? Niezasypana dziura? Niezagojona rana? Trudno orzec. Na rynku stoi posąg; jeden z najciekawszych pomników Zagłady, jakie miał okazję oglądać Viator.

Tałes jak szorstki całun otula skuloną w rozpaczy i zadumie postać. Inskrypcja głosi: Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi. Czy wystarczająco głośno, by inni bracia usłyszeli? Bynajmniej nie o to chodzi, iż tuż obok, na lewo od pomnika, stoi motocykl. A kilka metrów dalej całe stado takich maszyn. Rynek jest nimi szczelnie zastawiony. Długa majówka. Zjazd harleyowców. Fiesta.

Rzecz nie w tym, iż dziś w Międzyrzecu naprawdę trudno o ciszę. Przecież życie musi trwać i rozkwitać – taka jego uroda. A że zabawa toczy się na ziemi przesiąkniętej krwią? To nie specyfika Orientu powszedniego. Wszędzie jest tak samo. Pielgrzym nie gorszy się. To dobrze, że ludzie żyją, świętują, są razem. Tak ma być! Chodzi o to, czy wołanie krwi brata jest tutaj w ogóle kiedykolwiek przez kogoś słyszane. Czy coś z niego wynika. Motocykliści przejechali tędy z rykiem silników? I dobrze, przeciw temu krew brata nie woła. Ale jeśli znów przemaszerują tędy z rykiem gardziołek schludni czciciele bogini Nacji z głupawymi opaskami na rękawach?

Kierunek wschód! Tam, jak mówił klasyk, musi być jakaś cywilizacja. Jest! Biała Podlaska – barok i melanż.

Barok tutejszy niejedno ma imię. Porównajmy choćby kościół klasztorny pod wezwaniem św. Antoniego i parafialną świątynię Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Inne światy.

Kapucyni, a wcześniej reformaci, to franciszkanie (świadczą o tym wizerunki Świętego Serafickiego i świętej Klary na tympanonie), więc wypadałoby, aby wypadło skromnie: nie jest to, ukochany przez Viatora, kapucyński barok toskański, ale okolice już jak najbardziej te.

Fara, choć też obiekt poklasztorny, bazyliański ściśle rzecz ujmując, skromnością się nie przejmuje, a jej monumentalność podkreśla dodatkowo oprawa z obłoków na niebie. Viator już dawno przypuszczał, iż twórcy baroku byli silnie zapatrzeni w cirrusy i cumulusy. W Białej Podlaskiej znalazł na to dowód.

Jest tu jeszcze kościół pod wezwaniem św. Anny. Nie tak wyrazisty. Barokizowany raczej, niż barokowy. To jednak nieistotne. Ważne, że przez pierwsze ćwierćwiecze swego istnienia służył Braciom Polskim jako ich zbór. Wspomniał Wędrowiec o melanżu – jest melanż. Zbór ariański staje się z czasem świątynią katolicką. Greckokatolicka, unicka cerkiew bazylianów, (oj, pojawią się jeszcze boleśnie ci unici w viatorowej podróży!) też się zlatynizowała. W pofranciszkańskim kościele, zanim stał się w 1918 roku na nowo katolicki, przez wiele lat, pod zaborami, prawosławni sprawowali swą Boską Liturgię. Dodajmy pięć synagog (do dziś dochowała się z trudem jedna). Tutaj, w krainie Orientu powszedniego, taki tygiel to nic nadzwyczajnego. Aby zamieszanie dopełniło swej miary, rusza Viator na południe (tak sobie dziś cały dzień meandruje, wiadomo – gzygzakowaty życia sznur by, minąwszy Łomazy, dotrzeć do Studzianki.

Mizary w Kruszynianiach i Bohonikach zdążył już Pielgrzym niegdyś poznać. Tutejszą muzułmańską nekropolię widzi po raz pierwszy.

Cmentarz służył Tatarom osiedlonym w Studziance przez Jana III Sobieskiego oraz ich potomkom, od XVII wieku do II Wojny Światowej. Dziś wyznawców islamu już tutaj nie ma, ale w żyłach wielu mieszkańców wioski płynie tatarska krew. Krew gorąca, bohaterska, gotowa do tego, by ją przelewać za nową Ojczyznę. Mizar studzianecki piastuje szczątki rotmistrzów, majorów, pułkowników, a nawet jednego generała – Józefa Bielaka.

Na starszych kamieniach nagrobnych autentyczne arabeski, czyli napisy ryte alfabetem arabskim oraz jakieś tajemnicze symbole, których znaczenia Wędrowiec nie zna. Na nowych nagrobkach inskrypcje: czasem rosyjskie, ale częściej polskie.

Nie chce Viator upraszczać na siłę problemu, lecz patrząc na dziedzictwo Polaków-Tatarów dochodzi (po raz kolejny zresztą) do wniosku, że lęk przed obcymi, niechęć do przybyszów, nie jest wyrazem siły i narodowej dumy, ale kompleksów strachem podszytych. Jeśli ktoś aż tak nisko szacuje wartość swej kultury, że boi się jej konfrontacji z tym, co przychodzi z zewnątrz to… to jego problem, nie Viatora.

A tutaj sobie wschodnie z zachodnim zgodnie kohabituje, Tatarzy krew za Rzeczpospolitą przelewali, a ich potomkowie palą na grobach bohaterskich islamskich przodków znicze krzyżem znaczone. Po prostu – Orient powszedni!

Chyba nie bardzo wyszło Wędrowcowi to malowanie pastelami… Może się uda za tydzień.

Viatorka

Intensywny to był dzień, jego trudy zaczęła Viatorka odczuwać już przed Parczewem (bo przecież tegoż dnia zdążyła już odwiedzić Włodawę i Sobibór). Nie miała siły wysiadać z samochodu, żeby z bliska obejrzeć pamiątki dawnych lat i powspominać historię, choć generała Kleeberga darzy, tak samo dużą jak Viator, estymą.

Piękna pogoda, cieplej niż zakładała Viatorka w najśmielszych marzeniach… Tylko obolałe, puchnące nogi i, od czasu do czasu, łupiący krzyż stale przypominały, że ze zdrowiem jednak nie jest najlepiej…

Nie mogła więc zmienić Wędrowca za kierownicą, chociaż tego dnia był on jakiś rozkojarzony i miał „ciężką nogę”. Refleksu mu jednak starczyło na tyle, by dzięki sprawnemu ruchowi kierownicy ominąć zaskrońca wygrzewającego się na środku rozgrzanej drogi.

Przemieszczając się z Parczewa do Radzynia Podlaskiego trochę Pielgrzymi zbłądzili, zamiast główną drogą pojechali bocznymi. Ale to dobrze, lubimy przecież takie wycieczki, zanurzenie w krajobrazy i przyrodę. Inne niż na Łużycach. A te widoki! – świeża zieleń, mnóstwo mleczy, nieprawdopodobna ilość bocianich gniazd i małe, stare, drewniane, urocze chatki, obok nowych, murowanych domów. Są tak małe, że Viatorka ze zdumieniem rozważa, jak mogła się w nich pomieścić cała rodzina, niegdyś przecież bardziej liczna.

I tak sobie jechaliśmy boczną, mało uczęszczaną drogą, podziwiając widoki wyłaniające się zza kolejnych zakrętów, aż zza jednego z nich wyłonił się… pan Policjant z „suszarką” w dłoni, a za nim radiowóz. No tak, o dziwo, od jakichś stu metrów to był obszar zabudowany, a pan kierowca (czyli Viator) przekroczył prędkość. Z czym dyskutować? Mandat, punkty karne, sympatyczna rozmowa z Panem Władzą, nawet dowcipy o różnicach między żoną i terrorystą (choć przecież Viatorka zachowała stoicki spokój i powstrzymała się przed wypowiadaniem komentarzy w stylu „a nie mówiłam”).

Tak więc w miłym, mimo wszystko, nastroju i z dużo „lżejszą” nogą Viatora, ruszyliśmy dalej.

Pałac w Radzyniu Podlaskim o spokojnej, niekrzykliwej urodzie, otoczony drzewami, nad stawem. Jeśli przyszłoby mieszkać Viatorce w pałacu, to właśnie w takim

W Międzyrzecu Podlaskim huk motorów, mnóstwo ludzi, aż znowu nie chce się wysiadać z samochodu.

Biała Podlaska. Ta nazwa wzbudzała w Viatorce od dzieciństwa jakiś dziwny sentyment. Urocze miejsce, choć różniące się od wyobrażeń.

W końcu mizar w Studziance: ciche miejsce wiecznego spoczynku, inspirujące do spokojnej refleksji oraz przemyśleń i o życiu i o umieraniu, które, choć tutaj akurat „egzotyczne”, to jednak pisane wszystkim.

Czas ruszać w dalszą drogę, bo do zachodu słońca jeszcze daleko.

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Agnieszka Fetzka, Tomasz Fetzki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.