Orient powszedni VI

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Sforsowawszy Bug mostem we Frankopolu wjeżdża Viatorostwo do Drohiczyna. Chwilę się tu Wędrowcy zatrzymają. Raz, że zmęczenie po spływie kajakowym daje się we znaki. Dwa, że miasto godne jest uwagi: będzie trochę o historii, co obiecał tydzień temu Viator Czytelnikowi Maciejowi. Trzy – ten krótki odpoczynek to swego rodzaju trampolina przed skokiem; do końca dnia wciąż daleko i wiele jeszcze Pielgrzymi dziś zobaczą. Ale o tym za tydzień.

Zdecydowanie najpiękniejsza panorama miasta rozciąga się z lewego, południowego brzegu rzeki. Raz jeszcze warto ją sobie przypomnieć:

Drohiczyn rozsiadł się na wysokiej skarpie nad Bugiem. Położenie takie, że aż prowokuje kłopoty z wielką historią!

Viator urodził się, wychował i mieszka, a zapewne także pożegna się z tym łez padołem, w niewielkim, około czterdziestotysięcznym mieście. Nigdy nie rościł sobie pretensji do wielkomiejskości. Ale, nawet z jego perspektywy, Drohiczyn to naprawdę malutkie (i senne – zwykle w taki związek frazeologiczny łączy się to w polszczyźnie) miasteczko. Gdzie się pomieściła ta wielka historia?

Na przestrzeni dziejów zdążył być Drohiczyn twierdzą graniczną i przedmiotem ciągłego sporu między Rusią Kijowską (potem zaś Litwą) a Mazowszem (następnie, co oczywiste, Polską): Polacy trzymali lewy brzeg, na prawym rządzili: Jarosław Mądry, Daniel Halicki, Trojden, Olgierd, Kiejstut i Witold. Po zjednoczeniu Korony z Litwą miasto straciło funkcję umocnionej rubieży, a zyskało rangę stolicy województwa Podlaskiego i, co za tym idzie, silną pozycję gospodarczą. Wzrosła liczba ludności, pobudowano liczne świątynie katolickie, prawosławne i unickie. Bogactwo pogranicza.

Istniały właściwie dwa grody: Drohiczyn Lacki na, nie wiedzieć czemu, ruskim, czyli północnym brzegu i, konsekwentnie, Drohiczyn Ruski na brzegu lackim, polskim, południowym. Ten drugi już nie istnieje: po szwedzkim Potopie nastąpił upadek ekonomicznej potęgi miasta. Z Drohiczyna Ruskiego pozostały nadrzeczne łęgi, po których brodzą żurawie. Zresztą, nie tylko Szwedzi pustoszyli miasto. Przedtem i potem zapędzały się tutaj zagony mongolskie, jaćwieskie, krzyżackie, tatarskie, siedmiogrodzkie i moskiewskie. Przekleństwo pogranicza!

Stracił Drohiczyn znaczenie gospodarcze, ale zachował kulturowe. Działały tu liczne szkoły, z najsłynniejszym jezuickim Collegium Nobilium (nie mylić, rzecz jasna, z uczelnią pijara Stanisława Konarskiego w stanisławowskiej Warszawie). Takie jezuickie kolegium to, według dzisiejszych kryteriów, coś między liceum a uczelnią wyższą – czyli nie byle co!

A potem, wiadomo: zabory, marazm, upadek. Tym bardziej, że miasto pozostało w granicach Ziem Zabranych, nie znalazło się na terenie Księstwa Warszawskiego ani Kongresówki. Gdyby leżało na drugim brzegu Bugu, to tak, ale w tej sytuacji… Świątynie zmieniały swą przynależność. Zabierane przez Rosjan katolikom stawały się cerkwiami prawosławnymi, a potem, po 1918 roku – na odwyrtkę. Nic nowego, wiele już razy spotkało się Viatorostwo z takimi losu kolejami – koleinami raczej – w swej podróży po Oriencie Powszednim. Specyfika pogranicza.

Dziś stoi w mieście prawosławna cerkiew świętego Mikołaja.

Jest też katolicki, pofranciszkański kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny z klasztorem, pełniącym obecnie funkcję muzeum diecezjalnego.

Diecezjalnego? Ano tak. Zwykle siedzibą diecezji jest większe miasto, ośrodek naukowy, gospodarczy, administracyjny. Zresztą – zawsze tak było. Z drobnymi wyjątkami wszelakoż. Czasami względy historyczne, prestiżowe i diabli… – przepraszam! anieli wiedzą, jakie jeszcze – przemawiały za tym, aby biskup obrał na swą siedzibę miasteczko prowincjonalne.

Drohiczyn przez całe Dwudziestolecie Międzywojenne leżał w Diecezji Pińskiej. Zmiany granic po roku 1945 spowodowały, iż stał się stolicą ostatniego skrawka tejże diecezji, leżącego w granicach Polski. Co Kościół z powagą celebrował, lokując tutaj półoficjalnie siedzibę diecezji, zwanej Drohiczyńską – nazwa Pińska była zbyt ryzykowna i dla władz drażniąca. Zresztą, nie tylko tutaj tak postąpiono: jedyny fragmencik Archidiecezji Lwowskiej, jaki pozostał po wojnie w Polsce, to Lubaczów z okolicami. Oficjalnie twór ów nazywał się Diecezją Lubaczowską, ale i tak wszyscy wiedzieli, że chodzi o Lwowską.

Ostatecznie sprawę uporządkowała w roku 1992 bulla Jana Pawła II Totus Tuus Poloniae Populus, tworząca nową strukturę administracyjną Kościoła Katolickiego obrządku łacińskiego w Polsce. Małe miasteczka, takie jak Lubaczów (wraz z Zamościem co prawda), Pelplin i Drohiczyn, już całkiem oficjalnie, stały się siedzibami diecezji. Ale Drohiczyn jest z nich zdecydowanie najmniejszy: dwa tysiące mieszkańców!

Jest diecezja, to musi być katedra. Jej funkcję pełni pojezuicka świątynia Trójcy Przenajświętszej.

Jest diecezja, to musi być Wyższe Seminarium Duchowne – autentyczna uczelnia wyższa w dwutysięcznym miasteczku – które ulokowało się w zabudowaniach pojezuickiego kolegium (wspomnianego Collegium Nobilium).

To właśnie ten zespół pojezuicki – katedra i seminarium – prezentuje się tak imponująco w panoramie Drohiczyna widzianej z południowego brzegu Bugu. Z bliska też przedstawia się okazale.

Ale na skróceniu dystansu znacznie bardziej zyskuje budowla, która w panoramie przycupnęła skromnie po lewej stronie: w ocenie Viatora najpiękniejsza świątynia Drohiczyna, barokowy kościół sióstr benedyktynek pod wezwaniem Wszystkich Świętych. Ponoć projektował go sam Jakub Fontana. To możliwe, bo rękę mistrza widać tu wyraźnie.

Wichry historii przewiały się. Pozostało wspomnienie dawnej chwały. Pozostała Góra Zamkowa.

Kiedyś, rzecz jasna, stał tutaj zamek: po prawdzie pełnił on raczej funkcje administracyjne niż militarne, ale stał. Dziś nie ma po nim śladu. Jednak warto się wdrapać na wzgórze: z żadnego innego miejsca w Drohiczynie nie uświadczysz wędrowcze tak pięknych widoków Bugu.

Wichry historii wiać będą dalej. Być może kiedyś całkowicie zmiotą miasto z powierzchni ziemi. Rzeka będzie trwać.

Viatorka

Viatorka cieszyła się od dawna na spotkanie z Podlasiem – nie tylko ze względu na piękno krajobrazów, czy ciekawe zabytki będące świadkami historii. Z równie wielką niecierpliwością czekała na spotkanie z regionalną kuchnią. Uwielbia bowiem wszelkie pierogi, ziemniaki w każdej postaci oraz kluski (oprócz tych lanych w zupie). Niestety: od lat rzadko może sobie pozwolić na taką dietę. Nie chodzi o „trzymanie linii” dla urody! Viatorka po prostu nie może nabrać kilogramów, aby nie stracić możliwości samodzielnego poruszania się i nie nadwyrężać kręgosłupów tych, którzy jej w różnych sytuacjach pomagają. No, ale w czasie takiej regionalnej eskapady, ograniczeń w diecie nie ma…

Podczas podróży po Podlasiu po raz kolejny przekonała się Viatorka o prawdziwości twierdzenia, że my Polacy nie za bardzo cenimy to, co nasze, rodzime. Już poprzedniego dnia Viatorstwo szukało restauracji, gdzie można byłoby zjeść regionalne potrawy. Ale gdzie tam! Bez problemu kupisz pizzę, kebab, hamburgery, schabowego, czy grillowaną pierś kurczaka. Lecz nie tradycyjne potrawy, których podstawą są ziemniaki i kasza. Czyżby były za mało wykwintne dla rodzimych turystów? A może raczej to autochtoni mają takie zdanie o swoich rodakach?

W internecie w końcu udało się znaleźć restaurację serwującą potrawy regionalne: „U Ireny” w Drohiczynie. Strasznie głodni trafiliśmy tam po godz. 16. I trzeba powiedzieć: warto było!

Na początek: ZAGUBY. W ciasto pierogowe zawija się farsz z tartych ziemniaków przesmażonych z cebulką i boczkiem. Pycha!

Potem babka ziemniaczana. Z utartych surowych ziemniaków wymieszanych ze skwarkami ze świeżo stopionego boczku lub słoniny, pikantnie przyprawionych i zapieczonych na złocisto-brązowy kolor. Strasznie duża porcja. Ale jakie to dobre!

Skusiło się też Viatorstwo na półmis (tak stało napisane w karcie dań – półmis, nie półmisek – ach, ten snobizm marketingowy!) pierogów: z mięsem, kaszą gryczaną i boczkiem, ze szpinakiem i fetą, z kapustą i grzybami. 12 sztuk to jednak dużo, Viatorka szybko zrozumiała, iż przeliczyła się z siłami….

Do popicia litewski kwas chlebowy. Dlaczego u nas nie jest popularny? Dziwne. Według internetu ten sfermentowany napój z chleba ma liczne właściwości zdrowotne. Wzmacnia odporność, reguluje trawienie, a nawet sprzyja odchudzaniu. I jest smaczny. W Polsce stał się powszechnie znany za czasów Władysława Jagiełły

Na koniec parowańce, tu w wersji na słodko. Nie, ta akurat potrawa rozczarowała. Znane chyba w całym kraju pyzy drożdżowe przygotowane na parze (w Wielkopolsce zwane kluchami na łachu, czy pyzami poznańskimi), tutaj zostały polane odrobiną sosu czekoladowego, a przy nich położono winogrona. Jakoś to mało regionalne….

Ogólna jednak ocena: piątka. Szkoda, że te wszystkie potrawy takie syte, nie było już nawet siły skosztować kartaczy, czyli cepelinów – zresztą Viator stanowczo stwierdził, że tych należy próbować w Suwalskiem, bo tam jest ich „ojczyzna”. Czyli za dwa dni.

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Agnieszka Fetzka, Tomasz Fetzki i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.