Orient powszedni IX

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Opuszczają Wędrowcy Zabłudów, smutno zadumani nad mrokami, jakie potrafią spowijać duszę ludzką. Tymczasem do głosu dochodzi coraz natarczywiej ciemna strona ich własnej cielesności. Jeść! Pora już wielka na obiad.

Gdzie będą jedli tego dnia posiłek, zdecydowali już dawno. Trzy lata temu, na szlaku którejś ze swych podróży, odwiedzili Wędrowcy Kruszyniany – jedną z kilku wiosek, jakie król Jan III Sobieski nadał Lipkom, czyli Tatarom pozostającym w służbie Rzeczypospolitej, jako rekompensatę za zaległy żołd. Do dziś mieszkają tam ich potomkowie. Byli Wędrowcy w meczecie, spacerowali po cmentarzu. I spożywali pierekaczewnik oraz inne specjały orientalnej kuchni w gospodarstwie Tatarska Jurta, miło gawędząc z jego właścicielką, panią Dżenettą. Wspomnienia z tej wizyty pozostały im jak najlepsze, toteż oczywiste było, że dziś powtórzą odwiedziny.
Aby było szybciej, ruszyli na skróty. A taki manewr bywa, jak wiadomo, nieco ryzykowny, zwłaszcza w nieznanym terenie. Dość poprzestać na stwierdzeniu, iż ostatecznie pobłądzili cokolwiek. Ale nic nie szkodzi! Wynagrodzone im to zostało w dwójnasób możnością powłóczenia się po cudownych bezdrożach (same szutry, zero asfaltu), zobaczenia małych, urokliwych wiosek, a przede wszystkim pogrążenia się w niebywałej zieleni. Viatorostwo mieszka w województwie o największym procentowym udziale lasów, otoczenie dzikich kniei, zarośli i łąk nie jest dla nich niczym niezwykłym. Lecz tutejsza, podlaska zieleń jest jakaś inna, egzotyczna, intensywna… Trudno orzec, w czym dokładnie rzecz. Ale na zmysły i na duszę działa, że hej! A wśród tych bezkresnych, północnych puszcz i pól ktoś rozsypał, jak garść błyszczących klejnotów, odpryski dalekiego czasem i przestrzenią śródziemnomorskiego, słonecznego Bizancjum. Cerkwie i cerkiewki ze złotymi, cebulastymi kopułami, jak choćby ta, w Gródku.

Jakieś struny duszy szarpią, coś przywołują, coś przypominają. Pałac Wielki konstantynopolitański? Pałac Porfirogenetów? Hagia Sophia? Orient powszedni.

Wreszcie wymarzone, wytęsknione (tym bardziej, że w brzuchach już głośno burczy) Kruszyniany! I… potężna konsternacja. Ale o tym opowie za chwilę Viatorka. Wędrowcy z żalem przemknęli przez wioskę, bez postoju, po lewej mijając Tatarską Jurtę<, po prawej zieloną świątynię. Na szczęście trzy lata temu wykonali solidną dokumentację fotograficzną, z której teraz można skorzystać. Oto kruszyniański meczet i mizar. Oba czynne, użytkowane.

Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów pośród podlaskiej zieloności i Wędrowcy docierają do następnej tatarskiej wioski. Bohoniki także odwiedzają po raz drugi. Tutejszy meczet i mizar również już widzieli. Ale z usług restauracji usytuowanej w Domu Pielgrzyma, siedzibie Związku Tatarów Rzeczypospolitej Polskiej wówczas nie skorzystali. Zapewne dlatego, że po obfitym posiłku w Kruszynianach nie byli w stanie już absolutnie niczego więcej pochłonąć. Dziś sytuacja jest diametralnie inna. Drugie spotkanie z tatarską kuchnią miało miejsce właśnie tutaj, w Bohonikach. Kelner to z pewnością potomek Lipków – świadczą o tym jego oczy, w których, by użyć błysku poetyckiej metafory, ukrył się cały romantyzm ludów Wielkiego Stepu. Mówi się czasem: skośne oczy. Ale jakież tam one są skośne? Oczy są zwykłe, prościutkie. Natomiast specyficznego wyglądu twarzy Tatara nadaje coś, co nosi fachową nazwę zmarszczki, czy też fałdy nakątnej. Typowej dla wielu narodów Wschodu.

Po obiedzie Viator kieruje się w stronę meczetu. Tak, był w nim już trzy lata temu, ale chciałby tam, jak to mówią, nabyć drogą kupna czapeczkę tatarską, krymkę.

Podlaskie meczety. Wędrowiec przeczytał gdzieś kiedyś (nie może sobie przypomnieć gdzie i kiedy, nie jest także w stanie przywołać autora opracowania; a szkoda, bo było ono ciekawe), że tutejsi Tatarzy rozwinęli bogatą i różnorodną kulturę oraz sztukę, ale, jako iż byli długo ludem nomadycznym, nie obejmowała ona architektury. Nie stworzyli własnych form meczetu, toteż korzystali z wzorców miejscowych: w Kruszynianach naśladowali typową wiejską świątynię katolicką, w Bohonikach – cerkiew. Coś w tym jest, faktycznie.

Natomiast wnętrze urządzono absolutnie unikalnie, bez okolicznych wpływów. Islam, panie dziejaszku, islam!

Na zakup krymki trzeba chwilę poczekać. Pani, obsługująca sklepik, akurat wyjaśnia grupie turystów tajniki wyposażenia świątyni i zasad wiary Proroka. Siada Wędrowiec, na bosaka oczywiście, i przysłuchuje się także. Wiele już wiedział na ten temat, ale nie wszystko. Dziś na przykład usłyszał po raz pierwszy, czemu jednym z symboli islamu jest półksiężyc. A czemu mianowicie? Ano dlatego, że tylko jeden księżyc był świadkiem chwili, gdy archanioł Dżibril (Gabriel po naszemu) przekazał Muhammadowi objawienie Najwyższego.

Ta pani wygląda i mówi jak typowa, ciepła, swojska wiejska kobieta: serdecznie, ze swadą, nawet trochę plotkuje o sąsiadach. Jest zwyczajna… tyle tylko, że z babki prababki wyznaje islam. A w jej oczach też ukrywa się romantyzm Wielkiego Stepu. Orient powszedni.
Pokrzepieni na ciele i duszy ruszają Wędrowcy dalej. Po raz drugi w swym życiu przejeżdżają przez Sokółkę. Bez postoju. Ale Pielgrzym nie może się powstrzymać, aby, bodaj z samochodu, nie zrobić zdjęcia tutejszego kościoła katolickiego.

Dlaczego? No bo przecież Cud Eucharystyczny. Właściwie powinien Viator wzruszyć nad nim ramionami i skwitować go kwaśnym uśmiechem, ale to nie takie proste, tego nie da się zbyć – ot tak. Jako się już wielokrotnie rzekło, Podlasie to kraina ludzi gorącej wiary. Takiej, która chciałaby dotknąć Absolutu, Boga za nogi pochwycić, pozostać na górze Tabor z Przemienionym Mesjaszem, którego twarz (…) zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. Jest popyt – jest podaż. Cud Eucharystyczny… można i tak.
Na północ! Czas myśleć o noclegu. Zmieniają się krajobrazy: nie ma już cerkiewek po wioskach, za to coraz częściej pojawiają się morenowe, polodowcowe pagórki. I tylko wciąż wszędzie pełno bocianich gniazd. Jeszcze tylko przejadą Wędrowcy przez Lipsk, z jego nieproporcjonalnie dużym, górującym na biebrzeńskimi łąkami kościołem, i zanurzają się w gęstwinie Puszczy Augustowskiej. Zapada wieczór i znów, jak zwykle, rzutem na taśmę i trochę przypadkowo, wynajmują pokój na kolejnych kilka nocy. Jak pokaże przyszłość, wybór był znakomity, a lokalizacja taka, że lepszej nie mogli sobie wymarzyć. Ale o tym za tydzień.

Aha! Oczywiście kupił sobie Viator krymkę. Nawet dwie.

Viatorka

Wspominała już Viatorka w którymś z poprzednich odcinków, że podczas podróży doznania smakowe regionalnej kuchni są równie miłe i pożądane, co odwiedzanie historycznych miejsc, czy też podziwianie uroków przyrody. Dlatego kolejną atrakcją tego dnia miały być, słynne już w naszym kraju, potrawy kuchni tatarskiej. Trzy lata wcześniej miało już Viatorstwo możliwość skosztowania przepysznych potraw w Tatarskiej Jurcie, gospodarstwie agroturystycznym prowadzonym przez panią Dżennetę Bogdanowicz we wsi Kruszyniany, trzy kilometry od granicy z Białorusią. Wówczas skoro świt wyjechaliśmy z Warszawy, żeby zdążyć na pierekaczewnik, czyli wielowarstwowe ciasto z mięsem, serem, albo z kapustą i grzybami, czy też przygotowywane na słodko. Wiadomo bowiem, że ilość porcji jest ograniczona, a rezerwować go sobie nie można. Więc dziś już od Hajnówki jechaliśmy z pewnym niepokojem: czy zdążymy skosztować tego absolutnie popisowego dania. Po ostatniej wizycie w Kruszynianach miała nawet Viatorka ochotę sama przyrządzić tę potrawę, szybko jednak porzuciła ten zamysł po przeczytaniu przepisu. Nie, stanowczo że nie ma do tego zdrowia – wałkowanie kilku cienkich warstw ciasta makaronowego na jeden milimetr, smarowanie ich masłem…. Zresztą podobno istnieje powiedzenie, ze łatwiej pierekaczewnik zjeść, niż zrobić.

Tak więc stanowczo postanowiło Viatorstwo jechać na gotowe. Niestety, niewątpliwy sukces marketingowy pani Dżenetty okazał się dla Viatorostwa trudny do zniesienia. Kiedy dojechaliśmy do Kruszynian około godziny piętnastej okazało się, że jest tam tak wielu ludzi, iż trudno byłoby znaleźć miejsce do postoju, a co gorsza wciąż przybywali kolejni turyści. Sam widok tych tłumów sprawił, że odechciało się Viatorostwu zatrzymywać i bez żalu postanowili pojechać do Bohonik. Tam też podają tradycyjne, tatarskie potrawy. Podczas ostatniej wizyty serdecznie nas zapraszano na dania tatarskie do Domu Pielgrzyma, jednak zbyt byliśmy najedzeni, aby z zaproszenia skorzystać. A to w końcu też przecież ciekawe doświadczenie – porównać sposób przygotowania tych pyszności.

Cóż, dziś w Bohonikach zajadało się Viatorostwo pierekaczewnikiem z mięsem wołowym i z kapustą oraz grzybami, pierogami tatarskimi: kibinami i czeburekami, kołdunami tatarskimi z rosołem, a także słodkim listkowcem. Dania pyszne, choć nie zrobiły aż takiego wrażenia na Viatorostwu, jak te skosztowane przed laty w Kruszynianach. Ale może to jedynie efekt pierwszych wspomnień. Na pewno przydałoby się gospodarzom bohonickiej gospody odrobinę więcej zmysłu marketingowego. Gości mogłoby być więcej – oby jednak nie aż tylu, co w Kruszynianach! Bardzo miłe i sympatyczne osoby obsługujące, jednak wystrój sali zdecydowanie nieciekawy – całe wnętrze i meble jak ze stołówki szkolnej. Szkoda, że właściciele w większym stopniu nie wykorzystują atutów wynikających z tatarskiej tradycji. Tylko jeśli zaczną to robić, znowu Viatorostwu się nie spodoba, że tłumy… Takimi to jesteśmy dziwnymi ludźmi, którzy sami nie wiedzą, czego chcą.

Pojechało Viatorstwo po posiłku (niestety, mocno kalorycznym) dalej w swą podróż, a dwa dni później zajrzała Viatorka do Internetu i zamarła ze zdumienia. TATARSKA JURTA SPŁONĘŁA! Stało się to w nocy, kilkanaście godzin po tym, jak przejeżdżało tamtędy Viatorostwo i uciekło czym prędzej przed tłumami gości! No nie, to prawdziwa ironia losu. Trzeba bowiem nadmienić, ze niewiele brakowało, aby tę noc Viatorstwo spędziło właśnie tam, w gospodarstwie pani Dżenetty. Tylko że pomysł na zarezerwowanie noclegu przyszedł zbyt późno, dopiero kilka dni wcześniej we Włodawie, i wszystko było już zajęte. Pierwsze myśli które przyszły po tej smutnej informacji były mocno egoistyczne: jak dobrze, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, nie planujemy tak bardzo do przodu, jesteśmy po prostu wolni. W końcu mogliśmy stracić, jeśli nie życie, to wszystko co mieliśmy ze sobą, na drugim krańcu kraju. I jak wtedy wrócić do domu, nie mówiąc o tym, że w dalszą podróż nie moglibyśmy jechać. Życie jest dziwne, nieprzewidywalne, czasami nierealne. Tak szybko i niespodziewanie zniknęło miejsce będące przez ostatnie lata symbolem sukcesu, ważne dla tradycji. Wniwecz obrócił się tak wielki wysiłek. Żal dorobku pani Dżenetty, a przede wszystkim żal jej pamiątek, które gromadziła latami. Żal nerwów i wysiłku. Ale jednego są Wędrowcy pewni: Tatarska Jurta zostanie szybko odbudowana.

Pani Bogdanowicz to znakomita gospodyni, a i przyjaciół ma wielu. Może za kilka lat znowu ją odwiedzimy, choć pewnie ten jej dzisiejszy dramat przyniesie jeszcze większy rozgłos i przyciągnie jeszcze więcej turystów. A Viatorostwo znowu będzie marudziło, że zbyt dużo ludzi…

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Agnieszka Fetzka, Tomasz Fetzki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Orient powszedni IX

  1. Anonim pisze:

    Nie \znam tamtych stron ani tamtejszej kuchni i obyczajów.Może się kiedyś wybiorę? .Dobrze ,że poczytać można,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.