Orient powszedni XI

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Być w Augustowie i nie płynąć Kanałem Augustowskim to jak palić, ale się nie zaciągać. Takoż rzecz ma się z pobytem na Suwalszczyźnie i odwiedzinami w Suwałkach. Toteż bezpośrednio po rejsie Kanałem ruszyło Viatorostwo w kierunku Suwałk.

Wędrowiec był już tutaj trzydzieści lat temu. Z owego czasu pozostało mu wspomnienie głupawej nieco radochy, gdy w mieście ówcześnie wojewódzkim widział głównie małomiasteczkowe domki, w niczym nie licujące z powagą siedziby województwa. Tak mu się wówczas wydawało, ale to działo się dawno temu, a on był wtedy, jak napomknął, młody i głupi. Dziś już potrafi docenić niską – to fakt – ale elegancką, foremną, przemyślaną, przyjazną człowiekowi zabudowę Śródmieścia, zwłaszcza ulic Kościuszki i Chłodnej oraz placu Piłsudskiego. Fasady malowane na biało lub w barwach pastelowych: uczta dla oka. Dorósł Viator przez te trzy dekady. Dojrzał.

Wśród niewysokich, klasycystycznych kamienic niemal monumentalnie prezentuje się, również klasycystyczna, konkatedra św. Aleksandra, choć w istocie wcale nie jest taka wielka. Kwestia skali, otoczenia, myśli urbanistycznej.

Kościół jest, rzecz jasna, katolicki. Bo też taki w większości charakter mają Suwałki. Zdecydowanie dominują tu łacinnicy polskiego etnosu (tak, tak! Viator pamięta o Litwinach, ale o nich będzie później), choć drzewiej różnie z tym bywało, wszak miasto, dawny gród Jaćwingów, szczyci się zabytkowym Zespołem Cmentarzy Siedmiu Wyznań. A na nim, pośród innych, groby wspomnianych tydzień temu starowierców: do dziś Wędrowiec płoni się ze wstydu na myśl, że nie uwzględnił w planie wizyty suwalskiej molenny. Nie odwiedził także stojącej gdzieś na peryferiach cerkwi prawosławnej. Za to podziwiał wznoszący się w Śródmieściu elegancki, jak wszystko tutaj, kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, obecnie katolicki, niegdyś ortodoksyjny. Panta rhei!

Kierunek wschód. Za niedługo Wędrowcy znajdą się w jednym z najpiękniejszych i najbardziej mistycznych miejsc Suwalszczyzny. Półwysep wrzynający się w długie, rynnowe, niebywałej urody jezioro Wigry. Klasztor Kamedułów.

Czytelnik nie musi mieć takich zwichrowanych zainteresowań jak Viator, przeto i nie jest zobowiązany posiadać wiadomości na temat białych mnichów: lektura Pana Wołodyjowskiego to jednak za mało. Dlatego Pielgrzym czuje się w obowiązku przekazać garść podstawowych informacji, bez których wizyta w Wigrach nie mogłaby się udać.

Żyjący na przełomie X i XI wieku książęcy syn, Romuald z Rawenny, wstąpił do zakonu benedyktynów, aby pokutować za grzechy ojca i własne. Po kilku latach odczuł potrzebę bardziej radykalnej realizacji rad ewangelicznych, przeprowadził przeto reformę zakonu, a ściślej rzecz ujmując – stworzył nowy zakon, w którym połączyć chciał charakterystyczny dla synów świętego Benedykta monastyczny, wspólnotowy sposób życia z duchem pustelniczym. Czyli… pożenił wodę z ogniem, o czym świadczyć ma herb zakonny – dwa gołąbki pijące z jednego naczynia – symbolizujący harmonijne połączenie wspólnoty braterskiej z samotnością, monastycyzmu z eremityzmem. Ten zakon to oczywiście kameduli. Mnisi większość dnia spędzają jak pustelnicy: w samotności, w milczeniu, dzieląc czas między prywatną modlitwę kontemplacyjną i pracę fizyczną. Jedynie kilkakrotnie w ciągu dnia gromadzą się na wspólnej mszy oraz na modlitwie Liturgii Godzin (czyli, tak bardziej po ludzku, na modlitwie brewiarzowej). Poza tym, kilka razy w roku, spotykają się na braterską rekreację, aby celebrować ducha braterskiej wspólnoty. Z takiego trybu życia wynika wprost architektura klasztoru: nie jest to, jak zazwyczaj, duży jednolity budynek z wirydarzem pośrodku, tylko zespół osobnych malutkich domków – eremów. Pracują kameduli ciężko, milczą wytrwale, jedzą skromnie. Memento mori! Habity noszą białe. Stąd teren, na którym znajdowała się siedziba zakonników, nazwano często Bielanami. Tak jest w Krakowie, na Srebrnej Górze w Lasku Wolskim, gdzie bracia żyją do dziś. Tak też sprawy się mają w Warszawie (no właśnie imć Michał Wołodyjowski!), gdzie co prawda mnichów od dawna już nie ma, ale klasztor stoi. Należy do Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

W obu tych miejscach był już Viator, Wigry to trzeci kamedulski erem, ku któremu zmierza. A cóż go ku niemu ciągnie? Wszak i tutaj już od 1805 roku nie ma zakonników: pruscy zaborcy ich stąd wygnali. Mnichów nie ma, ale atmosfera pozostała. Wędrowiec uprzedzał na samym początku podróży, iż będzie to wędrówka mistyczna, na granicy światów. I taką właśnie jest. Jaka więc siła tajemna ciągnie Viatora ku eremowi? Mysterium fascinosum wymieszane z mysterium tremendum. Bo też i radykalizm oraz odmienność życia kamedulskiego budzą podziw splątany ze strachem. Choć, z eschatologicznego punktu widzenia, są całkowicie uzasadnione. Logiczne. Skoro uznaję, że życie przyszłe jest ważniejsze, prawdziwsze, cenniejsze od doczesnego, to bez żalu to drugie i jego pokusy poświęcam, aby lepiej się przygotować na nieuchronne a wyczekiwane spotkanie z Wiecznością. Memento mori. Z takim podejściem niekoniecznie się trzeba zgadzać, ale niewątpliwe budzi ono szacunek: o ile Błażej Pascal ze swoim zakładem jawi się jako mały, silnie interesowny i merkantylny kupczyk, o tyle kameduli to hazardziści z wielkim rozmachem: kładą na szalę wszystko, ryzykują ogromnie, żadnych półśrodków. Bo już nawet nie chodzi o to, że ciężko jest trwać na wysuniętej modlitewnej placówce przed obliczem Najwyższego, ale o to, że pozostaje się na niej sam na sam… ze sobą samym. A to wyjątkowo uciążliwe towarzystwo, każdy z nas ucieka od niego w pracę, życie towarzyskie, ekran smartfona. Trzeba odwagi na takie spotkanie. Szacunek. Szacunek tym bardziej, że kameduła robi to, co robi, na własny jedynie rachunek, nikogo do niczego nie zmusza: wszelka aktywność zewnętrzna, także misjonarska i duszpasterska, jest w tym zakonie surowo zakazana. I taką postawę Viator, choć jej nie podziela, to jednak darzy głęboką estymą. Zwłaszcza, że żyje w świecie, w którym ciągle ktoś chce go zbawiać na siłę, podając do wierzenia i do realizacji różne mądrości. Ciągle ktoś wie lepie, co jest wartościowe i godne ofiary z życia, najchętniej cudzego. Szczególnie tak jakoś od trzech lat próbują go na siłę uszczęśliwiać. Marny trud, przyjaciele.

Wigierski klasztor nie dość, że malowniczo na półwyspie i na wzgórzu położony, jest też świetnie zachowany.

A wśród innych kamedulskich siedzib wyróżnia się niezwykłą, dwupoziomową konstrukcją: dwa tarasy eremów.

Kameduli, surowi za życia, pozostają takimi po śmierci. Gdy zakonnik umiera, bracia kładą jego ciało na prostą deskę, wsuwają do wnęki w podziemiach kościoła, zamurowują otwór i… tyle. Czeka tam sobie duchowy hazardzista na Sąd Ostateczny. Takie katakumby widział już kiedyś Viator w krakowskim eremie, dziś ogląda je w Wigrach. O przeznaczeniu krypty świadczy jedyny zachowany na jej ścianach fresk: dance macabre, taniec śmierci. Kostucha pląsa z mnichem.

Są też dwa przeszklone otwory, można w nich obejrzeć to, co pozostało z cielesnej powłoki świątobliwych braci; to ślad po próbie plądrowania katakumb, jaką podjęli żołnierze kajzera, okupujący Suwalszczyznę podczas I Wojny Światowej. Obejrzeć można, ale zdjęć robić nie wypada: uszanujmy majestat śmierci.

Aż dziw bierze, iż tacy mocarze metafizyczni jak kameduli wigierscy potrafili od czasu do czasu splamić się małostkowością. Na przykład wadzili się gwałtownie z pustelnikiem ze Studzienicznej (Wędrowiec tydzień temu o nim opowiadał), kto jest doskonalszym eremitą… Czy dlatego muszą jeszcze przez jakiś pokutować, wcieleni w stado białych czapli, które Wędrowcy spotkali na Kanale Augustowskim? Bo że to oni właśnie, Viator nie ma żadnych wątpliwości. Ale może powód ich przedłużonego doczesnego pobytu jest zupełnie inny. Niewykluczone, że Najwyższy, obdarzony wyrafinowanym poczuciem humoru, wysłał ich w nagrodę na urlop: nie mogli za życia, niech teraz nacieszą się do syta pięknem suwalskich jezior i augustowskich lasów. Kto wie.

Z żalem żegnają Wędrowcy niezwykłe miejsce. Można powiedzieć że Viator, jak stachanowiec, wyrobił już 60% normy. Pozostały mu jeszcze do odwiedzenia ostatnie dwa polskie eremy kamedułów. Czynny klasztor w Bieniszewie pod Koninem oraz pokamedulski zespół w Rytwianach na Sandomierszczyźnie. Uczyni to niechybnie!

Słońce chyli się powoli ku zachodowi. Viatorostwo podąża za nim, by dzień w pełni wykorzystać. Przez Szypliszki i Wiżajny (takie dziwne nazwy to jeden z niewielu śladów po Jaćwingach, dawnych gospodarzach tych ziem) mkną Wędrowcy pośród wysokich wzgórz morenowych, takich prawie gór kieszonkowych, pędzą wśród jezior i ani się spostrzegą, gdy opuszczą Suwalszczyznę i wjadą na Mazury. Postój w Bolciach, krótka wizyta na trójstyku granic Polski, Litwy i Rosji, reprezentowanej tutaj przez eksklawę kaliningradzką. Oby nie za szybko te granice po raz kolejny zmieniły swój przebieg!

Dalej, czas nagli, jak zwykle zresztą. Zmrok już niemal zapadał, gdy Wędrowcy stanęli u stóp kolejowych wiaduktów w Stańczykach. Linia Gołdap-Żytkiejmy, której były częścią, już nie istnieje, ale zabytkowa konstrukcja z początków XX wieku, wzorowana na ponoć na prowansalskich akweduktach w Pont-du-Gard, wysoka na 36 i pół metra, na szczęście przetrwała dziejowe zawieruchy. Prezentuje się tym bardziej monumentalnie, że wokół (jak śpiewała Budka Suflera w jednej ze swych dawnych, dobrych piosenek) wagnerowski ton – mroczno, chmurno, a niebo co chwilę rozświetlają błyski nadchodzącej wielkimi krokami burzy.

Viatorka

Sprawami metafizycznymi na tym odcinku podróży zajął się Viator, jak zwykle zresztą, pieczołowicie i drobiazgowo. Pozostało więc Viatorce poczynić kilka uwag natury zdecydowanie bardziej przyziemnej. Doczesnej.

Po pierwsze: w Suwałkach znowu delektowało się Viatorostwo kuchnią regionalną. Nie, i tym razem nie skosztowaliśmy jeszcze kartaczy, Viator bowiem, po konsultacji z gospodarzami naszego noclegu, oświadczył, że najlepsze są jednak na Litwie. No trudno. Restauracja Karczma Polska oferowała na szczęście tyle innych pysznych regionalnych specjałów, że i tak Wędrowcy wyszli stamtąd ledwo ruszając się z przejedzenia. Po spożyciu chłodnika litewskiego podanego z okraszonymi ziemniakami pozbyła się w końcu Viatorka wyniesionego z dzieciństwa (ściślej mówiąc z przedszkolnej kuchni) uprzedzenia do chłodników. Ponadto czosnkowo-serowe chlebki litewskie, swojski smalczyk z pieczywem i ogórasem oraz kiszka ziemniaczana. Na koniec bliny litewskie. Nie wiedzieć czemu wydawało się kiedyś Viatorce, że są one robione z ciasta drożdżowego. A tymczasem to po prostu placki ziemniaczane nadziewane mięsnym (albo grzybowym) farszem. Bardzo smaczne, chociaż, jak inne potrawy kuchni suwalsko-litewskiej, bardzo syte i kaloryczne. W końcu dawni mieszkańcy tej ziemi musieli mieć siłę do ciężkiej pracy w polu!

Interesująca na swój sposób była też dla Viatorki wizyta w klasztorze w Wigrach. Owszem, bardzo lubi ona, podobnie jak Viator, atmosferę tego typu miejsc i chętnie je odwiedza. Ale akurat w Wigrach uwagę Viatorki przykuło coś naprawdę przyziemnego – trasa dla wózków! Pierwszy raz w miejscu zabytkowym w Polsce spotkało się Viatorostwo z takim rozwiązaniem. Jakaż to ulga, kiedy można spokojnie, nawet samemu, bez niebezpieczeństwa utraty koła i bez szczękania zębami podczas jazdy po bruku, przemieszczać się od parkingu przez prawie cały teren klasztoru. No, wiadomo, że wieża, krypta czy dolny poziom eremów dla wózkowiczów raczej pozostanie niedostępny, ale i tak trasa zasługuje na pochwałę.

Okazuje się, że można coś takiego gustownie zrobić w miejscu zabytkowym, a konserwator zabytków nie piętrzy problemów. Dlaczego więc zwykle nasze miasta rewitalizuje się bez myślenia o potrzebach niepełnosprawnych? Bruk wygląda pięknie, ale dla ludzi poruszających się na wózkach czy o kulach, jak też zresztą dla pań na szpilkach, jest prawdziwą udręką. Takie to są wieloletnie Viatorki frustracje. A przecież można powielić takie praktyczne i dobrze prezentujące się ścieżki, jak ta wigierska chociażby. Urody żadnemu rynkowi na pewno nie ujmą. Tylko, że łatwiej urzędnikom twierdzić, że się nie da. tak samo, jak rzekomo się nie da zrobić podjazdu czy windy w zabytkowym budynku. Bo konserwator, bo to, bo tamto… A zresztą to kosztuje, a ilu tych niepełnosprawnych w końcu przychodzi; to się nie opłaca. Natomiast wydawać pieniądze na broszurki, kwiatki, cateringi, imprezy czy PR opłaca się jak najbardziej. Cóż, syty głodnego nie zrozumie.

Zaraz za Stańczykami złapała Wędrowców burza. Ale taka straszna, że też można ją uznać za rodzaj doświadczenia mistycznego (tak przynajmniej stwierdził Viator). W deszczu i wśród grzmotów powróciło Viatorostwo z Mazur na Suwalszczyznę. Gdy dojeżdżali do Augustowa, niebo już się wypogodziło, ale zapadła noc. Augustowskie noce… Cóż: gdy się tak intensywnie przeżywa augustowskie dnie, w nocy śpi się jak kamień.

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Agnieszka Fetzka, Tomasz Fetzki i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.