Orient powszedni XII

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Kolejny poranek powitał Wędrowców. Jeszcze raz nad brzegiem Jeziora Studzienicznego. Pogoda piękna, augustowska przyroda na wyciągnięcie ręki. Szkoda każdej chwili.

Długa, piaszczysta i wyboista, choć prosta droga przez gęsty las. Dziwny, jakiś inny, trochę nawet jakby mistyczny. Viator, jak już wspominał, na co dzień żyje na Łużycach wśród lasów. Ale to są bory sosnowe. A tutaj zdecydowanie dominuje świerk. Daje to zupełnie inny efekt. Rzecz nie w tym, który las jest piękniejszy, bo oba takie są. Ale inny bez wątpienia.

Dojeżdżamy na miejsce. Dowspuda. Wysiadamy na małej polance z transportera. Tuż obok przebiega obwodnica Augustowa. W nowym, wywalczonym przez protestujących ekologów i oszczędzającym najbardziej wartościowe leśne obszary, wariancie. Można? Można. Tutaj ekspresówka jest jak najbardziej na miejscu, choć trzeba nadłożyć kilkanaście kilometrów. Warto nadkładać wiedząc, co uratowano. Bo samej potrzeby istnienia obwodnicy nikt przecież nigdy nie kwestionował.

Zanim wsiądziemy do kajaków, jeszcze tylko krótka wizyta na terenie sąsiedniego parku. Oglądamy niewielki neogotycki portyk. Tyle zostało z potężnego pałacu.

Zbudował go polski i napoleoński generał, wsławiony odwagą i zręcznością, zwłaszcza podczas kampanii moskiewskiej. Po klęsce Cesarza przez pewien czas przebywał na emigracji w Anglii, gdzie, zupełnie jak Dezydery Chłapowski, poznawał tajniki nowoczesnego rolnictwa. Po amnestii powrócił do swego rodowego majątku na Suwalszczyźnie, sprowadził szkockich osadników, popierał, ze znakomitymi efektami, nowoczesne rolnictwo i rzemiosło. Stać go było na wystawienie wspaniałej rezydencji – w stylu, a jakże by inaczej, angielskiego neogotyku. Coś tam już kiedyś podczas tej podróży krzywił się Wędrowiec na arystokratów i ich pałace (w Radzyniu Podlaskim konkretnie), ale tym razem nie żałujmy Panu Magnatowi, niech się nacieszy choć kilka lat swą rezydencją: świetnie gospodarował, pomnożył dochody ze swej domeny, dbał o dostatek poddanych. A i jego patriotyzm był najwyższej próby: gdy wybuchło Powstanie Listopadowe nie wahał się, zaryzykował, walczył. Dwukrotnie ranny, po upadku Insurekcji znów, tym razem już na zawsze, udał się na emigrację i zakończył tułaczy żywot gdzieś w Turcji, daleko od swego pałacu, którym, jako się rzekło, mógł się cieszyć zaledwie około pięciu lat. Strata tym większa, iż rezydencja, co też już Viator nadmienił, była naprawdę wspaniała i nowoczesna. Magnat nazywał się Ludwik Michał Pac. Wart Pac pałaca…
Tak, tak – to o nim! I o tutejszym pałacu, skonfiskowanym i wystawionym na licytację, o który kolejni właściciele nie dbali do tego stopnia, że już w roku 1867 musiał być rozebrany. Z wyjątkiem portyku, przed którym stoi Viatorostwo. Sit transit gloria mundi! Jaka to była gloria, uświadamia grafika umieszczona na tablicy stojącej w sąsiedztwie: portyk, służący za podjazd dla powozów, został na niej wyodrębniony bardziej intensywnym kolorem. Reszty budowli już nie uświadczysz, wędrowcze!

Kajaki rwą się już do podróży. Nie wypada kazać im czekać.

Viatorka

Uparła się Viatorka, aby kolejny dzień rozpocząć od spływu po Rospudzie, a nie po którejś z innych rzek, których urodę reklamował jej Viator. I jak się okazało, miała rację, bo po wszystkim zgodnie Viatorostwo orzekło, iż spływ szlakiem od Dowspudy do Świętego Miejsca był najpiękniejszy ze wszystkich, które dotąd wspólnie przeżyło. I, jak zawsze, żałowali, że był tak krótki. Ale cóż: Litwa czekała…

Nie, niech czytelnik nie obawia się, że Viatorka zacznie w tym miejscu opisywać ten spływ w szczegółach. Jak wiadomo jest ona zdecydowanie większą zwolenniczką doznań niż wyobrażeń, jak również doświadczeń niż teorii. Los nie obdarzył jej też (w przeciwieństwie do Viatora) talentem poetyckim, a tylko taki liryczny i romantyczny opis byłby tu na miejscu.

Dlatego pozostaje jedynie Viatorce zachęcić Czytelnika, by pojechał tam i zobaczył tę piękną dolinę na własne oczy, aby sam popłynął rzeką: najpierw krętą i wąską pośród trzcin, potem szerszą i wartką, z kamienistym dnem, niemal jak górski potok, pełną niespodzianek, powalonych pni i głazów. Prawie brak tam śladów działalności człowieka – no, może poza jednym wędkarzem łowiącym i barszczem Sosnowskiego rosnącym przy brzegu. Telefon nie ma tam zasięgu. Tylko szumy, szelesty i inne odgłosy świadczą, jak żywa i bogata jest tutejsza fauna, bo poza kilkoma ptakami żadnego innego zwierzęcia Viatorostwo nie spotkało.

I pomyśleć, że tej przepięknej krainy mogłoby już od dobrych paru lat nie być! Pamiętają zapewne Czytelnicy głośny konflikt, sprzed dziesięciu lat z okładem, o obwodnicę Augustowa. Jak zapisało się to w pamięci Viatorki, zarówno politycy (o dziwo z wszystkich opcji zgodnie), jak i media, jako antagonistów w tym sporze przedstawiały z jednej strony udręczonych hałasem i niebezpieczeństwem stwarzanym przez ciężarówki mieszkańców Augustowa, a z drugiej „nawiedzonych” ekologów, dla których ważniejsze od człowieka są żabki, robaczki i inne kwiatki. Ważni ludzie mówili, że, niestety, nie można inaczej poprowadzić drogi, jedynie estakadą nad obszarem chronionym. Pojawiała się też w tej narracji niedobra Unia Europejska, która nie chciała dać dofinansowania na tę budowę. No i całe szczęście, bo jak się okazało, po kilku latach droga powstała, jednak w innym miejscu, zbudowana taniej i według znacznie lepszej ze względu na potrzeby komunikacyjne regionu koncepcji. Podobno (tak przynajmniej Viatorka przeczytała w kilku artykułach) wariant przebiegu drogi, o który toczył się przed laty konflikt, był najgorszą z opcji. Jak to możliwe?

Zapewne jakimś ludziom z jakichś powodów, których już zapewne nie poznamy (ale jak nie wiadomo o co chodzi – to chodzi o pieniądze) zależało, żeby drogę poprowadzić estakadą. Wystarczyło przemilczeć kilka faktów, wmówić wszystkim, że to jedyne wyjście, sprawę odpowiednio przygotować medialnie (bo jak „gadająca głowę” redaktorzy nazwą „specjalistą” – to ludzie jej wierzą), do tego napuścić rzeczywiście sfrustrowanych, pełnych obaw o swoje życie i zdrowie mieszkańców Augustowa na wszystkich przeciwników. I mało brakowało, by dzisiaj ten przepiękny zakątek już nie istniał. Gdyby nie ci wariaci – ekolodzy, którym w sprawę udało się zaangażować struktury unijne (dziś niechybnie nazwano by ich zdrajcami donoszącymi na własny kraj).

Czasami Viatorka żałuje, że z racji psychologicznego wykształcenia, jak również osobistych i zawodowych, raczej bolesnych doświadczeń, znane są jej mechanizmy manipulacji i wywierania wpływu na ludzi. Bo niestety, dziś coraz tego więcej, w każdej dziedzinie życia. W dużej i małej polityce, ale w życiu codziennym też. Okropny, obmierzły, pusty PR, na który tak łatwo nabierają się ludzie. A skoro nie ma się chęci, żeby przyłączyć się do którejś z grup trzymających władzę i manipulować innymi, jak również żadnych szans, aby uświadomić to i ustrzec przed tym innych, to chyba łatwiej żyłoby się, nie zdając sobie z tego wszystkiego sprawy. I nie bolałoby tak poczucie bezsilności. No, ale jeżeli mimo wszystko Dolina Rospudy i Puszcza Białowieska przetrwały…

Viator

Jest kapliczka na lewym brzegu! Jest most! Wszystko się zgadza. Tutaj Viatorostwo zaczeka na transport: z powrotem do Augustowa. Gdy już udało się (a nie było to takie proste) złapać zasięg i skontaktować z bazą, można odpocząć i dokładniej przyjrzeć się kapliczce.

Uroczysko Święte Miejsce – tu, gdzie Jałówka wpada do Rospudy. Święte i tajemnicze od zawsze: ponoć kiedyś Maryja ukryła miejscowych pod swym niewidzialnym płaszczem przed zagonem tatarskim, choć inni przenoszą to wydarzenie w czasy Powstania Styczniowego, Tatarów zastępując rosyjskim żołdactwem. Kiedyś znajdował się w tym miejscu cmentarz, a później, począwszy od XVI wieku, stała mała cerkiewka św. Jana Chrzciciela. Co roku 24 czerwca, na Świętego Jana właśnie, okoliczna ludność obmywała się rytualnie w rzeczce Jałówce, zastępującej palestyński Jordan, spożywała obrzędowy posiłek, wznosiła modły, zawiązywała na krzyżach ozdobne ręczniki i składała pod nimi monety oraz żywność jako ofiarę. Pogańskie z chrześcijańskim łączyło się gładko i bez zbędnych problemów…

Obecna kapliczka powstała niecałe trzydzieści lat temu.

Ale z tyłu, za budynkiem, stoi krzyż, z pewnością dużo, dużo bardziej sędziwy.

Legenda głosi, że został on wykonany przez Jaćwingów z drużyny dowodzonej przez Skomęta, którzy, po przyjęciu w roku 1283 chrztu, odrzuceni przez współplemieńców, wyemigrowali stąd do Samlandii (półwysep, który dziś znajduje się w Obwodzie Kaliningradzkim). Krzyż został. Palony i niszczony przez pogan ocalał i stoi do dziś. A w drewno wetknięte są liczne monety, które można obejrzeć.

Viator patrzy na ten pogańsko-chrześcijański synkretyzm i czuje się w jego oparach odrobinę tak, jakby, miast nad brzegiem Rospudy, znajdował się w, nieodległej przecież, dolinie Issy i, jak leśnik Baltazar, odurzony zapachem ziół, siedział w chatce czarownika Masiulisa.

Znak to wyraźny, iż przyszedł czas, aby wyruszyć na spotkanie Litwy. O czym opowiedzą Wędrowcy za tydzień, w kolejnym odcinku.

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Agnieszka Fetzka, Tomasz Fetzki i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.