Peru 9

Joanna Trümner

Dżungla i Lima

Następnego dnia wstajemy o świcie. Ronaldo czeka na nas przed bungalowem. W świetle latarki wspólnie pokonujemy drogę do miejsca postoju naszej łodzi. W ciemnościach odpływamy od brzegu, przez godzinę płyniemy przez pola mgły przy akompaniamencie odgłosów dżungli. Kiedy docieramy na miejsce, Ronaldo opowiada nam, że niedaleko stąd widział przed rokiem „uncontacted person”, czyli indygennego Indianina, który nie miał do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją. „Co się w takim przypadku robi?”, pytam z ciekawością. „Nie wolno podejmować żadnych prób nawiązania kontaktu, Indianie mogą poczuć się zagrożeni i zareagować agresywnie.  Należy niezwłocznie poinformować dyrekcję parku”. Ronaldo dodaje, że naukowcy szacują, że na terenie parku Manu mieszka od tysiąca do trzech tysięcy Indian, którzy nie mieli do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją. Dlatego też duża część parku (ponad 80 %) to tzw. „zona restringida”, czyli strefa, do której turyści nie mają prawa wstępu. Indygenni mieszkańcy dżungli mieszkają w grupach, posługują się własnymi językami i mają swoje zwyczaje. Opowiadanie Ronalda, spacer w porannej mgle przez dżunglę i jej odgłosy, wszystko to   jest dla mnie tamtego ranka tak niesamowitę, że odczuwam ulgę na widok celu naszej wyprawy, punktu obserwacji ptaków. Moja ulga jest jeszcze większa, kiedy na służącej do oglądania ptaków platformie rozpoznaję Amerykanów, z którymi przegadaliśmy wczorajszy wieczór w lodge. Platforma, z której obserwujemy setki różnokolorowych papug, które wcześnie rano i późnym popołudniem zbierają się wokół tzw. „clay lick”,  czyli „lizawki” z gliny, jest luksusowa. Podzielona jest na dwie części z ośmioma stanowiskami obserwacyjnymi, ma dwie turystyczne toalety, stoliki i krzesła. Robimy pierwsze zdjęcia, a potem Ronaldo zaprasza nas na śniadanie.

Spędzamy kilka godzin na obserwowaniu papug, po powrocie do ośrodka jemy obiad, pakujemy rzeczy i wyruszamy w dalszą drogę po rzece. Po kilku godzinach w docieramy do Manu Learning Center, gdzie spędzimy noc. W ośrodku mieszkają wyłącznie młodzi ludzie. Patrząc na nich, odnoszę wrażenie, że jesteśmy tutaj jedynymi płacącymi gośćmi. Moje przypuszczenia niebawem się potwierdzają. Siadamy na ganku przed domkiem, gdy odwiedza nas Sharon, jedna z osób odpowiedzialnych za projekt fundacji „Crees” na terenie ośrodka. W ramach tego projektu młodzi ludzie z całego świata, głównie ochotnicy, prowadzą badania fauny i flory w tej części dżungli i informują miejscową ludność o tym, jak zachować dżunglę dla przyszłych pokoleń i wykorzystać jej zasoby, nie niszcząc natury. Dziewczyna zaprasza nas na krótką prezentację na temat projektu po kolacji i pokazuje drzewo, na którym odpoczywa leniwiec.

Wieczorem dowiadujemy się od niej, że w ośrodku mieszka około trzydziestu młodych ludzi (19-35 lat) z całego świata. Okres pobytu w dżungli trwa od dwóch tygodni do dwunastu miesięcy. Ochotnicy i naukowcy z różnych uczelni świata badają stopień odbudowania się fauny i flory na dużym terenie parku, który przed trzydziestoma laty został nielegalnie wykarczowany. Pomagają przyrodzie odrodzić się po kataklizmie, jaki przeszła z ręki człowieka. Sharon przyjechała z Vancouveru – po ukończeniu biologii szukała dla siebie wyzwania -i z koleżanką, przemiłą Holenderką (której iminia niestety zapomniałam), prowadzi ten ośrodek od dwóch lat. Oglądamy jeszcze krótki  filmik nagrany na terenie ośrodka – kamera na podczerwień nagrała wędrującą nocą  pumę.

Po chwili podchodzi Ben, który przed kilkoma dniami przyjechał z Perth. Robi mi się nieswojo, kiedy widzę, że po jego ramieniu spaceruje wielka tarantula. „Tylko idiota myśli, że w dżungli nie ma zwierząt”, próbuję opanować swój strach. Jestem pod wrażeniem młodych ludzi, którzy na długi czas pozbawiają się wszelkich wygód współczesnego świata i  płacą na dodatek niemałe pieniądze, by spędzić kilka miesięcy na kompletnym odludziu, po to by ratować przyrodę przed bezmyślnym zniszczeniem z ręki człowieka. Na pożegnanie sponsorujemy ośrodkowi pojemnik z przedziałkami, w którym wolontariusze zbierają owady na terenie parku. To nasza mini cegiełka do ratowania dżungli.

Następnego dnia zapuszczamy się łodzią jeszcze głębiej w dżunglę. Po wielu godzinach docieramy do kolejnej „lodge”. Po obiedzie i godzinnej przerwie Ronaldo zabiera nas na spacer. Opowiada o faunie i florze dżungli i o tym, że 10% występujących na terenie parku roślin to rośliny nieznane i niezbadane.  W godzinę później przeżywam wielki sukces, dostrzegam  gatunek małpy (jest ich łącznie 14), której Ronaldo nie zobaczył podczas dziesięciu lat swojej pracy jako przewodnik. Z wędrówki wracamy po zapadnięciu zmierzchu, drogę co chwila rozświetlają robaczki świętojańskie, które w tej szerokości geograficznej mają wielkość trzmieli. Dużo wysiłku kosztuje mnie opanowanie strachu, odgłosy dookoła nas są niesamowite, przpomina mi się obejrzany wczoraj film z pumą spacerującą po ośrodku. Cieszę się, kiedy po dwugodzinnej wędrówce rozpoznaję w świetle latarki domki naszej „lodge”.

Zasypiamy natychmiast, następnego dnia wstajemy przed świtem, bo czeka nas wyprawa łodzią po bocznej odnodze rzeki. Wyprawa na łodzi zajmuje pół godziny. „Opłacało się”, myślę, patrząc na unoszącą się nad jeziorem mgłę. Panuje absolutna cisza, przerywana jedynie odgłosami hoacynów, ptaków, które miejscowi nazywają „śmierdzącymi ptakami”. Hoacyny mają wyjątkowy w świecie ptaków układ trawienny, pokarm roślinny (jedzą wyłącznie liście) rozkłada się w wolu dzięki fermetacji bakteryjnej. Ten sposób trawienia powoduje, że ptaki obrzydliwie śmierdzą, co sprawia, że nie mają naturalnych wrogów. Nie mają też żadnych przyjaciół w świecie zwierząt. Nie dość tego, bo jeszcze są głośne i wydają z siebie obrzydliwy odgłos przypominający mi w tej scenerii filmy horroru.

Siedzimy na zbitej z desek platformie, którą transportują dwie łodzie i przyglądamy się budzącej się dżungli. Na brzegu widzimy stada małp buszujących po wierzchołkach drzew, oprócz hoacynów słyszymy i widzimy dziesiątki innych ptaków, pobyt nad laguną kończy krótkie spotkanie z kajmanem, wygrzewającym się na brzegu na słońcu. „Szkoda, że niedługo wracamy do cywilizacji”, myślę patrząc na ten raj.

Podczas obiadu spotykamy Anglika Gary’ego Prescota, obieżyświata, który od miesięcy podróżuje po Peru bez używania pojazdów napędzanych silnikiem. Pierwszy etap drogi przebył rowerem, który podarował później indiańskim dzieciakom, teraz spływa w dół rzeką na pontonie. Patrzę na jego suszący się na trawie ponton i nie chce mi się wierzyć, że udało mu się przepłynąć  dziką, nieokiełznaną rzekę tą zabawką dla dzieci. Podziwiam go za poczucie humoru, gdy opowiada o mijaniu pontonem uskoków i głazów na rzece. Gary próbuje pobić rekord Guinessa w ilości zobaczonych w ciągu trzech miesięcy w drodze ptaków. Od naszego pierwszego spotkania przy śniadaniu w jadalni „lodge” mam wrażenie, że znam go od lat. Opowiada nam o swej półrocznej podróży przez Polskę, Słowację i Czechy, wyprawie, której celem było również oglądanie ptaków. O „aresztowaniu” przez kontrolerów biletów w Warszawie, wspaniałej polskiej kuchni i gościnności ludzi.

W Peru Gary jest po raz drugi, młodzi przewodnicy, w tym nasz Ronaldo, znają go, widać, że cieszy się wśród nich dużym szacunkiem. Już od dzieciństwa był ornitologiem-hobbystą. Przez wiele lat pracował jako nauczyciel i organizował dla miejskich dzieci wyprawy za miasto w celu pokazania im przyrody. Od kilku lat nie pracuje, jeździ po świecie, ogląda zmiany w ekologii naszej planety i swoje ukochane ptaki, realizując równocześnie wiele projektów socjalnych. Biedny Gary jest potwornie pogryziony przez różne owady. Na widok jego nóg od razu darujemy mu nasze zapasy środków przeciwko moskitom i lekarstw łagodzących zakażenia. Niemieckie medykamenty działają tak dobrze, że następnego ranka przy śniadaniu Gary prosi nas o dokładną pisownię naszych imion, a  po kilku dniach wymieni nas na swym blogu (www.biknig birder) jako „uzdrowicieli z Berlina”.

Przy pożegnaniu życzę mu, żeby pobił ten swój rekord i zrealizował  w życiu jeszcze wiele projektów. Gary jest najlepszym dowodem na to, że świat pełen jest ciekawych, optymistycznych ludzi, którym los naszej Ziemi nie jest obojętny.

Nadszedł czas powrotu do cywilizacji. Podróż z dżungli do Puerto Maldonado, w której oprócz przewodników towarzyszą nam Myra i Helen, zajmuje siedem godzin. Na lotnisko docieramy głodni i zmęczeni, na szczęście przypomina nam się paczka z suchym prowiantem, którą rano wręczył nam Ronaldo. Przyznaję, że nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego samolot z lotniska w Puerto Maldonado, które obsługuje cztery loty dziennie, ma ponad godzinę spóźnienia. Na lotnisku w Limie żegnamy się z dziewczynami, które jeszcze tego samego dnia lecą do San Francisco.

Lima. Przed powrotem do Berlina spędzamy tutaj dwie noce. Pierwszego dnia z hotelu odbiera nas Percy (ten sam, z którym na początku podróży oglądaliśmy ruiny Pachacamac) i pokazuje nam starówkę stolicy, która od 1988 r zapisana jest na listę dziedzictwa UNESCO. Największe wrażenie robi na mnie katedra, w której leżą zwłoki znienawidzonego przez mieszkańców Peru Francisco Pizarro. Większość budynków starówki, podobnie jak katedra, zostało kilkakrotnie kompletnie zburzonych przez trzęsienia ziemi. Lima, ukochane miasto Pizarra, jego „oczko w głowie”, ma kilka pięknych zakątków, jak na przykład Pałac Prezydencki, Pałac Biskupów, plac wyzwoliciela Peru Jose de San Martin. Tu też założony został w 1551 r.  najstarszy uniwersytet na kontynencie – Uniwersytet San Marcos.

W dzień naszego powrotu do Europy miasto jest tak zapchane, że wbiegamy na lotnisko z obawą, że nie zdążymy na odprawę i samolot odleci bez nas. „Czas wracać do siebie”, myślę, czekając na odlot i obiecuję sobie, że spróbuję kiedyś wrócić do tego fascynującego kraju.

Koniec

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Joanna Trümner i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Peru 9

  1. Zsa Zsa pisze:

    Z przyjemnoscia sledzilam kazde sprawozdanie.
    Dziekuje serdecznie!

    • Anonim pisze:

      cieszę się, Peru to naprawdę fascynujący kraj, mam nadzieję, że kiedyś uda mi się tam wrócić, pozdrowienia, Joanna

  2. tibor pisze:

    z peruwianczykami zetknalem sie kilkakrotnie; ostatnio, podczas rozbiorki, prowizorycznego domu dla uchodzcow w dzielnicy xyz; przecietnie o poltorej glowy nizsi, muskularni przypominali kostki rubika – taka esencja sily i zrecznosci;
    w przerwie sniadaniowej spotykam jedngo z nich przy witrynie z widomosciami ratusza
    – sie kommen bestimmt aus südamerika? – pytam, bo nie jestem pewien z jakiego kraju pochodzi
    – ja, stimmt – patrzy na mnie i odpowiada w nienagannym niemieckim – rate voher?
    – brasilien entfällt –
    – ja! – smieje sie, a jego oczy blyszcza.
    – bolivien?
    – huu, peru!
    – ah, jetzt weiss ich wie ihr eure alte städte gebaut hat.
    – nicht? – kiwa glowa i oczy blyszcza mu jeszcze bardziej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.