Chiny i wojna o hegemonię

Ewa Maria Slaska

Nihil novi, ale nic z tego nie wynika

Michał Talma-Sutt podrzucił mi taki oto tekst z Gazety wyborczej. Autor Grzegorz Sroczyński. Ogromny tytuł:

Światu zostało pięć lat do wojny? „Amerykanie nie oddadzą roli światowego lidera bez walki”

Chodzi o Chiny. Amerykanie nie oddadzą Chinom władzy nad światem. Czytam i myślę, ach no tak, sprawdziło się.

Bo oto, drodzy Państwo, napisałam o tym wszystkim równo 10 lat temu w blogu „Chińczycy”. To była moja pierwsza próba jako blogerki i administratorki. Blogu nikt nie czytał, albo ja nie umiałam odkryć metody, jak się sprawdza, ilu się ma czytelników i jak się zwiększa ich liczbę. Ale stworzyłam, napisałam lub zreblogowałam kilkadziesiąt wpisów i blog do dziś wisi w sieci. Proszę. TU. Udowadniając, że nie wystarczy wiedzieć, co będzie. Trzeba jeszcze umieć przekonać świat, że się wie, a ja nie umiałam.

Kółko się obróciło o 10 lat i wróciliśmy w miejsce, gdzie zaczyna nas martwić nadchodząca jednobiegunowa dominacja Chin. Autor artykułu w GW bez przerwy podkreśla, że przegapiliśmy, przespaliśmy, nie zauważyliśmy.

No proszę: A ja nie! Zresztą nie ja jedna, oczywiście. Jeden z wpisów na blogu „Chinesen” był zatytułowany „Solidarisch gegen die Chinesen” i pokazywał takie oto zdjęcie:

Sprawdzam swoją mądrość sprzed 10 lat i przyglądam się blogowi „Chinesen”. Pierwszy wpis, 20 czerwca 2008, głupi potwornie, ale oddaje cesarzowi co cesarskie (a Polakom co polskie). Tym niemniej już następne wpisy cechuje jasność widzenia tego, co nadejdzie, która nie potrzebuje żadnych wielkich instrumentów intelektualnych i opiera się na zasadzie – wystarczy czytać gazety. Czy dziś, po 10 latach, możemy powiedzieć, że wystarczy czytać Facebooka – nie wiem. Na razie, o dziwo, wolałabym się nie rozpraszać na tematy uboczne. Choć jeden może jednak muszę. Widziałam ostatnio Piękny umysł, film Rona Howarda o Johnie Nashu, genialnym matematyku i schizofreniku. Podczas napadów choroby John analizuje świat wg gazet.

Czerwiec 2008. Właśnie zwijamy się jak robaki pod butem kryzysu, który zapoczątkowała firma Lehman w USA. Moi przyjaciele przypominają mi film The Big Short Adama McKaya, w którym bezwzględny finansista pcha całą swoją firmę do kryzysu, a jest aż czterech ludzi, pracowników czy klientów firmy, młodych geniuszy, którzy już wiedzą, że to wszystko trzaśnie. Jeden się wycofuje, trzech podejmuje odpowiednie decyzje i wychodzą z kryzysu jako milionerzy. Cóż, trzeba umieć.

Kryzys nastąpił, rządy w Stanach i w Europie, zgrzytając zębami, bo sprzeniewierza się to świętym zasadom liberalizmu gospodarczego, dotacjami państwowymi uratowali upadający świat finansjery. Wiedząc przecież w głębi ducha, że zrobili to li tylko po to, by ratować swoje tyłki na tę, może jeszcze na następną kadencję, odsuwając moment, gdy to wszystko trzaśnie.

Ale jest oczywiste, że to wszystko kiedyś trzaśnie.

Jest oczywiście kilka scenariuszy tego, co się wtedy stanie. Jeden, rodem z filmów i literatury, wygląda mniej więcej tak: klimatyzowane pałace finansistów wyłaniają się jak wyspy na morzu, a wokół rozciągają się spalone ziemie, wojna, głód, zgliszcza i nie pochowane trupy. Jeśli jest jakaś nadzieja, to w oddali pojawi się zielona górska łąka, zaświeci słońce, zaśpiewa ptaszę, zakwitnie kwiecie. Będziemy przechadzać się w cieniu kwitnących wiśni i cieszyć się majem.

Chińczycy ujrzeli to całkiem inaczej.
Opowiadam na blogu małą historyjkę o jedwabnej chińskiej fladze.  Podsumowałam tę historyjkę następującym wnioskiem: „Jeśli opowiastka jest prawdziwa, oznacza, że Chińczycy się przygotowują. Jeśli jest zmyślona, to my się przygotowujemy.” No ale się nie przygotowaliśmy. Już następne trzy wpisy (czerwiec 2008 roku!) pokazują, że przygotowują się Chińczycy. Instytut Konfucjusza w Niemczech podczas inauguracji we Frankfurcie ogłasza, że zamierza nauczyć chińskiego 100 milionów ludzi.

To informacja z jesieni 2007 roku. I od tego czasu, ilu z nich się nauczyło? Ja znam jedną dziewczynę. Jeśli każdy z nas zna jedną…

Dodajmy, że Chiny dobrze płacą tym, którzy chcą się uczyć. Otrzymują stypendia, sponsorowane wyjazdy.
W internecie nie znajduję danych, czy Instytut Konfucjusza przez minione 10 lat osiągnął swój cel. Ilu ludzi poza Chinami mówi po chińsku? Ilu się właśnie nauczyło lub uczy? Telefon w Instytucie Konfucjusza w Berlinie nie odpowiada. Zresztą, co mieli by mi odpowiedzieć?

Pozostaje jeszcze pytanie – po co? W gazecie Die Zeit Alexander Schwabe rozmawia z panią Xu Lin, przewodniczącą Instytutu.
Xu Lin: Wysyłamy w świat naszych nauczycieli i wolontariuszy, aby doszło do możliwie wielu spotkań. Gdy ludzie lepiej poznają chińską kulturę i tradycję, będą mogli stworzyć sobie własny obraz tego, jakie są Chiny.

Cóż, urzędnicy nie umieją chyba inaczej, nauczono ich, jak używać banałów i jaką skuteczną są bronią. Zwolennicy spiskowej wizji świata widzą to jednak inaczej – gdy Chiny podbiją świat, będą potrzebowały w każdym kraju osób, które obejmą niższe stanowiska kierownicze i pomogą okupantowi zarządzać podbitym światem. Te 100 milionów ludzi to materiał na kolaborantów.

Jak to mawiała moja poznańska gospodyni, od której wynajmowałam studencką stancję: Kupujmy grzebień. Wszawe czasy idą.

 

Reklamy

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Chiny i wojna o hegemonię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.