Przed rokiem w „Przekroju”

Przed rokiem ukazał się w Przekroju mój tekst o Polakach w Berlinie. Znalazłam go wczoraj przypadkiem, szukając czegoś innego, w wersji oryginalnej i pomyślałam, a co… ciekawy. Może nie czytaliście Przekroju, może zapomnieliście. Czytajcie:

Ewa Maria Slaska

Slogany polskiego Berlina

Przyjechałam do Berlina w styczniu 1985 roku. Już po wielkiej fali emigracji z Polski w okresie Solidarności. To oni, tak zwani potem „uciekinierzy solidarnościowi“, stworzyli pierwszą powojenną polską narrację o Polakach w Berlinie. Pojawiła się ona w sto lat po poprzedniej wielkiej fali emigracji, która trwała od roku 1870 do końca I wojny światowej. Nowi przybysze nieświadomie powtórzyli wzory zachowań swoich poprzedników, o których zapewne nigdy nie myśleli.

„Hitlerowcy“

Po II wojnie światowej w Berlinie byli wprawdzie Polacy, ale nie tworzyli żadnej zintegrowanej grupy mniejszościowej. Uważali się za Niemców i co najwyżej układali się z Komuną, żeby od czasu do czasu obejrzeć występy grup folklorystycznych.

Dla nas to byli „oni“.

Natomiast Polacy wyjeżdżający z Polski, by osiedlić się gdzieś na stałe, wielkim łukiem omijali Niemcy. Celem emigrantów była Anglia, może Francja, na pewno Stany Zjednoczone. Nikt nie chciał zamieszkać u „hitlerowców“. Do Niemiec przyjeżdzali tylko niemieccy przesiedleńcy, ze Śląska czy z Mazur, i natychmiast starannie zacierali ślady łączące je z krajem, który przed tygodniem opuścili. Ale w latach 80 do Niemiec, a przede wszystkim do Berlina Zachodniego, zaczęli przyjeżdżać Polacy. „My, Polacy“. W Polsce nastało radosne święto wolności i to ono było, używając terminu socjologicznego, elementem „push“ czy też nawet „push out“. Bo wprawdzie w sierpniu zatańczyliśmy na ulicy karamaniolę, mityczny taniec zwycięskiej rewolucji, ale zaraz potem zaczęliśmy bez przeszkód korzystać z najważniejszej oznaki wolności czyli paszportu. Im więcej upojonych wolnością Polaków wyjeżdżało na Zachód, tym bardziej nasze wymarzone kraje – raje emigracji już nas, Polaków, tak łatwo nie wpuszczały, a może nawet już nas w ogóle nie chciały. I wtedy odkryliśmy, że możemy wjechać bez wizy do Berlina Zachodniego. I to był socjologiczny czynnik „pull“ a może nawet „pull in“. A im było nas więcej, tym było nas więcej.

„Drodzy polscy goście!“

Przywitano nas z otwartymi ramionami. Na granicy czekały na nas ulotki po polsku. „Drodzy polscy goście!“, bo tak nas wtedy tytułowały władze Berlina, wjeżdżali do świata, gdzie magiczne słowo „azyl“ otwierało drzwi, na pewno nie wszystkie, ale te do schronisk dla uchodźców i urzędów pomocy społecznej. Polacy stawali się azylantami, osobami czekającymi na azyl polityczny. Nie było zresztą ważne, czy się go dostanie, bo wjazd do Berlina otwierał kilka innych możliwości. Można było natychmiast rozpocząć starania o wyjazd dalej, przy czym to „dalej“ oznaczało raczej Australię i Południową Afrykę lub Kanadę, a nie USA. Można było skorzystać z prawa do „Duldungu“ czyli pobytu tolerowanego. Można było wreszcie postarać się o dowody przynależności do narodu niemieckiego. Azylant, któremu uznano papiery niemieckie stawał się „Aussiedlerem“, przesiedleńcem. Każda z tych grup miała inne prawa i korzystała z innych świadczeń pomocy społecznej. Grupy rywalizowały ze sobą i ustanowiały zmieniający się wraz ze zmianą statusu porządek dziobania.

„Przeszłem na Aussiedlera“

Najlepiej było zostać „Aussiedlerem“. Gdy przyjechałam, złożyłam podanie o azyl, azyl uzyskałam i zaczęłam pracę w schronisku dla azylantów. Pewnego dnia tak właśnie zostałam przywitana przez jednego z podopiecznych. „Pani Ewo, przeszłem na Aussiedlera“. Przeszłem. „Aussiedlerzy“ byli Niemcami, którzy wprawdzie z reguły nie znali języka, ale ojczyzna natychmiast wysyłała ich do dobrej szkoły, tak by mogli się jak najszybciej zintegrować. Mieli wyższy zasiłek, lepsze warunki mieszkaniowe w schronisku, prawo do nauki języka i nieograniczone prawo do pracy, której zresztą było jeszcze dużo i zpełnie dobrze płatnej. „Aussiedler“ był w stadzie przybyszów zwierzęciem alfa. Gdy przeprowadzał się do własnego mieszkania, kupował garnki Amway, encyklopedię Britannica i regał z oszkloną witryną, nazywaną potocznie „ołtarzykiem Aussiedlera“.

Niemieckie papiery często były lipne i Niemcy też to powoli zaczęli odkrywać. Jeden z (paskudnych zresztą) polityków berlińskich powiedział, że wystarczy pokazać „zaświadczenie o posiadaniu owczarka niemieckiego, by dostać w Berlinie status Aussiedlera“.

„Wygrałam azyl“

Następni w kolejce byli tacy jak ja – tak zwani „uznani azylanci“. Tytuły przyznawały specjalne urzędy, które początkowo podzielały zachwyty władzy. Po wprowadzeniu stanu wojennego z „drogich polskich gości“ Polacy stali się wręcz „naszymi bohaterskimi Polakami“. Modelem Polaka-bohatera był człowiek, który „właśnie wczoraj“ przyjechał do Berlina na zakupy, a generał Jaruzelski odciął go na zawsze od ojczyzny. Stopniowo jednak i goście, i bohaterowie tracili swój nimb, po części z winy „gospodarzy“, ale po części z własnej winy. Coraz częściej zdarzało się, że sami azylanci dobrze wiedzieli, iż opowieść o prawie do „uznania“ nie musi mieć nic wspólnego z prawdą i opowiadali bajki. Gdy szłam na pierwsze przesłuchanie azylowe, ktoś mi poradził, bym zeznała, iż w więzieniu przypiekano mi pięty żelazkiem. Tak mniej więcej. Jednak w większości azylanci opowiadali, że roznosili lub rozrzucali ulotki. Czasem próbowaliśmy obliczyć, ile tych ulotek musiało być w Polce, by starczyło dla wszystkich i uznaliśmy, że były to niewątpliwie Himalaje. Azylanci wiedzieli, że opowiadają bujdy, stąd wzięło się sformułowanie „wygrałem azyl“. Podświadomie azylant przyznawał, że azyl mu się nie należy, ale zawsze można było wygrać los na loterii.

„Uznani“ mieli prawo do kursu języka niemieckiego w dobrej szkole, nie musieli mieszkać w schroniskach i mogli pracować. Po co najmniej siedmiu latach legalnej pracy uzyskiwali prawo do wystąpienia o obywatelstwo niemieckie.

„Praca na czarno“

Azylanci, którzy wciąż jeszcze czekali na uznanie azylu, lub uzyskiwali odpowiedź negatywną i odwoływali się od decyzji urzędów, musieli nadal mieszkać w schronisku. Trwało to niekiedy latami. Mogło się oczywiście zdarzyć, że w międzyczasie „przeszli na Aussiedlera“ lub wyjechali do Południowej Afryki, ale często rodziny wciąż jeszcze wegetowały w jednym lub co najwyżej dwóch pokojach w tzw. „heimie“. Samotni mieszkali w pokojach wieloosobowych. Dużo pili. Gdy w schroniskach nie było kuchni, musieli korzystać ze zbiorowego żywienia. Często zmuszano ich do kupowania tylko w określonych sklepach, a zamiast pieniędzy otrzymywali bony na żywność. Dzieci nie podlegały przymusowi szkolnemu. Nikt nie miał prawa pracy. Niektórzy szli do szkoły tzw. ludowej, która była dostępna i tania, i uczyli się języka. Za naukę musieli płacić sami, ale nie były to wygórowane sumy.

Większość azylantów po kilku miesiącach znajdowała pracę nielegalną. Zgodnie z zasadą ekonomii etnicznej, że nowoprzybyli szukają pracy tam, gdzie już pracują ich rodacy, również Polacy w Berlinie opanowali dwie wielkie dziedziny gospodarcze. Mężczyźni pracowali na budowie, kobiety jako sprzątaczki. Pracowali dużo i dobrze. Gdy im się noga powinęła, spadali z poziomu pracy nielegalnej, zwanej „pracą na czarno“, na poziom kryminalny: mężczyźni kradli, kobiety się prostytuowały.

W domu, w którym wówczas mieszkałam, mieszkała piętro wyżej niemiecka prostytutka i skarżyła się, że „Polki zaniżają cenę i psują pracę“.
Niemcy chętnie jednak korzystali nie tylko z tańszej oferty pracownic seksualnych, ale i z usług złodziei aut, którym zlecało się kradzież własnego samochodu, po to, by wyłudzić premię z ubezpieczalni.

„Milcząca mniejszość“

Przed rokiem czy dwoma Peter Oliver Loew wydał książkę o Polakach w Niemczech i nazwał ją „Wir, Unsichtbaren – My, niewidzialni“. Miał na myśli to, że od 150 lat Polacy starają się ukrywać swoją polskość, wtapiać się w ogół, nie rzucać się w oczy. Tak miało być w XIX wieku i tak na pewno było w latach 1980-2011. Ale generalnie wszyscy wiemy, że my, Polacy, byliśmy nie tylko mniejszością niewidzialną, lecz – może nawet przede wszystkim – milczącą.

Kobiety pracowały w sferze prywatnej i nie musiały się specjalnie ukrywać z tym, co robią. Mężczyźni jednak musieli milczeć. Przechodziliśmy dzień w dzień koło wznoszących się berlińskich „szklanych domów“ i wiedzieliśmy, że budują je Polacy, bo nikt się nie odzywał.

Państwo się zjednoczyło, stolica przeniosła się do Berlina, zaczął się niewiarygodny boom budowlany. To Polacy traktowani jak niewolnicy zbudowali Potsdamer Platz i inne szklane krajobrazy Berlina.

Politycy bez zmrużenia powieki przyznawali, że miasto dzięki pracy nielegalnej udało się zbudować tanio, a zatem więcej pieniędzy będzie można wydać na luksusowe wnętrza.

„Szczurze nory“

Można jednak było zrezygnować z restrykcji życia azylanta w schronisku, przejść na tzw. „Duldung“ czyli pobyt tolerowany i nieco w stylu amerykańskim „stać się kowalem własnego losu“. „Duldung“ nie dawał żadnych praw i żadnego zabezpieczenia finansowego. „Tolerowani“ nie mieszkali w schroniskach tylko albo u przyjaciół lub, nazwijmy to umownie, narzeczonych, albo też w mieszkaniach wynajmowanych przez rodaków stojących wyżej na drabinie dziobania, nielegalnie użyczanych rodakom z samego dołu drabiny. Oczywiście wiedzieliśmy o tym, że takie mieszkania istnieją i mniej więcej orientowaliśmy się, jak wyglądają. Strasznie. Jak „szczurze nory“, żeby użyć określenia z filmu Lubitscha „Być albo nie być“. Zetknęłam się ze zjawiskiem „szczurzej nory“ przez… dobre serce. Koleżanka uciekła od męża w dramatycznych okolicznościach. Przygarnęłam ją z dwójką małych dzieci, a sama przeniosłam się na kanapkę do innej koleżanki. Po jakimś czasie adwokat wywalczył dla niej prawo powrotu do wspólnego mieszkania, co oznaczało, że mąż musi je opuścić. Gdy zapytała mnie, czy mąż na najbliższy miesiąc mógłby u mnie zamieszkać, zanim znajdzie mieszkanie, zgodziłam się. Tymczasem ów mąż, oczywiście nie powiadamiając mnie o tym, wynajął moje mieszkanie ośmiu samotnym mężczyznom, którzy płacili mu w sumie czterokrotną wysokość czynszu, a „za to“ zdewastowali mi mieszkanie. Dowiedziałam się o tym, gdy zatelefonował do mnie sąsiad, skarżąc się na pijanych Polaków rzygających mu w nocy na okna… W ciągu 24 godziny wszystkich ich wyrzuciłam, koszty remontu mieszkania i długi za nieograniczone korzystanie z mojego telefonu spłacałam ponad pół roku.

„Niedźwiedź w paszporcie“

Ostatnią kategorią byli ludzie mieszkający w Berlinie całkowicie nielegalnie. Ich warunki życia były jeszcze gorsze niż tolerowanych. Tolerowani i nielegalni rozmnożyli się niezwykle po roku 1989. W Polsce zapanowała demokracja, Niemcy przestały przyjmować od Polaków podania o azyl polityczny, a „Aussiedlerzy“ musieli ubiegać się w Polsce o uznanie papierów niemieckich. Nowoprzybyli natychmiast wsiąkali w szarą strefę pracy na czarno i życia na pograniczu przestępstwa. Każdy zatrudniony nielegalnie popełnia oczywiście wykroczenie przeciw prawu, ale i wśród skryminalizowanych ustanowił się porządek dziobania – najgorzej mieli ci, których złapano, zresztą nieważne na czym, i ukarano odesłaniem do Polski z pieczątką w paszporcie. Oznaczało to zakaz wjazdu do Berlina przez sześć miesięcy. Tak zwany niedźwiedź albo miś, czyli herb Berlina, w paszporcie złamał niejedną dobrze się zapowiadającą karierę.

„W tramwaju milczę, w muzeum głośno rozmawiam“

Oczywiście to, co tu opisuję, sprawiło, że berlińczycy przestali nas lubić. Owszem korzystali z nielegalnych, a więc tańszych, usług polskich budowlańców, sprzątaczek, złodziei aut i prostytutek, ale traktowali nas z pogardą lub, w najlepszym wypadku, litością („bo Polska jest taka biedna“). A my…

A my w ciągu tych trzydziestu lat, pomiędzy rokiem 1980 a 2010, zacisnęliśmy zęby i o własnych siłach, z nieprawdopodobnym uporem, bez niczyjej pomocy i przez nikogo nie motywowani, wydźwignęliśmy się z tego skryminalizowanego bagna do roli cenionych i kreatywnych pracowników, inteligentnych przyjaciół i odpowiedzialnych obywateli. Wydostaliśmy się najpierw z czarnej strefy, potem z szarej, a potem krok po kroku wspięliśmy się po drabinie społecznej do poziomu klasy średniej. Założyliśmy szkółki i szkoły, stowarzyszenia i kluby, gazety i galerie, sklepy, warsztaty, firmy budowlane i restauracje. Jeden z „tolerowanych“ udzielił kiedyś wywiadu dziennikarce berlińskiej gazety „taz“ i powiedział zdanie, które do dziś uważam za symbol naszych ówczesnych wysiłków: „W metrze milczę, w muzeum głośno rozmawiam po polsku“.

Byliśmy dobrze wykształceni, wynieśliśmy też z Polski głęboki kult dla kultury. Emigracja wepchnęła nas w głęboki dół, ale wiedzieliśmy, że to dół i że trzeba się z niego wydostać. Wiedzieliśmy też, co nas czeka, gdy już przestaniemy być „kobietą i mężczyzną z wydm“.

Wysiłki przyniosły efekty. Dziś już nikt nie wypomina nam złodziejstwa i życia w „nielegalu“. Nie mieszkamy w „szczurzych norach“. Pracujemy, mieszkamy, żyjemy, jeździmy na wakacje na Karaiby. Stworzyliśmy mocną i ciekawą ofertę kulturalną nie tylko dla nas samych ale i dla naszych gospodarzy i innych współmieszkańców naszego miasta.

Dotarliśmy na miejsce i możemy być z tego dumni.

Dodajmy jednak, że my z tych „szczurzych nor” wyszliśmy, same nory jednak nie zniknęły, wciąż bowiem pojawiają się ich nowi mieszkańcy – niechciani polscy goście.

„Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego“

Od wstąpienia Polski do Unii do Berlina przybywają nowi Polacy. Studenci, stażyści, praktykanci, artyści, informatycy i młodzi przedsiębiorczy założyciele start-upów, obieżyświaty, ludzie alternatywni, geje i lesbijki, ci, których dusi Polska i zaściankowo-martyrologiczna polskość. Przybyli tu dumni z tego, że są Polakami. Nazwali się Kosmopolen. Połączyli się z dziećmi mojego pokolenia, które wprawdzie w pełni korzystają z przywileju mieszkania w stolicy najważniejszego państwa europejskiego, ale nigdy nam nie wybaczyły, że zabraliśmy je potajemnie z domów od babci, dziadka i przyjaciół i przywieźliśmy tutaj.

Są młodzi, świat należy do nich, nie ukrywają swej polskości, nie wstydzą się jej, cenią dwujęzyczność, pielęgnują obcy akcent i swoją odmienność. Czują się dobrze tu i teraz, chwalą się, że nie są, tak jak my, zakompleksieni i zawstydzeni polskością. Nie interesuje ich nasze doświadczenie i nasza droga do postawy obywatelskiej.

Czasem z nami współpracują, czasem pracują dla nas i to my im płacimy pensje lub honoraria, ale nawet wtedy potrafią publicznie powiedzieć, że „nie mają i nie chcą mieć z nami nic wspólnego“.

To właśnie usłyszałam wczoraj, 11 października 2017 roku.

Berlin, 12 października 2017

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Przed rokiem w „Przekroju”

  1. tibor pisze:

    ciekawy felieton…poruszane w nim tematy,wymagalyby rozwiniecia, ale kto ma na to czas i sily?
    wspomne tylko, za istnialy ( w latach 1945 -89) 3 (slownie: trzy) panstwa niemieckie, a jednym z nich byl berlin zachodni; specyfika tego, politycznie „frontowego” miasta (n.p, to, ze obywatele z „demoludow” nie potrzebowali wiz, aby tam przyjechac), bedzie dla nastepnych pokolen trudna dla zrozumienia, bo robi sie wlasciwie wszystko, aby ten okres zaklamac i zmistyfikowac;

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.