Sto lat Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

Studiowałam na tym uniwersytecie w latach 1968 – 1974. Nazywaliśmy go zawsze tylko trzema literami UAM. Uniwersytet imienia Adama Mickiewicza. To mój tekst przygotowany na dzisiejszy zjazd etnografów.

 

Ewa Maria Slaska

Rozmyślania archeolożki i pisarki o studiowaniu etnografii

Zaczęłam studiować etnografię na Uniwersytecie imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu w roku 1968. Miałam już za sobą pierwszy, nieudany (z mojego punktu widzenia) rok studiów na polonistyce, a na etnografię zdawałam, żeby zwiększyć sobie szanse dostania się na archeologię. Wszyscy tak robili. Etnografia i archeologia były kierunkami małymi, nabór odbywał się co drugi rok. Za to dwa pierwsze lata studiów były wspólne i dlatego uważało się, że było i będzie dość łatwo przenieść się z jednego kierunku na drugi. W roku 1968 w Poznaniu zdawać można było tylko na etnografię. Gdybym się nie dostała, miałam jeszcze ponowną szansę zdawania już bezpośrednio na archeologię w roku następnym.
A studiować mogłam tylko w Poznaniu, bo tak życzyli sobie rodzice. Byłam uważana za mądrą, ale nieposłuszną i nieobowiązkową. Zbyt bujne życie studenckie w takiej na przykład Warszawie nie mogło mi posłużyć. Potrzebowałam uczelni i miasta, gdzie miało być… nudno, bo to gwarantowało, że jakoś te studia skończę. Natomiast nikt nie przejmował się faktem, że było 10 kandydatów na jedno miejsce. Zawsze byłam dobrą uczennicą, zawsze dostawałam dobre stopnie i dobrze zdawałam egzaminy.

Tymczasem podczas egzaminu pisemnego z historii przydarzyły się dwie rzeczy, które mnie zdeprymowały i pozwoliły przypuszczać, że zapewne wcale się na te studia nie dostanę.

Historię pisaliśmy w wielkiej auli. Siedzieliśmy tam my, stu kandydatów na studia etnograficzne, siedzieli też studenci wielu innych kierunków. Ławkę poniżej, nieco po lewej zajmował wysoki szczupły pryszczaty facet z gęsą grzywą ciemnoblond włosów. Perorował o tym, że żeby zdać na etnografię, trzeba już coś wiedzieć na temat kultury ludowej Polski. Chłopak nagle obrócił się w moją stronę, błysnęły bystre oczy za dużymi szkłami okularów.

– Co wiesz o Łemkach? – zapytał.

Nie odpowiedziałam, bo co miałam odpowiedzieć. Nic nie wiedziałam. Patrzyłam na chłopaka z nabożnym podziwem. Nawet nie słyszałam tego słowa. Teraz to wydaje się nieprawdopodobne, ale była głęboka komuna, mieliśmy właśnie za sobą rozruchy marcowe, które przeorały nasz świat na nowo, w zakamarkach PRL „nowe” i „inne” zaczynało podnosić głowę, rodził się podskórny bunt i dopiero on miał nam przynieść wiedzę o wielu sprawach, o których nigdy przedtem nie słyszeliśmy, w tym również o Akcji „Wisła” i brutalnym wysiedleniu Łemków. Ale latem 1968 roku jeszcze nic nie wiedziałam, oprócz tego, że był Marzec i że była to sprawa polityczna. Akurat byłam wtedy w Warszawie i wiedziałam dość dobrze, co się działo. Ale o polityce jako takiej, o historii politycznej Polski, Europy i świata nic nie wiedziałam. Przyznaję, że słowo Katyń też usłyszałam po raz pierwszy dopiero w Poznaniu. Przyjechałam zielona jak niedojrzałe jabłko. Moja rodzina, jak każda rodzina w Polsce, oczywiście wiedziała wszystko o tych wszystkich sprawach, wyznawała jednak zasadę, że dzieciom się o niczym nie mówi. Musiałam mieć kompletnie zdetonowaną minę, bo chłopak przyjrzał mi się łaskawiej, podał mi rękę i powiedział:

– Cześć, jestem Zbyszek. Zbigniew Gierszewski.
Przedstawiłam się.
– Ewa Bogucka.
– Skąd jesteś?
– Z Gdańska.
– U was pewnie nie ma Łemków, u nas są.

Nie był to jednak koniec moich nieszczęść.

Przygotowałam sobie bowiem, ucząc się do egzaminu, zeszyt, w którym zapisałam najważniejsze tezy z historii średniowiecza. Chciałam je przerzucić przed egzaminem. Wyobraziłam sobie, oczywiście bez sensu, że ci co zdają na archeologię i etnografię, zostaną zapytani o ten właśnie okres. Ponieważ jednak rozmawiałam ze Zbyszkiem, nawet nie zajrzałam do notatek.

Przyznaję, że nie pamiętam, jakie były pytania, wiem jednak, że nic z tego, co zapisałam nie mogło mi się do niczego przydać. To mnie zapewne uratowało. Bo w pewnym momencie dobiegł do mnie jeden z młodych asystentów, którzy przechadzali się po sali i pilnowali, żeby nie ściągać i nie podpowiadać. Myślę, że zobaczył z góry mój zeszyt, wrzucony niedbale pod pulpit. Dopadł do mnie, wyciągnął ten nieszczęsny zeszyt, rzucił okiem na kartę egzaminacyjną, zrobił odpowiednią notatkę na zeszycie, zabrał go i odszedł, mówiąc, że będzie mnie to kosztowało miejsce na studiach.

Zmartwiałam, ale nieugięcie pisałam dalej. Moje tatarskie dziedzictwo nie pozwala ustępować nawet w obliczu sił wyższych i przeważających.

Dostałam się i Zbyszek też się dostał. Zaprzyjaźniliśmy się. Ale oczywiście była to taka przyjaźń między chłopakiem a dziewczyną, czyli nie do końca „prawdziwa”. On miał Tadzia Kubiaka i to był jego najlepszy przyjaciel. Ja zaprzyjaźniłam się z Ewą Marią Slaską. Był pierwszy dzień na studiach. Stałyśmy koło siebie podczas przerwy, patrzyłyśmy przez okno.
– Zostajesz na etnografii, czy przenosisz się na archeologię? – zapytała Ewa.
– Przenoszę się – odpowiedziałam.
– Ja też.

Nie wiedziałyśmy tego, ale właśnie rozpoczęłyśmy znajomość, która miała stać się przyjaźnią, tak ważną, że określi kiedyś nasze życie i potrwa do śmierci. Ja zostanę żoną brata Ewy. Od tej pory obie będziemy się nazywały tak samo: Ewa Maria Slaska. Marek Slaski, brat Ewy, i ja wyjedziemy do Gdańska, gdzie urodzi się nam syn. Matka obojga, chcąc być bliżej syna i wnuka, sprzeda mieszkanie w Poznaniu i kupi inne w Trójmieście. Obie przeprowadzą się więc do Sopotu. Ewa zacznie pracę w firmie założonej przez mojego znajomego. Zakochają się w sobie, urodzi im się syn. My wyprowadzimy się do Berlina. Ewa zostanie w Sopocie. Jej syn ma 10 lat, gdy Ewę zaatakuje rak, gdy syn będzie miał lat 20, Ewa umrze. Mój syn mieszka w Berlinie i ma syna. Syn Ewy mieszka w Gdańsku i ma córkę.

Tego wszystkiego by nie było, gdybyśmy z Ewą, paląc papierosy, nie przeprowadziły tej jednej krótkiej rozmowy. Była to zresztą rozmowa zarozumiała, przynajmniej z mojej strony. Ewa była córką młodo zmarłego i świetnie zapowiadającego się archeologa, Jacka Slaskiego. W owym czasie Ewa Slaska, córka Jacka, miała zapewne zapewnione miejsce na archeologii. Ewa Bogucka nie. Ale podzieliłyśmy tę skórę na niedźwiedziu.

Muszę tu chyba jeszcze coś napisać na temat tego naukowca, który przyłapał mnie na ściąganiu, mimo że nie ściągałam. Przepuścił mnie jednak, co zapisałam mu na korzyść. Mimo to nie pamiętam, jak się nazywał, a szkoda, bo był potem naszym wykładowcą historii i opowiedział nam niezwykłą i do dziś (a może właśnie dziś) spychaną na margines teorię, jak to było z tą „odwieczną wrogością polsko-niemiecką”. We wczesnym średniowieczu i Polska, i Niemcy toczyły ciężkie walki ze słowianami nadodrzańskimi, przede wszystkim Weletami i Obodrzytami. Dopiero niemiecka historiografia narodowa uznała wszystkich Słowian za Polaków – odwiecznych nieprzyjaciół Rzeszy, i podobnie historycy polscy uprościli zapisy kronikarskie, uznając, że kto na Zachodzie walczył przeciwko polskim władcom, Mieszkowi i Chrobremu, był złym Niemcem.

Jestem bardzo wdzięczna temu zapomnianemu przeze mnie historykowi, bo to on właśnie nauczył mnie, że wszystkie teorie (humanistyczne na pewno, ale również i inne) można podważyć, a jak można, to należy to robić, nie oglądając się na panującą ideologię (były, przypominam, czasy głębokiej Komuny!) i własny interes.

Lubiłam etnografię i dziś często zastanawiam się nad tym, dlaczego w ogóle przeniosłam się jednak z etnografii na archeologię. Niewykluczone, że dlatego iż tak to sobie postanowiłam kiedyś, gdy miałam lat 15 i czytałam książkę o odkryciach archeologicznych. Nie pamiętam, co to za była za książka, ale na pewno nie był to Kosidowski, który w moim pokoleniu odpowiadał niemal za wszystkie „powołania archeologiczne”.

Książka była zaczytana, na drodze życia postradała obwolutę i wyglądała jak wszystkie książki popularno-naukowe w połowie lat 60 – miała szarą płócienną okładkę i żółtawy papier. Był w niej rozdział o zatopionym mieście Wineta. Czytałam go na jachcie, który akurat stał w porcie. Było zimno, więc i Mama, która leżała na sąsiedniej koi, i ja leżałyśmy przykryte po brodę śpiworami.

– Chciałabym to studiować – powiedziałam.
– Archeologię – powiedziała Mama.

No i tak zostało.

Archeologia też była ciekawa i to bardzo, choć traciła przy bliższym poznaniu, bo zamieniała się w pedantyczne zapisywanie skorup, ozdób i narzędzi. Nawet opisywanie nie było tak ważne jak zapisywanie. Podczas kilkumiesięcznej praktyki w Muzeum Archeologicznym w Gdańsku poznałam jeszcze jedną formę pisma archeologicznego – pisanie numerów na obiekcie. Było to moje codzienne i całodzienne zajęcie. Przez osiem godzin pisałam piórkiem i tuszem numery na skorupach średniowiecznych. Dlatego na studiach wybrałam epokę kamienia – był to czas, że ludzie jeszcze nie wytwarzali ceramiki, a zatem nie było skorup. Nie przewidziałam, że na każdym artefakcie krzemiennym też trzeba napisać numer.

Pracowałam zaledwie dwa lata jako archeolożka i nigdy jako etnografka, a jednak przez całe życie byłam bardzo zadowolona, że właśnie te dwa kierunki studiowałam. Cenię archeologię i etnografię za to samo – za to, że zmusiła mnie do zajęcia się wszystkimi aspektami życia. Układ trawienny i budowa skał, księga i wychodek, złoto, glina i popioły, królowie i żebracy… Bez przerwy z tego korzystam, jako pisarka, dziennikarka i blogerka… Na studiach nauczyłam się, że dobrze jest wiedzieć. I że trzeba wiedzieć jak najwięcej, bo wszystko może się kiedyś przydać, wiedza o tym, kim był Tlaloc i o tym, jak na Polesiu wrzucało się do wielkiej beczki odpadki jedzenia. Tak powstawała sałamacha, ostatnia deska ratunku umierającego wieśniaka w okresie głodu. Dobrze było wiedzieć, jak człowiek stawał się człowiekiem, jak zaczynał mówić, jak patrzył w gwiazdy, jak uczył się tkać i lepić garnki. Jak stworzył pismo, księgę, gazetę i bloga. Czyli jak mi dał zajęcie na całe życie.


6 stycznia 2019 roku rzeszowska Gazeta Wyborcza podała, że od 1 stycznia przestało działać Muzeum Kultury Łemkowskiej w Zyndranowej. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji przyznało zbyt niską kwotę wsparcia i muzeum odmówiło jej przyjęcia.

– W przeszłości wspierał nas urząd gminy, mówi Bohdan Gocz, założyciel muzeum. Przez jakiś czas byliśmy też oddziałem Muzeum Okręgowego w Krośnie. Od dziesięciu lat toczymy walkę o przetrwanie. W 2017 roku musieliśmy ograniczyć dni otwarcia muzeum, bo dotacja była o wiele niższa niż potrzeby. Poza sezonem otwieraliśmy muzeum już tylko w weekendy.  W 2018 roku zrezygnowaliśmy z dotacji na muzealne święta, prosząc by wolno nam było użyć tych pieniędzy na zwykłą działalność muzeum. Ale teraz doszliśmy do ściany i nie wiem, co dalej będzie – przyznaje.

Muzeum utrzymuje się z pieniędzy, które otrzymuje z MSWiA. W tym roku ubiegało się o 53 tys. zł, ale otrzymało 33 tys. zł. Członkowie Towarzystwa na rzecz Rozwoju Muzeum Kultury Łemkowskiej w Zyndranowej, które prowadzi muzeum, uznali, że taka kwota nie wystarczy na obsługę ruchu turystycznego oraz prowadzenie bieżącej działalności.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Sto lat Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

  1. Anonim pisze:

    Ciekawy artykuł, tłumaczący wielostronność zainteresowań autorki…
    Ciekawość świata jest uznaniem dla niego
    i otwiera w zamian wiele drzwi.
    Pozdrawiam.
    T.Ru.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.