Dzień Matki / Muttertag (1)

Teresa Rudolf

Mama Freda

Nie wyobrażam sobie, abym miała mówić o niej „moja  teściowa” lub „meine Schwiegermutter”…
Nie wyobrażam sobie, gdyż pojęcie to prawie we wszystkich językach zakłada coś negatywnego, kontakt pełen konfliktów i przeróżnych animozji.
I na ogół znane są tylko niesmaczne kawały lub krzywdzące historyjki o matce któregoś z malżonków.
A kim była Mama Freda?
Kiedy zmarła miała 95 lat.
Miała, od kiedy pamiętam, całkiem białe, piękne włosy, misternie ułożone, i całą twarz pokrytą drobnymi, pogodnie układającymi się zmarszczkami.
Jej twarz była jak popołudniowe, przyjemnie ciepłe słońce, którym się człowiek  rozkoszuje gdzieś na tarasie, balkonie lub w ogrodzie…
To była zawsze prawdziwie, szczerze uśmiechnięta, jasna, dobra twarz.
Od czasu do czasu przyjeżdżała do nas, a wtedy była, i informowałam ją o tym, „ksieżniczką”, a ja „dziewczyną do wszystkiego”, która ma zadbać o to, by było jej u nas dobrze…
Słabo ten podział przyjmowała, nie znosiła bezczynności. Przebywała często w ogrodzie i na balkonie, gdzie dziergała jakieś swoje robótki.
Rano spotykałyśmy się obie na śniadaniu,
(Fredi wstawał zawsze późno) i zaczynały się ciekawe rozmowy.
Znakomicie poznałam całe drzewo genealogiczne rodziny, ze wszystkimi detalami, które mój mąż permamentnie przesypiał.
Nieraz tłumaczyłam mu, która to z jego kuzynek właśnie się rozwodzi, a która z bratanic będzie nauczycielką, co przekazywałam mu łącznie z komentarzem jego mamy: „i po co jej to?”
Mama Freda wieczorem brała książkę, lub gazetę do ręki, mówiąc:
„Ich freue mich schon sehr auf das Bett und das Lesen”(„cieszę się już bardzo na to, że położę się do łóżka i poczytam”).
A rano mówiła:
„Ich freue mich schon auf das Frühstück” („już się cieszę, że zaraz będzie śniadanie”).
Po tygodniu role odwracały się i mama Freda informowała mnie, bardzo niecierpliwie, że od dziś to ona jest „dziewczyną do wszystkiego”, a ja jestem „księżniczką”.
No i zaczynało się dziać!
Mama Freda na całe dnie zajmowała kuchnię. Zaczynało się pieczenie sztrudli jabłkowych, makowych, orzechowych…
Było tego dużo, nie dawało się zjeść wszystkiego, trzeba było zamrażać.
Ja zupełnie nie miałam o tym pojęcia,
a ona wypiekała, wypiekała, wypiekała, wypiekała i… wypiekała.
Na teraz i na zapas…
Pachniało Mamą Freda całe mieszkanie…
Gotowała obiady, a  przede wszystkim robiła wspaniałe sałatki:
kartoflaną, ogórkową, zieloną, czerwoną, były świetnie, po prostu bombowo przyprawione…
Moja Mama Freda miała zakomite poczucie humoru, co przejawiało się również w stosunku do swego wieku, a też w stosunku do śmierci.
Szantażowała nas:
„Umrę tylko pod jednym warunkiem, że będziecie mi regularnie podsyłać sznycle z białym winem Grüner Vetliner.”
Bardzo lubila to wino „gespritzt”, a najlepiej na jakimś Heurigenie, czyli wiedeńskim festynie winnym, gdzie bawiła towarzystwo, od stu lat zaprzyjaźnione, jakimś powiedzonkiem lub wspomnieniem. Była jedną z  ostatnich osób wychodzących z takiej imprezy.

Na zawsze będę z nią wiązać pewne niesamowite przeżycie, które było absolutnie tylko „nasze”, a teraz jest już tylko „moje”.

Na naszym balkonie któregoś dnia pojawiło się gniazdo jaskółek.
Przylatywały, odlatywały, robiło się ciepło na sercu, gdy się słyszało ich świergolenie.
Aż tu któregoś dnia, gdzieś chyba z początkiem września, stało się coś trochę jakby z filmów Hitchcocka.
Na nasz balkon „przypłynął” cały klucz jaskółek, przeogromna ich ilość i wszystkie przykleiły się do ściany balkonu.
Jak jakiś dywan.
Mama Freda i ja stałyśmy akurat w pokoju, spojrzałyśmy na siebie jak zahipnotyzowane i patrzyłyśmy,  co dalej.
Ptaki w tej ilości ptaki, tak skupione razem, ciasno, nie są już jedynie śliczne, słodkie i malutkie, ale też wywołuają respekt i, powiedziałabym, lęk.
Zaczęły coraz głośniej coś wykrzykiwać,
a jedna z nich podleciała do gniazdka,
i piszczała coś do wystających małych główek…
Powoli, jedno po drugim, małe ptaszątka wylatywały z gniazda.
Jedna z główek pozostawała jednak ciągle w gnieździe.
Nie wyleciała na zewnątrz.
Cały klucz jaskôłek zaczął się odrywać ze šciany, ukladać precyzyjnie do lotu, a  na końcu „nasza” jaskółka z małymi.
Jak gdyby wszystkie ptaki wiedziały że mogą one lecieć tylko powoli, bo są jeszcze słabe.
Z przerażeniem patrzyłyśmy na siebie,
bo w gniazdku pozostało to ostatnie maleństwo.
Nagle klucz zatoczył koło, i powoli wrócił, oblepił  znów ścianę balkonu.
Mama pisklęcia podleciała do maleństwa
i zaczęła mu perswadować, że ma wyjść.
Nic z tego. Trochę to trwało, sytuacja, jak cofnięte wideo, identycznie się powtórzyła.
Ptaki odlatywały…
Wracały jeszcze ze trzy razy, ptasia mama była coraz bardziej nerwowa, już zaczęła prawie coś syczeć do niesfornego dziecka.
Grupa nie czekała za długo, wszystkie zaczęły  z kolei  do niej niecierpliwie głośno wrzeszczeć…
Ustawiły się do lotu, na końcu maleństwa, tym razem bez matki… i odleciały.
Miałyśmy obie łzy w oczach..
Bo co teraz? Taka tragedia…
Ptasia mama ostatkiem sił coś tłumaczyła małemu, aż w końcu… wyszedł.
Bardzo nieudolnie zaczał machać skrzydełkami… Poleciały.
Lot był niższy, niż  tej całej grupy.
Miałam bardzo mieszane uczucia.
Polecą teraz samiutkie?
A pozostałe rodzenstwo z kolei bez matki?
Aż tu nagle…
Zdziwieniu naszemu nie było końca!
Klucz powrócił, zniżył lot, podpłynął do naszej dwójki i obrócìł się.
Na końcu leciała mama ze swoimi dziećmi.
Jedno z nich troszķę wolniejsze, ciut niżej.
To wszystko działo się na naszych oczach, trwało na pewno ze dwie godziny co najmniej.
O jakże nam ulżyło….
Mama Freda skwitowała to jednym zdaniem: „no, dobra matka, dobra rodzina, dobrze, że sìę udało…”
Poszła do kuchni… i słyszę:
„Strudel się spalił!!!!!! Eee, co tam strudel…”
Ja: „No właśnie, co tam strudel…”
Dziwne, bo dopiero po latach opowiedziałam to Fredowi…
Jak już nie było Mamy Freda.
Wydawało mi się to nie do opowiedzenia.
Pewnie czuła to tak samo, bo on od niej tej historii nigdy nie usłyszał.

W następnym roku w gnieździe nie było już jaskółek, pojawiły się… szerszenie.

Kiedyś mi się śniło, że przyleciał znów ten sam  klucz jaskółek, zrobił obrót i odleciał, a na końcu, całkiem malutka, drobniutka frunęła Mama Freda.
Trochę tak nieudolnie jak ten najmłodszy kiedyś ptaszek…
jakby  się dopiero uczyła…..
Pomyślałam: „Ty na pewno dasz radę”…
A rano zatęskniłam za Mamą Freda.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Teresa Rudolf i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.