30 lat temu upadł mur berliński (7)

Joanna Trümner (tekst) & Ela Kargol (zdjęcia)

Marienfelde (odcinek 2)

Dwa pierwsze etapy przyjmowania uchodźców w obozie były obowiązkowe. Po wstępnym badaniu przez lekarza oraz przesłuchaniu przez alianckie służby wywiadowcze, uchodźców kierowano do tzw. punktu sprawdzania zakresu kompetencji. Przesiedleńców i azylantów kierowano tutaj do innych, odpowiedzialnych za ich sprawy instytucji.

Czwartym etapem przyjmowania uchodźców była Służba Socjalna Senatu Berlina, gdzie uchodźcy otrzymywali bony stołówkowe i bilety na przejazd środkami komunikacji miejskiej. Służba pomagała również przy zakupie ubrań i innych niezbędnych przedmiotów oraz informowała o przysługujących uchodźcom świadczeniach socjalnych. Była też odpowiedzialna za wskazanie obozu, w którym mieli zamieszkać.

Piąta stacja w procedurze przyjmowania uchodźców to meldunek policyjny. Nie chodziło jednak o prosty meldunek, lecz o sprawdzenie w dostępnych (niekompletnych) księgach niekaralności danej osoby.

Szóstym etapem było tzw. „badanie wstępne” (Vorprüfung A) i dopiero tu można było w końcu złożyć wniosek o wystawienie pozwolenia na pobyt na terenie Republiki Federalnej oraz Berlina Zachodniego. Wniosek, który w latach 50 liczył kilka stron, z biegiem czasu został zredukowany do kilku punktów.

Nie miałem innego wyjścia, musiałem uciekać.

Po „badaniu wstępnym” następowało dokładniejsze badanie przez pracowników zachodnioniemieckiej służby wywiadowczej (Bundesverfassungsschutz i Bundesnachrichtendienst) tzw. Vorprüfung B. W przesłuchaniach uczestniczyli również pracownicy Ministerstwa ds. Stosunków Wewnątrzniemieckich (w latach 1949-1969 nosiło ono nazwę Ministerstwa Spraw Ogólnoniemieckich). Ta faza przyjmowania uchodźców służyła zbieraniu informacji o Niemieckiej Republice Demokratycznej oraz demaskowaniu potencjalnych szpiegów.

W ósmej stacji, tzw. Terminstelle, uciekinierzy otrzymywali informację, kiedy mają się stawić przed komisją orzekającą o przyjęciu lub odrzuceniu wniosku o przyznanie prawa pobytu na terenie RFN.

Następna, dziewiąta, stacja oznaczała ponowne badanie lekarskie, włącznie ze zrobieniem zdjęć rentgenowskich. W przypadku wykrycia gruźlicy, chorych przenoszono do szpitala, zawieszając na okres leczenia decyzję w sprawie ich przyjęcia przez Republikę Federalną.

Najważniejszą stacją po przesłuchaniu przez służby alianckie było przesłuchanie przez trzyosobową komisję, członków największych w tamtym czasie partii, reprezentowanych w parlamencie niemieckim czyli Bundestagu: CDU, SPD i FDP. Komisja analizowała wszystkie zebrane na temat uciekiniera informacje, włącznie z referencjami (o ile takie były). Po zapoznaniu się z dokumentami i intensywnym przesłuchaniu, członkowie komisji podejmowali decyzję o przyjęciu lub odrzuceniu wniosku.

W przypadku decyzji pozytywnej w kolejnym etapie przyjmowania uciekinierów (tzw. Ländereinweisung) zapadała decyzja, do którego kraju związkowego zostanie skierowany. Istniały tzw. kwoty przyjmowania uchodźców, kierujące się wielkością, liczbą mieszkańców i potencjałem gospodarczym kraju związkowego. W Berlinie Zachodnim mogły pozostać osoby, które mogły udokumentować miejsce pracy lub studiów albo powiązania rodzinne. Przy rozdzielaniu uciekających na poszczególne kraje związkowe starano się uwzględnić ich życzenia. Osoby, które zostały uznane za „przesiedleńców”, otrzymywały inny (lepszy niż osoby ubiegające się o azyl) rodzaj dofinansowania oraz rekompensaty za pozostawione dobra, a ich prawa do renty oraz świadectwa dotyczące wykształcenia poddane zostały dokładnej analizie i częściowo uznane. „Przesiedleńcy” docierali do przydzielonych im krajów związkowych RFN drogą powietrzną, ponieważ w przypadku wkroczenia na teren NRD groziło im więzienie.

Przerażające są dla mnie oficjalne liczby na temat przyjmowania pierwszych uciekinierów z NRD. W pierwszych latach istnienia obozu, do połowy lat pięćdziesiątych, prawie dwie trzecie wniosków o przyjęcie w Niemieckiej Republice Federalnej zostało odrzuconych. Dopiero tzw. „Cud Gospodarczy” (Wirtschaftswunder) w drugiej połowie lat 50 spowodował duże zapotrzebowanie na siłę roboczą i poluzował warunki przyjmowania uciekinierów. Od połowy lat 50 odrzucano już tylko jeden procent wniosków, a nowi obywatele RFN szybko integrowali się i jako wysoko wykwalifikowana siła robocza przyczynili się w znacznej mierze do gospodarczej odbudowy kraju.

Po budowie muru tłumy uciekinierów z NRD przestały masowo przybywać do Marienfelde. Nie oznacza to wcale, że obywatele NRD pogodzili się ze swoim losem. Do upadku muru w enerdowskich więzieniach znalazło się 87 tysięcy obywateli NRD, którzy w latach 1961-1989 podjęli próbę ucieczki na Zachód lub też byli w oczach ernerdowskiego reżimu osobami „niepewnymi” politycznie. Ludzie ci stali się w miarę czasu podmiotem handlu wymiennego: wymiany ludzi na towar. W zależności od tego, jakie deficyty wykazywał rynek NRD, za uciekinierów płacono produktami spożywczymi lub ropą naftową. Wykupywanie ludzi było formą pozyskiwania dewiz. Przez zachodnią granicę do NRD trafiły dobra wartości ponad 3 miliardów marek, co stanowiło „równowartość” prawie 34 tysięcy osób. Wśród nich większość stanowili ludzie, którzy nie chcieli żyć w reżimie, NRD dosyć chętnie dorzucała do „kontyngentów” więźniów politycznych kryminalistów, ludzi, których chętnie się pozbyła.

Znajomy, który miał odsiedzieć czteroletni wyrok za działalność na szkodę państwa enerdowskiego, a został wykupiony przez rząd RFN w roku 1977, odpowiadał mi o tym, jak go odtransportowano do Berlina: w jego dziesięcioosobowej grupie wysłanej z Berlina Wschodniego do Marienfelde było trzech kryminalistów i z dużą pewnością pracownik Stasi (służb bezpieczeństwa), przemycony na Zachód w celach służbowych. Wszystkie reżimy chętnie pozbywały się ludzi nie stanowiących zbyt wielkiej wartości, recydywiści przyjeżdali również w grupach zwolnionych internowanych z Polski. W ten sposób w takiej grupie znajdowali się zarówno ludzie, którzy chcieli za wszelką cenę opuścić swój kraj, jak i osoby, których kraj chętnie się pozbył. Przewodnik po obozie opowiada, że pani kanclerz Merkel chciała swego czasu wyjechać do Republiki Federalnej, a stamtąd do Stanów.

Wystawa w Marienfelde opowiada o wszelkich aspektach ucieczek, również o kwitnącym zawodzie „pomocnika w ucieczkach”. Do tej pory była to dla mnie niemiecka wersja Robin Hooda, który poświęca swoje życie dla wolności innych, jak ów wspomniany już znajomy, który zaraz po przyjeździe do Berlina założył Komitet Samopomocy byłych obywatyli NRD. Ta organizacja zajmowała się nie tylko pomocą osobom, które dopiero co przyjechały do obcego państwa, Komitet pośredniczył w kontaktach z ludźmi organizującymi ucieczki. Mimo lewicowych poglądów uczestniczył on i organizował wiele akcji przeciwko dyktaturze komunistycznej, w tym przeciwko stanowi wojennemu w Polsce. „Robin Hoodem” była również legenda Berlina Zachodniego, założyciel muzeum Checkpoint Charlie, dr Rainer Hildebrandt, Muzeum, które dzisiaj jest jedną z największych atrakcji turystycznych Berlina. Dom Hildebrandta w Nikolassee stał się przytułkiem dla ludzi prześladowanych, a założony przez niego Komitet przeciwko Nieludzkiemu Traktowaniu zbierał latami informacje o więźniach politycznych Bloku Wschodniego i pomagał ludziom w ucieczkach. Życiowe motto Hildebrandta, „nie robienie niczego jest morderstwem”, uczyniło z niego wroga numer 1 w NRD. Trzy razy władze tego państwa próbowały go porwać.

W Marienfelde dowiaduję się, że z biegiem czasu zawód „pomocnika w ucieczkach” stał się jedynie sposobem na zarabianie pieniędzy, pozbawionym jakiegokolwiek romantyzmu i ideałów biznesem. W latach 1964/65 ucieczki kosztowały od 3.000 do 7.000 marek zachodnich za osobę, w roku 1967 cena wzrosła do 15.000 marek. Wiele ucieczek kończyło się fiaskiem i wieloletnim pobytem w więzieniu zarówno dla uciekających jak i dla pomocników, im wyższe było ryzyko, tym wyższe były koszty ucieczki.

Wystawa porusza wiele aspektów ucieczek, nawet te najbardziej dramatyczne jak odgórnie narzucone adopcje dzieci, za które odpowiedzialność ponosiła Minister ds. Młodzieży Margot Honecker. (Nota bene pani minister nosiła tytuł doktor honoris causa Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu – tytuł otrzymała 18 stycznia 1974). Dla niej sprawa była jasna: „rodzice opuszczają swoje dzieci”. Pierwszą tego typu publicznie nagłośnioną sprawą była adopcja w rodzinie Grübel. Członkowie tej rodziny próbowali w sierpniu 1973 roku wraz z dwójką trzy- i czteroletnich dzieci uciec do Republiki Federalnej Niemiec. Zostali złapani i skazani na wieloletnie kary więzienia. Rodziców wykupiła Republika Federalna Niemiec, dzieci zostały w NRD i pod koniec 1975 roku zaadoptowało je enerdowskie małżeństwo. Dzieci i rodzice zobaczyli się po siedemnastu latach rozłąki. Historia tej rodziny kończy się happy endem, jednak w wielu przypadkach dzieci nigdy nie poznały swoich biologicznych rodziców.

Wiedzieliśmy, że nikomu nie możemy ufać i nie wolno nikomu „podpaść”. Dieter Dubrow, urodzony w roku 1930, uciekł z NRD w roku 1958.

Wychodząc z budynku obozu, myślę, nie po raz pierwszy, o tym, że mimo wszystkiego, co denerwowało mnie w Polsce Ludowej i co doprowadziło do decyzji o wyjeździe, życie tam było godniejsze od piekła NRD.

Cdn.

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Elżbieta Kargol, Joanna Trümner i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.