Nazbierało się książek

Wczoraj Jacek Dehnel skarżył się tu, że nie czytamy, a Olga Tokarczuk dostała Nobla za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia. Komitetowi sztokholskiemu udało się stworzyć takie zdanie, które w żadnym języku nic nie znaczy, ale brzmi nader uczenie. Tym niemniej Tokarczuk jest powieściopisarką i pisze książki, a jej najważniejsza powieść, Księgi Jakubowe, jest niewątpliwie Dziełem, ale śmiem twierdzić, że wszyscy ją kupili, może nawet ci, którzy nie czytają, ale nikt nie przeczytał w całości, nawet ci, którzy czytają. Moi kochani Czytelnicy, z ręką na sercu…

Ewa Maria Slaska

Don Kichot, Wyspy Szczęśliwe i koty

Mnie tymczasem nazbierało się książek i nie nadążam z czytaniem. Nawet nie zamierzam się tłumaczyć. Książki leżą stertami w całym mieszkaniu, a ja tylko zmieniam układ tych stert – raz są czerwone, białe i niebieskie, raz stare i nowe, raz – te które trzeba przeczytać natychmiast i je tu od razu omówić, i te które mogą poczekać. We wszystkich są koty i Don Kichoty.

Zacznę od książki, która jest mała i lekka, łatwo więc można ją było zabrać w podróż – to zresztą też jest kryterium podziału: książki w sztywnych okładkach i paperbacki. Ukazała się w Ullstein Verlag już jakiś czas temu (rok 2006), a jej treść jest równie bezpretensjonalna i sympatyczna, jak owa skromna okładka. Historia życia młodej kobiety, Rosjanki, opowiedziana… kotami. Alle meine Katzen – Moje wszystkie koty to opowieść o niefrasobliwym dzieciństwie na Sachalinie, biednych studenckich czasach w Leningradzie (nie było to jeszcze Sankt Petersburg, o nie), z krótkimi wypadami do Moskwy. O pierestrojce i wyjeździe do Niemiec. O podróżach bez pieniędzy i o nadziejach. O przyjaciołach, chłopakach, osobistych narzeczonych, z których jeden zostaje mężem. Ten jest nawet bardzo znany (jest chyba najbardziej rozpoznawalnym pisarzem-imigrantem w Niemczech), ale w książce nie odgrywa żadnej pierwszoplanowej roli. Pierwszoplanowe są koty, własne i pożyczone. Między kotami biega banda dzieciaków, wpada do cioci Misi na obiad i wujka Włodka – pogłaskać kota. Był komunizm, ale dzieci na szczęście nie wiedzą, że gdzieś na świecie ich rówieśnicy żyją inaczej, po prostu żyją i jeśli tylko mogą, zbierają się w zgraje i hordy, biegając jak nieprzytomne. Sama tego nie przeżyłam – w naszym niewielkim domu jednorodzinnym we Wrzeszczu, podzielonym pomiędzy kilka rodzin, były cztery dziewczynki i chłopiec, u sąsiadów za płotem jeszcze dwie dziewczynki. Po lewej i prawej urzędy – nie było jak sformować zgrai. Ale opowiadała mi starsza ode mnie koleżanka, dorastająca w Berlinie, że wielkie podwórka pomiędzy zrujnowanymi kamienicami zaludniała horda dzieciaków, było ich co najmniej pięćdziesiąt. Biegały, tak jej zostało w pamięci. Kiedyś zniknęły wielkie podwórka, podzielono je płotami (teraz się je dzięki żmudnym staraniom – usuwa), zniknęły też biegające luzem rzesze dzieciaków. Usiadły w szkołach i na dodatkowych lekcjach angielskiego, przy pianinach i komputerach, czasem idą karnie ze szkoły na basen. Już nawet zapomniałam, że tak bywało, że biegały, ale zobaczyłam ostatnio taką kohortę tureckich dzieci, które pędziły z wrzaskiem przez ulicę. Dokąd się tak pędzi, jak jest się dzieckiem?

Nie miałam już tej książki ze sobą, w następną podróż zabrałam felietony Haralda Martensteina, gdy w kuluarach Kongresu Młodej Polonii w Bonn zobaczyłam maleńką wystawę tego, co, nie szukając specjalnie, można nazbierać w Niemczech, jak się szuka czegoś polskiego. Wieczorem wystawa wracała z powrotem do swojej walizki.


Foto EMS /Krystyna Koziewicz

Podobne prawda, ta walizka z okładki i walizka-wystawa?

Z kolei na okładce felietonów Haralda Martensteina, publikowanych swego czasu w Die Zeit i w Tagespieglu, grafik umieścił podobiznę kota podobnego do Hitlera, która jest wprawdzie podróbą, ale podobną i do kota i do Hitlera. Kiedyś już słyszałam o takim kocie, teraz dowiedziałam się, że istnieje nawet cała strona internetowa poświęcona tylko kotom podobnym do Hitlera. Cats that look like Hitler. Takie kotki zwą się kitlersy. Martenstein jest felietonistą mądrym i prowokującym. Przyjmuje jako autor możliwie najgorsze postawy, po to by zobaczyć, jak będzie wyglądało oburzenie czytelników. Czasem publikuje te głosy oburzenia pod tekstem kolejnego felietonu.
Felieton na stronie 102 został zatytułowany Ulica Karola Marksa, a zaczyna się zdaniem Karol Marks był wielkim myślicielem, nawet jeśli nie zawsze miał rację. Nie wiadomo, czy w ogóle żyli kiedyś jacyś myśliciele i myślicielki, którzy zawsze mieli rację. W roku 2009 ukazał się audiobook z listami, jakie pisali do siebie Marks i Engels. Z listów wynikało, że obaj Wielcy mieli paskudny charakter, byli zrzędni i nikt im się nie podobał. O własnych rodzinach wygłosili zdanie, że „najlepiej, jak już wszyscy wykitują”, a o robotnikach, że „nadają się tylko na mięso armatnie”. Szwajcarzy byli ich zdaniem „głupi”, Duńczycy to „kłamczuchy”, a „Polakom nie należy się Existenzberechtigung – prawo egzystencji”. Po lekturze tych epistoł recenzent z Die Zeit, ocenił, że ci smutni panowie dwaj reprezentują „nacjonalizm, seksizm, antysemityzm, rasizm i że obrażają własnych zwolenników”. To oczywiście prawda, pisze Martenstein, ale nie wolno jednak zapominać, że rasizm i nacjonalizm były w XIX wieku czymś absolutnie na porządku dziennym. Dlatego nie wolno ludzi z tamtej epoki oceniać, przykładając do nich nasze własne miary.

Pod tym felietonem autor cytuje pewien komentarz. Marks, ten pruski grabieżca z Trewiru, głosił w swym życiu retorycznym wiele poglądów, które się wzajemnie wykluczają. Odmówił Polakom Existenzberechtigung? No proszę, a w Londynie w roku 1867 na tzw. polskim mityngu wygłosił płomienną mowę wspierającą Polaków. Zakończył ją słowami: „Europa ma tylko jedną alternatywę – albo spadnia na nią lawina wschodniego barbarzyństwa rodem z Moskwy, albo musi pomóc odrodzić się Polsce, po to, by w razie potrzeby stanęły w jej obronie miliony polskich bohaterów”.

Podpisano donqichotte.

Książka Jadwigi Żylińskiej Kapłanki, amazonki, czarownice (opowieść z końca neolitu i epoki brązu, 6500-1150 lat p.n.e.) została wydana w roku 1972. W dzisiejszym pojęciu to staroć z lamusa, i być może nikt jej już nie czyta poza mną (wracam do niej regularnie raz na dziesięć lat) i Grażyną Plebanek, która poświęciła i tej książce, i jej autorce wiele przepięknych stron. Jeśli jesteście kobietami, koniecznie przeczytajcie. Jeśli nie – też Wam się przyda, ale pewnie nie będziecie chcieli.
We wpisie o kotach i Don Kichotach trzeba wspomnieć Kapłanki, amazonki, czarownice, bo dwukrotnie pojawiają się w niej Wysypy Szczęśliwe, które w baratarystyce zajmują ważne miejsce. To zawsze kobiety odpływają na Wyspy Szczęśliwe.
I zabierają ze sobą jabłka. (Pamiętacie? U Sapkowskiego Avalon, mglista kraina śmierci zawsze pachnie jabłkami).

Pozostały jeszcze dwa Don Kichoty niejako „właściwe” – Jose Ortega y Gasset, Medytacje o „Don Kichocie”, w tłumaczeniu Janusza Wojcieszaka, pierwsza książka Ortegi, opublikowana w roku 1914. Wydawca pisze na okładce, że książka:

…zawiera zręby całej późniejszej koncepcji autora. Odwołanie do genialnego dzieła Cervantesa stanowi pretekst nie tylko do rozważań o istocie hiszpańskości, ucieleśnionej w donkichotyzmie, lecz także o specyfice kultury śródziemnomorskiej w ogle, w zestawieniu z kulturą germańską…

Graham Greene, Monsignore Kichote – powieść, jak to zawsze u Greena – świetnie skonstrowana, dobrze napisana, pełna niespodzianek i zasadzek. Uczciwe pisanie, gwarantujące serdeczne czytanie.

Dobranoc. Zbliża się północ. Ten wpis się zaraz ukaże. Jeszcze w przyszłości napiszę o tych obu książkach, na razie więcej już nie mam siły, oczy mi się kleją. A przecież jeszcze trzeba poczytać…

 

 

 

Informacje o ewamaria2013

Polska pisarka w Berlinie
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ewa Maria Slaska i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Nazbierało się książek

  1. Pharlap pisze:

    Z ręką na sercu?
    Proszę bardzo, już 3 lata temu.
    Szczegóły tutaj https://bloginglife2.blogspot.com/2016/09/przeczytaem-ksiegi-jakubowe.html

  2. Anonim pisze:

    Ewo Nie wiem dużo o Marksie czy Engelsie ale juz w Technikum ich nie lubiłam , pomimo że uczyli nas o nich. Już wtedy wiedziałam, że oboje to chyba mizogini, a najgorsze- nie mogłam wówczas nic złego o nich powiedzieć, Nie słyszałam o listach ale chyba coś podświadomie czułam, bo ani jednego ani drugiego nie darzyłam symapatią Teraz juz wiem dlaczego Poszukam tego audiobooku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.