Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (6)

Dariusz Kacprzak

Lovis Corinth, Portret pisarza Georga Hirschfelda i jego żony Elli, 1903

Prezentowany w polsko-niemieckiej galerii wyobraźni obraz Lovisa Corintha jest dobrze znany w literaturze fachowej – odnotowała go pod pozycją 261 w wydanym w 1958 roku katalogu dorobku malarza jego żona Charlotte Berend-Corinth (1880 Berlin – 1967 Nowy Jork), także malarka, zaliczana do Berlińskiej Secesji.

Dzieło ze zbiorów szczecińskich znalazło się także w drugim tomie monumentalnego czterotomowego opracowania (2011), poświęconego działalności Salonu sztuki Paula Cassirera, autorstwa Bernharda Echtego i Waltera Feilchenfeldta, a ostatnio zreprodukowane zostało również w wydanym w roku 2013 katalogu wystawy o bawarskiej kolonii artystycznej Künstlerkolonie Dachau. Blütezeit 1880 bis 1920.

By zobaczyć pracę Lovisa Corintha, docenić urodę oryginalnych rozwiązań barwnych i wyjatkowy nastrój płótna, należy się jednak wybrać do Szczecina. Obraz pierwotnie stanowił własność sportretowanej Elli Hirschfeld-Petersen, później Paula Cassirera, a następnie został zakupiony przez Wilhelma oraz Fridę Döringów i zdobił wnętrze ich szczecińskiej willi przy Falkenwalderstrasse, dziś ul. Wojska Polskiego. Na przełomie lat 1925 i 1926 obraz Corintha wraz z 35 innymi dziełami malarzy niemieckich XIX–XX w. został podarowany Muzeum Miejskiemu. Obecnie stanowi własność Muzeum Narodowego w Szczecinie.

Będący świadectwem kształtowania się w Berlinie dojrzałego stylu Corintha szczeciński obraz z 1903 roku przedstawia małżonków Georga i Elli Hirschfeldów, należących do berlińskiej bohemy przełomu XIX i XX wieku. Georg Hirschfeld (1873 Berlin – 1942 Monachium), syn berlińskiego przemysłowca żydowskiego pochodzenia, był uznanym prozaikiem i dramaturgiem, reprezentował nurt naturalizmu w niemieckiej literaturze. Mieszkał i tworzył w Berlinie, Monachium i Wiedniu. Jest autorem cenionych utworów, m.in.: Die Mütter (1896), Zu Hause (1896) czy Agnes Jordan (1898). W latach 1895–1905 należał do stowarzyszenia kulturalno-historycznego Friedrichshagener Dichterkreis, zrzeszającego m.in. Gerharta Hauptmanna, Arno Holza, Waltera Leistikowa, Edvarda Muncha, Reinera Marię Rilkego, Augusta Strindberga oraz Stanisława Przybyszewskiego.

Wkrótce po namalowaniu, w końcu 1903 roku, obraz wraz z kilkoma innymi dziełami Corintha oraz pracami Josefa Isräelsa, Franza Skarbiny i Waltera Leistikowa oraz współczesnymi małymi rzeźbami artystów niemieckich, wystawiono w Salonie sztuki Paula Cassirera przy Victoriastr. 35, nieopodal placu Poczdamskiego w Berlinie.

Przedstawieni we wnętrzu pokoju małżonkowie: ona – wytwornie ubrana, z lekkim uśmiechem, pełna emocji, on – zatopiony we własnych myślach, z nieobecnym spojrzeniem, oboje stanowią interesującą ilustrację poglądu Lovisa Corintha sformułowanego w jego podręczniku sztuki malarskiej „Das Erlernen der Malerei” (wydanej podobnie, jak autobiografia „Legenden aus dem Künstlerleben” w oficynie Paula i Bruna Cassirera): „W przypadku mężczyzny zainteresowanie skupia się na opracowaniu cech duchowych, jego rąk, właściwej mu postawy, u kobiety bardziej na oddziaływaniu barw. Mężczyznę ujmuje się bardziej od strony duchowej, kobietę dekoracyjnie. Także tło jest bardzo ważne. (…) Dzisiaj preferuje się prostotę. Albo stosuje się jeden prosty ton, taki, jaki rzeczywiście widzi się za modelem, albo całe wnętrze, które stanowi tło”.

Na początku XX w. Corinth przeniósł się z Królewca do Monachium. Po niezbyt udanych początkach kariery w Bawarii, przyłączył się do Berlińskiej Secesji, protestując przeciwko rutynie akademickiej i jesienią 1901 roku przeniósł się do Berlina. W pracowni przy Klopstockstraße założył własną szkołę malarską dla kobiet. Pierwszą uczennicą artysty była Charlotte Berend, która w 1903 roku została jego żoną. W Berlinie szybko osiągnął sukces, stając się malarzem znanym i cenionym zarówno przez znawców sztuki, jak i szerokie kręgi publiczności.

Pełne ekspresji portrety oraz motywy pejzażowe, świadczące o jego wyjątkowym podejściu do natury, wykonywane w technikach akwaforty, suchej igły, litografii, prezentują wysoki poziom artystyczny, świadczą o biegłości warsztatowej w dziedzinie grafiki. Obok malarstwa sztalugowego, grafiki, rysunków, zajmował się także projektowaniem kostiumów oraz scenografii dla berlińskich teatrów, współpracował m.in. z Maksem Reinhardtem i Maksem Krusem. W 1918 roku otrzymał tytuł profesora, a rok później został członkiem Królewsko-Pruskiej Akademii Sztuk Pięknych w Berlinie, a na krótko przed śmiercią także członkiem honorowym Królewsko-Bawarskiej Akademii Sztuk Pięknych w Monachium.

Lovis Corinth (1858 Tapiau w Prusach Wschodnich, obecnie Gwardiejsk – 1925 Zandvoort), Portret pisarza Georga Hirschfelda i jego żony Elli, 1903, olej, płótno, 100 x 120, Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Reklamy
Opublikowano Dariusz Kacprzak | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Jesienne wypominki

Roman Brodowski

Smak polskich jesieni

Jesień od jakiegoś już czasu rodzi we mnie dziwny, nostalgiczny niepokój. Czas przemijania w przyrodzie przygotowującej się do letargu, czy (jak kto woli) zimowego odpoczynku przed kolejną płodną wiosną, oddziałowuje również i na moje samopoczucie psychofizyczne. Czuję się wyjątkowo ospały, bardziej skłonny do melancholijnych nastrojów, i jakby bardziej zestresowany.

Ktoś może powiedzieć – Nostalgia i owszem, ale dlaczego niepokój? –
No właśnie. Dlaczego niepokój?

Spoglądając wstecz, w naszą historyczną rzeczywistość, zawsze dochodzę do tego samego wniosku, a mianowicie, że to właśnie jesień, owa szara, ale brunatno-krwisto-czerwona jesień, obfituje w jakże tragiczne dla naszego kraju, wydarzenia.

To jesienią 24 października 1795 roku Rosja, Prusy i Austria podpisały akt trzeciego (i całkowitego) rozbioru Polski. To 25 listopada tegoż roku ostatni król Polski, Stanisław August Poniatowski, abdykował na Nowym Zamku w Grodnie, na rzecz Rosji, po czym został deportowany do Petersburga.

Także jesienią 29 listopada 1830 roku w Warszawie rozpoczęło się wielkie powstanie przeciwko imperium rosyjskiemu oraz wielkiemu księciu Konstantemu, który był bratem cesarza Rosji i króla Polski Mikołaja I. Konstanty był powszechnie znienawidzony za stworzenie systemu tajnej policji i donosicielstwa, a także za gnębienie i poniżanie Polaków, za niszczenie wszelkich przejawów prawdziwego polskiego patriotyzmu.

Co prawda jesień dla Polski miała także i odcienie nadziei oraz radośc, jak na przykład zwiastun wolności, jakim było podpisanie 5.11.1916 przez cesarzy Niemiec i Austro-Węgier dokumentu, w którym ogłosili powstanie niezależnego Królestwa Polskiego. Władzę w państwie oddano Tymczasowej Radzie Stanu, później zaś, w roku 1917, Radzie Regencyjnej.  Szefem Komisji Wojskowej został mianowany Józef Piłsudski. To ten właśnie człowiek, także jesienią, 11 listopada 1918 roku, dzień po powrocie z więzienia w Magdeburgu, proklamował ponowne utworzenie z wyzwolonych spod zaborów ziem, państwa polskiego.

Niestety takich jesiennych radości w naszej historii było zbyt mało, by uważać ją szczęśliwą dla nas porę roku
Omijając kilkanaście mniej lub bardziej udanych dla naszego nowonarodzonego państwa, a więc okresu sanacyjnej, międzywojennej Polski, dochodzę do kolejnych tragicznych dla kraju, wydarzeń, które niestety także zaserwowała nam jesień,
Wrzesień 1939, zarówno jego pierwszy jak też siedemnasty dzień, po niespełna dwudziestu i jeden latach stał się prologiem kolejnego dramatu i niebytu naszej Ojczyzny, Ojczyzny która to rękoma faszystowskiej niemieckiej III Rzeszy jak też komunistycznego Związku Republik Radzieckich, została, zbrojnie zaatakowana i zgodnie podzielona, tak jak to postanowił pakt Ribentrop-Mołotow, podpisany 23 sierpnia tegoż roku, podzielona przez kolejnych (acz w rzeczywistości – tych samych) zaborców.
Ten długi, ponad pięcioletni okres okupacji naszego kraju, jak nigdy wcześniej obfitował w terror i zbrodnie dokonywane przez najeźdźców.
Zabijanie niewinnej polskiej ludności oraz eksterminacja polskich Żydów, zarówno przez Niemców i ich kolaborantów, jak też Rosjan, wysyłki do wybudowanych na terenie Polski fabryk śmierci zwnych obozami koncentacyjnymi, jak też na powolną, katorżniczą śmierć w do gułagów znajdujących na terenie dalekiej północy jak i Syberii, było na nadwiślańskiej ziemi, codziennością. Polska poraz kolejny płynęła nie „mlekiem i miodem”, a krwią, a spowijał ją zapach rozkładających się ciał.

Z pewnością, ale i premedytacją opuszczam wiele jesiennych wydarzeń, zasługujących również na uwagę nie tylko historyków, by sprowokować czytelnika do przemyśleń dotyczących nie tylko naszej smutnej jesiennej rzeczywistości, ale i innych epizodów, jakie wydarzyły się w pozostałych „ojczyźnianych porach roku”.

Wracając do mojego „kalendarium” – to koleją jesienną datą
jest wczesna jesień 1980 roku.

Historycznie, dla mnie i mojego pokolenia jest to okres najbardziej bliski, a to dlatego że ten nieodległy jeszcze czas nie zdołał wymazać z mojej pamięci i pamięci milionów rodaków tego, co się wówczas wydarzyło. Żyłem niejako w środku tamtych wydarzeń…, więc (wydaje mi się) przy odrobinie szczerości i woli uczciwego podejścia do analizy ówczesnej rzeczywistości, jestem w stanie niejako obiektywnie przekazać obraz niezafałszowanej prawdy historycznej.

Kiedy wydawało się, że w wolnej od przemocy i wojennych działań, socjalistycznej Polsce, w kraju którego symbol stracił koronę a naród suwerenność na rzecz Moskwy, nic się nie może wydarzyć, tenże naród poraz pierwszy od zamierzchłych czasów stał się jednością i wystąpił przeciwko niesprawiedliwości społecznej, przeciwko systemowi socjalistycznego prawa i przeciwko radzieckiej hegemonii w sferze politycznej, wojskowej i gospodarczej nad naszym państwem. To wówczas nasi chłopi, robotnicy i inteligencja, ręka w rękę, wyszli na ulice, ogłosili w całej Polsce okres strajkowy, domagali się demokratyzacji państwa, sprawiedliwego podziału władzy, wyprowadzenia wojsk sowieckich z Polski. Tak – mam na myśli ogólnonarodowy (prawie że) bezkrwawy, sierpniowy protest, i powstanie w dniu 30.08.1980 pierwszych po wojnie nielegalnych jeszcze, ale już Niezależnych Związków Zawodowych „ Solidarność”, których legalizacja nastąpiła 10.11. 1980 Niestety tamten polityczny sukces (jak dzisiaj widać) nie utrzymał na stałe tamtej narodowej jedności.

Dzisiaj ponownie stoimy na rozdrożu, zagrożeni kolejnym w historii rozłamem w narodzie, dobrowolnym spychaniem nas samych do jakiegoś zaścianka na arenie międzynarodowej. Rządzi nami indoktrynacja i to we wszystkich jej aspektach: społecznym, etyczno-chrześcijańskim i historycznym, poddano nas przekazom nieprawdziwej wiedzy, co zagraża naszej młodzieży i może doprowadzić do stworzenia społeczeństwa bezideowego, zdolnego do wszystkiego, tylko nie do współistnienia z innymi narodami.

Faszyzacja i nacjonalistyczna propaganda, jaką prowadzi dzisiejsza dyktatorska władza, ma na celu wywołanie w społeczeństwie fobii i pobudzenie ducha emocjonalnej nienawiści, negatywnego nastawienia narodu względem „obcych”. A to nie wróży niczego dobrego.

I właśnie do tej ostatniej w moich wypominkach jesieni, w naszej dzisiejszej sytuacji społeczno-politycznej powinniśmy myślami szczególnie często powracać, a młodemu pokoleniu przekazywać prawdę tamtego czasu, bez konfabulacji, indoktrynacji czy kłamstwa, tak dziś chętnie używanego dla celów propagandy politycznej.

Dziwi mnie fakt że tysiące, a nawet miliony rodaków mojego pokolenia tak szybko zapomniały, co znaczy uczciwość, prawda i obowiązek wpajania naszym dzieciom znanej greckiej maksymy że, „prawdą prawd jest wiedza naszych własnych doświadczeń”. A więc przekazujmy im rzeczywistość zgodną z faktami, sprzeciwiajmy się historycznej konfabulacji potrzebnej dla nadbudowy ideologiczno-propagandowej aktualnych systemów politycznych.
Amnezja, zwłaszcza ta ogólnospołeczna, podyktowana chęcią bezgranicznego (bezmyślnego) podporządkowania się władzy dyktatorskiej, zawsze prowadziła narody do krwawych, tragicznych wydarzeń.

Epilog:

Mamy jesień. Niech tych kilka przypomnianych przeze mnie dat i wydarzeń
będzie przestrogą i nauką dla nas wszystkich. Oby ta kolejna jesień była jesienią rozsądku i spokoju dla naszego (niestety podzielonego) narodu.

Jesień

Wiatr w porywie poezji
Układa mozaikę z liści
Odzianych w jesieniobarwną
Szatę błogiego spokoju.

Nadwiślane, matczyne pola
Oddając ostatnie płody
Brzemiennej ziemi
Czekają zimowego snu.

Orły – nie tylko te białe
Szukają schroniena
Przed nadchodzącą porą
Głodowego trwania.

I tylko my –zagubieni w czasie
Nie zwracamy uwagi
Na nadchodzącą niepewność
Jesiennej zawieruchy.

A jesień? – jesień ma się dobrze.
Deszcz, nostalgia, nadzieja
Nadchodzi, trwa i odchodzi.
Pozostaje po niej … historia.

01.10.2017

Opublikowano Roman Brodowski | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Nowa polska proza z Berlina

Krzysztof Pukański

Jeden z ostatnich

Angua aż się skuliła – Jezus, jaki on wkurwiony.
Poczuła, jak ogarnia ją Mrok. Jak brodzi w lepkiej, chłodnej mazi zmęczenia i rezygnacji, zalatującej starym potem. Czuła paniczny, zwierzęcy strach przed śmiercią. Wił się drgającym, brudnym oparem wokół kolan. Śmierdział palonym mięsem i zgniłymi gaciami z obozów koncentracyjnych. Było tu czarno od przygnębienia. Nie wiedzieć czemu, było ono bezwonne. Unosiło się drobniutką, tłustą sadzą w powietrzu i osiadało na wszystkim dookoła. Miała tego pełno na skórze, na twarzy, a pewnie i w płucach. W ustach było jej coraz bardziej gorzko. Musiała zwymiotować.
Poczuła mrowienie z tyłu głowy. Powietrze zaczęło drgać i lśnić. Ale nie tak równomiernie, chaotycznie. Nie! TO lśnienie układało się w delikatne pasemka. Jakby rozsiane w powietrzu drobinki złota zebrały się w rządki, nanizały na nici pajęcze i teraz te złote pajęczyny małymi grupkami skakały tu i tam, i z powrotem, i znowu. O! Jak w kuli wyładowczej!
Angua usiadła z wrażenia!
– Ależ ja jestem gupia cipa! Również też całkowicie bez koszyczka…
Dopiero teraz dotarło do niej co się dzieje. Trzecie Oko! Na wszystkich Bogów Jednego Wyznawcy! Do Stu Tysięcy Miliardów i Jeszcze Parę Kroćset Om‘ów! W Jedynej Prawdziwej Żółwiej Postaci! Przecież to Trzecie Oko! Uaktywnił mi Trzecie Oko!
Krążyły o nim legendy. Nigdy nie umiała Go używać. Jako wilkołak wyczuwała znakomicie ziemskie pole magnetyczne, tak odmienne od dyskowego, potrzebne do orientacji w obcym terenie, ale nigdy jeszcze nie mogła go widzieć! Skrzyło się teraz przed nią i nad głową i zbiegało gdzieś tam, gdzie zaczyna Aurora Coriolis…
– Jasna dupa, Angua, weź się w garść! Nie jesteś na Dysku! – oczywiście, że Borealis.

Mimo że nie dokonała przemiany, mogła to wszystko widzieć, wąchać, smakować. Pewnie to właśnie ludzkiej postaci i wycieńczeniu smoka zawdzięczała, że jeszcze żyje. Smok się przed nią nie bronił. Przeciwnie – pozwolił jej wejść. Świadomie ją wpuścił. Być może zrozumiał, że jest jego ostatnią szansą. Inaczej byłoby z nią marnie. Słyszała dawno temu relacje wilkołaków, którzy tylko lekko otarli się o Smocze Myśli. Spalona sierść dymiła jeszcze miesiącami. Jakby rana była zupełnie świeża, sprzed chwili. Takie rany długo uniemożliwiały też dzienną przemianę w człowieka. Gdy w końcu przemiana była możliwa, na ludzkiej skórze nie było śladu, ale wyłeś z bólu. Dlatego wielu pozostawało w wilczej postaci, mimo że inne, nawet znajome wilki, warczały teraz na ich widok. I odpędzały od stada. Kilku znaleziono zagryzionych. Za innymi z kolei łaziły psy. Im dłużej, tym więcej. Uciekały od ludzi. Nic szczególnego nie robiły, nie żarły, nie polowały, leżały tylko i trwały w takim tępym, nabożnym odrętwieniu. Jak zahipnotyzowane. I chudły. Marły z wycieńczenia.

Nagle doszedł ją hałas. Daleki szczęk metalu, ludzkie głosy, konie.
– Nosz, kurwa, mówiłam, żeby mi dali czas. Marchewa miał ich pilnować!

Wszystko zniknęło. Smok zwinął myśli. Odsunęły się z sykiem. Lepka maź pod stopami cofała się wydając ciche bulgoty. Została naga jaskinia.
Zdumiona stwierdziła, że słońce jest już bardzo nisko.
– Patafiany, chcą się tutaj chybcikiem oprawić i jeszcze zdążyć na wieczerzę do obozowiska. Albo do dziwek, co to choć niepiękne, jednak tłumnie ciągną z taborem. Naiwni idioci.
Choć smok był niemalże u kresu sił, to na tę bandę spokojnie wystarczy. Nie mógł już zionąć ani latać, od tygodni nic nie jadł, ale został mu jeszcze Czas. Oczywiście smoki nie potrafiły go zatrzymać ani zmienić biegu, ale potrafiły tak zmanipulować poczucie czasu, czyli jednak zmysł, tak zakręcić ten ludzki czas, że mózg robił fikołka, dostawał stupora, usztywniał na wszelki wypadek wszystkie mięśnie, wysyłał komunikat „Error”*, przechodził na stand by i tak pozostawał do momentu eliminacji zakłóceń. Rycerz europejski, z całym swoim rynsztunkiem, z rumakiem i uzbrojeniem, miał w starciu ze smokiem szanse mniej więcej takie, jak wykałaczka z mieczem Lorda Vadera. A jeśli któryś wracał, to tylko z litości smoczej lub niemocy. Batalion uzbrojonych po zęby marines z Quirmu nawet by nie zauważył, że coś się dzieje. Tylko łby by ich potem okrutnie napierdalały. Miesiącami. Ot taka mała pamiątka. Nawet nie celowa. Po prostu zakręcenie czasu pozostawiało w mózgu mnóstwo paskudnie gojących się mikrourazów. A tu plastra nie przykleisz.

Szare, wyblakłe cielsko w kącie patrzyło na nią zmęczonym, przygasłym wzrokiem. Jakby pytał: Mogę ci ufać?

– Żałować tych debili nie będę – mruknęła do siebie.

Spojrzał jakby uważniej.

– No, bym przysięgła, że mnie rozumie – wymruczała jeszcze ciszej.

Podniósł lekko głowę. Pokiwał.

Nie miała już wątpliwości. One rozumieją ludzki!

Przed oczami mignął jej wieloryb.
Teraz delfin.
Kruk.
Słoń.

– Do jasnej anielki! Haluny? Przecież nie jestem już w Myślach.

Zachodziła w głowę, skąd te wizje, a smok najwyraźniej wydawał się być rozbawiony. Mrugał oczami, uderzył łapą kilka razy w skałę i wydawał bulgotliwy, perlisty odgłos. Z nozdrzy umknęła smużka siwego dymu.
– Inteligentne gatunki! – Nie mogła powstrzymać okrzyku. – Nabija się ze mnie i ze mną rozmawia! Tylko, kto mi w to uwierzy?
Teraz już zupełnie przestała się bać.

Popatrzył na nią jakby z wyrzutem.

Teraz człowiek.

Jej też zrobiło się niedobrze.

Wstał z wysiłkiem. Myśli znowu wypełzły, ale inne. Srebrzyste, pokryte lekką łuską. Pachnące jabłkami i babim latem, lenistwem, wygrzewaniem na słońcu. Miejscami zamiast łuski były porośnięte rudawą rzadką sierścią. Jakby kocią. Tutaj pachniało pośpiechem, spalinami, przędzą. I słychać było turkot kołowrotka.

Obok niej, a właściwie wokół, wyrosła kłębiąca się ściana z gęstej, ceglastej mgły. Biegały po niej niebieskawe iskry, lecz mogła swobodnie wszystko widzieć. Tak jakby jej oczy znajdowały się jednocześnie przed i za ścianą. Wolała nie myśleć, co się stanie, jeśli będzie musiała przez nią przejść.
– To stąd ta sierść! – uśmiechnęła się lekko. Kotka Schroedingera live. Ma bestia talent.

Smok szykował się do walki.
Jedno wiedziała na pewno. Tanio skóry nie sprzeda.

* Najczęstszy komunikat we wszystkich typach urządzeń przetwarzania danych oraz bezapelacyjnie najbardziej ulubiony komunikat wszelkich, mniej lub bardziej sztucznych Inteligencji. W wolnym tłumaczeniu znaczy mniej więcej tyle co: „Zostaw mnie w spokoju. Nie mam ochoty już dzisiaj pracować. A po za tym jestem umówiona na herbatkę u Cioci Heni.” Objawy ustępują zazwyczaj natychmiastowo na widok pracownika serwisu. Czasami również śrubokręta.

Opublikowano Krzysztof Pukański | Otagowano , | Dodaj komentarz

Stuart słucha muzyki 8

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner
słuchają muzyki, której słucha Stuart

Skończyłyśmy, dawno temu, na rozdziale 20, wiele przed nami…

Aha, nigdy chyba tego przedtem nie napisałam – wszystkie tłumaczenia tekstów piosenek w opowieści o Stuarcie wykonała autorka…

Rozdział 21

Meg jest w szpitalu po dramatycznie ciężkim wypadku samochodowym. Ktoś ją potrącił i uciekł z miejsca wypadku. My, czytelnicy, wiemy kto, ale ani Stuart, ani Meg nigdy się nie dowiedzą, jest to więc całkowicie nieistotne. Stuart umiera z rozpaczy, podczas gdy w szpitalu lekarze próbują wyrwać Meg śmierci…

My face above the water, my feet can’t touch the ground,
Touch the ground, and it feels like
I can see the sands on the horizon
Everytime you are not around
I’m slowly drifting away, drifting away
Wave after wave, wave after wave
I’m slowly drifting, drifting away
And it feels like I’m drowning
Pulling against the stream

Moja twarz jest nad taflą wody, stopy nie mogą dotknąć dna
I wydaje mi się, jakbym widział na horyzoncie ziemię
Za każdym razem, kiedy ciebie nie ma w pobliżu
Powoli odpływam, odpływam

Fala za falą
Powoli odpływam, odpływam
Czuję się, jakbym tonął
Ciągnięty pod prąd

Mr. Probz Waves

Autorka całkowicie mnie zaskoczyła. Nigdy w życiu nie słyszałam o Mr. Probz Waves. Nawet nie wiem, czy to nazwisko muzyka, czy tytuł jego piosenki. To „z” na końcu mogłoby świadczyć o związkach z hip-hopem, ale i tak o niczym nie mam pojęcia… Z ulgą uświadamiam sobie, że tę sprawę da się uporządkować jednym przecinkiem. Mr. Probz, Waves.

Youtube podaje wszystkie podstawowe informacje:
Artysta: Mr. Probz (Dennis Princewell Stehr)
Album: The Treatment
Data wydania: 16 września 2013
Gatunek: Hip-Hop/Rap

Chłopak ma nawet stronę po polsku:

Mr. Probz, właściwie Dennis Princewell Stehr (ur. 15 maja 1984 w Zoetermeer) – holenderski raper, wokalista, producent muzyczny i autor tekstów; pochodzenia holendersko-antylskiego. Stał się popularny w 2014 roku, kiedy remiks jego utworu Waves w wykonaniu niemieckiego DJ’a Robina Schulza wszedł na I miejsce list przebojów w Austrii, Niemczech, Szwajcarii, Norwegii i Szwecji.

***

Rozdział 22 toczy się cały w szpitalu. Stuart podejmuje ważną życiową decyzję. Ożeni się z Meg, wszystko będzie dobrze – To będzie jasny, słoneczny dzień.

I can see clearly now the rain is gone
I can see all obstacles in my way
Gone are the dark clouds that had me down
It’s gonna be a bright bright bright bright sunshiny day
It’s gonna be a bright bright bright bright sunshiny day

Teraz, kiedy przestał padać deszcz widzę wszystko wyraźnie,
Widzę jak zniknęły wszystkie przeszkody na mojej drodze
I rozeszły się jak ciemne chmury, które mnie przedtem otaczały
To będzie jasny, słoneczny dzień
To będzie jasny, słoneczny dzień

Johnny Nash, I can see clearly now

Piosenkarz uwolnił się od nałogu heroiny i naprawdę mógł o sobie powiedzieć i zaśpiewać I can see clearly now. Urodził się w roku 1940 w USA. Jego fani piszą na youtubie, że był przez 25 lat zależny od heroiny. Jeżeli można się uwolnić od nałogu po ćwierć wieku, to można naprawdę wszystko! Oficjalny życiorys piosenkarza  w ogóle o tym nie wspomina.

Piosenka powstała w roku 1972 i była największym przebojem Nasha.

Nash przyjaźnił się z Bobem Marleyem.

W rozdziale 23 Stuart oświadcza się Meg. Tak jak to sobie każdy wyobraża – na klęczkach, z pierścionkiem i bukietem kwiatów… Ukochana wraca do zdrowia, piękny świat stoi otworem… Będziemy żyli długo i szczęśliwie, kochając każdą zmarszczkę na naszych twarzach, bo opowiadają dzieje naszej miłości i naszego wspólnego życia:

All of these lines across my face
Tell you the story of who I am
So many stories of where I’ve been
And how I got to where I am
But these stories don’t mean anything
When you’ve got no one to tell them to

Wszystkie te zmarszczki na mojej twarzy
Opowiadają ci historię tego, kim jestem
To opowieści o tym, gdzie byłam
I jak tam dotarłam
Ale te historie nic nie znaczą
Jeżeli nie masz nikogo, komu możesz je opowiedzieć

Brandi Carlile, The Story

Ale… Ale jeśli myślisz… Ale jeśli myślisz, że minął zły czas… Ale jeśli myślisz, że minął zły czas i narszcie… Ale…

Opublikowano Redakcja | Otagowano , | Dodaj komentarz

Szopa w salonie 10

Łukasz Szopa

Berlin i psy

Dziś będzie, niestety, o gównie. Przylepiającym się do butów, śmierdzącym, berlińskim gównie. Ale gdyż nie lubię tego wulgarno-infantylnego słowa, będzie o odchodach. I by mnie nie postrzegano jako osoby nienawidzącej Berlina i/albo psów, rozszerzę temat na ich (psów) ludzi i ich karmę.

W każdym razie, po kilku tygodniach pobytu na wsi, przyjazd i kilka pierwszych dni w Berlinie były w większości nietypowe: pogoda całkiem miła i słoneczna, ludzie całkiem mili i uśmiechnięci, komunikacja miejska miła i bez opóźnień. To te – „w większości“, jak mówiłem – cechy raczej nietypowe. Typowa była jednak już podczas wyładowywania rzeczy z samochodu potrzeba przyzwyczajenia się do starej berlińskiej dyscypliny: slalomu w wymijaniu psich gówien (utrudnionym noszonym przed sobą kartonem!).

Lecz zamiast wściekać się, marudzić, czy szukać choćby na Facebooku pomocy przyjaciół w kwestii „Jak poradzić sobie z g… odchodami?“, po prostu się zastanowiłem. I myśli nie opuszczały mnie przez półtora dnia niemalże. Główne pytanie brzmiało nie „Co robią w mieście psie odchody?“, a: „Co w ogóle robią w mieście PSY?“

Gdyż dziwić się i denerwować, że leżą tu psie odchody jest absurdem – jeśli faktem jest, że w mieście mieszka dziesiątek tysięcy psów. No gdzieś muszą. Srać i spacerować. Głównie – jedno i drugie! – na asfalcie, krótciutko, i na smyczy – jeszcze krótszej. Takie to pieskie życie. Do tego wytuczone przez człowieka karmą puszkową i innymi delikatesami. To, że regał w supermarkecie z karmą dla czworonogów dłuższy niż ten z pieczywem, to wszyscy wiemy. Ale prawdziwą atrakcją w Berlinie są supermarkety specjalne dla zwierząt – „Fressnapf“ – z oddzielną sekcją „bio“.

Już bardziej absurdalny wydał mi się obrazek zgarbionego psiego człowieka zbierającego potulnie do woreczka pozostałości psiego obiadu/kolacji/śniadania, by donieść niniejszy skarb do najbliższej filii zakładu BSR – czyli pomarańczowego kosza na śmieci. (Są miasta oferujące psom i ich ludziom specjalne pojemniki na odchody – te psie! To niby postęp, ale… takie rozsiane są po mieście jeszcze rzadziej niż w Berlinie kosze na śmieci). Ale że nie byłem w nastroju do Schadenfreude – myślałem sobie dalej.

Nie tyle o tym, czy te woreczki w sumie są „bio“, czyli samoodnawialne. Bardziej generalnie. Już nie tylko o tym, co w mieście robią psie odchodzy, i co w ogóle robi w mieście pies.

Gdyż całkiem niedawno odwiedził mnie na wsi przyjaciel z Berlina. Z psem. Psem, który 80% swojego żywota spędził właśnie w Berlinie, z tego 95% – w mieszkaniu. No, pies przez ten tydzień na wsi czuł się jak ryba w wodzie, latał w około (lecz nie uciekał, mądrala), obszczekiwał sąsiadów (nawet na ich własnym podwórzu), ich kury (na szczęście zamknięte za siatką), dyskutował regularnie z psem sąsiada z lewej, z dołu, i dwoma z prawej. Czasami wdając się w kłótnie i z innymi (psami).

Ale co ciekawe, podobnie odżył na wsi jego człowiek. Spacerami, jeżdżeniem na rowerze, pracą na słoneczku, odpoczywaniem wieczorem przy ognisku, kiełbachach i piwku.

Pytanie początkowe jest więc nieprecyzyjnie postawione. Nie: „Co robią w zabetonowanym i zregulaminowanym mieście psy?“, a – „Co robi w mieście w ogóle człowiek?“

A oto link do podobnego tekstu sprzed ponad czterech lat, po niemiecku:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/zivilisatorischer-hundekot

PS od Adminki: Problem psów w Berlinie, rok 1807; policja zarządza obowiązek wyprowadzania psów na smyczy. Biegające luzem zwierzaki mogą paść ofiarą rakarza. Przestraszeni obywatele posłusznie przywiązują się do ulubieńców – Berlinische Folgsamkeit, karykatura Daniela Chodowieckiego.

Opublikowano Łukasz Szopa | Otagowano , , | 4 Komentarze

Barataria 36 Uromys vika

Ewa Maria Slaska

Na wyspach Salomona odkryto nowy gatunek wielkich szczurów / Auf den Salomonen wurde neue riesige Ratte entdeckt

Nowy Szczur / Die Neue Ratte

In der Südsee ist eine neue riesige Ratte entdeckt worden. Bislang gab es über das Tier nur Gerüchte von Einheimischen. Sie berichteten, dass sich die  Vika gern über Kokosnüsse her macht. Beobachtet haben die Forscher das Verhalten bisher nicht, sie fanden allerdings Kokosnüsse, in die beeindruckende Löcher genagt worden waren. Jetzt aberwurde Vika gefunden. Annähernd einen halben Meter lang, bis zu einem halben Kilo schwer und mit einem langen, haarlosen und schuppigen Schwanz. Sie wurde auf der Insel Vangunu in der Südsee östlich von Papua-Neuguinea gefunden. Die gefundene Ratte ist von der rapiden Abholzung bedroht. Leider starb die Ratte kurz nach dem gefunden werden. Die Forscher vermuten, dass Vikas Vorfahren mit treibenden Pflanzenresten auf die Insel gelangten und sich dort zu der neuen Art weiterentwickelten.

Die Inselgruppe der Salomonen umfasst Hunderte Inseln und kleinere Atolle. Sie liegt recht isoliert. Viele der dort lebenden Säuger sind nirgendwo sonst auf der Erde zu finden.

Na wyspach Salomona, położonych na wschód od Papui-Nowej Gwinei, odkryty został nowy gatunek wielkiego szczura. Dotychczas o zwierzaku opowiadali tylko tubylcy, twierdzili, że żyje na drzewach i żywi się mlekiem kokosowym. I rzeczywiście, już od dawna naukowcy odkrywali orzechy kokosowe z ogromnymi dziurami w skorupach. Teraz znaleźli wreszcie zwierzę, które te dziury wygryza. Trzeba chyba jednak powiedzieć – wygryzało, bo możliwe, że szczura przedtem nie było, a teraz znowu nie będzie – jedyny znaleziony okaz po zbadaniu – zdechł.

Vika ma (miała) około pół metra długości, waży(ła) pół kilo, ma (miała) bardzo długi nieowłosiony ogon pokryty łuskami.

Archipelag wysp Salomona to kilkaset małych i większych wysp powstałych wokół małych atoli. Wyspy są odizolowane od reszty świata i przechowują się na nich gatunki zwierząt i roślin, gdzie indziej już dawno wymarłe. W ścisłej izolacji lokalne gatunki rozwijają się inaczej i nie są podobne do swych pobratymców. Tak właśnie było z Vikami. Viki przybyły prawdopodobnie na wyspy Salomona z jakimiś niesionymi falą i wiatrem resztkami roślin. Skąd – nauka nie podaje.

***
Myszeida! Na pewno! Przecież ta Uromys to stara mysz! (Po sprawdzeniu okaże się niestety, że mysz i owszem, mys, ale nie stara, tylko ogoniasta, uro… Ech, powtórka z Łaciny bez pomocy Orbiliusza by się przydała)

***

Każda Nowa Epoka produkuje Nowego Człowieka. Wierzą w niego i wodzowie totalitarni, i anarchistyczni buntownicy, i charyzmatyczni przywódcy. Od stu lat kreujemy nie tylko Nowego Człowieka, ale też Nową Kobietę i Nowego Mężczyznę. To są jednak byty abstrakcyjne. Tymczasem Nowy Szczur jest faktem naukowym.

***

Na wyspach zatem przechowują się takie stare nikomu już nieznane rasy. Nie mogąc ani powędrować dalej, ani się rozprzestrzenić, ani, co najgorsze, spotkać pobratymców, dysponujących innym niż one kodem genetycznym, trwają w kazirodczym zamknięciu, produkując Nowego Tygrysa, ale też Nowego Szczura czy Nowego Człowieka.

Nowa Kobieta i Nowy Mężczyzna (Homini Novi), którzy rozwinęli się w całkowitej izolacji na Wyspach Wolności i Tolerancji.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , , , , | 1 komentarz

Wśród przyjaciół Moskali – 1

Lech Milewski

Z Rosjanami spotkałem się po raz pierwszy na początku 1945 roku. Mieszkaliśmy wtedy w Kielcach. Jednostka wojska radzieckiego obozowała na pobliskich polach, przychodzili do naszego mieszkania, aby się ogrzać. Kuchnia była niewielka, żołnierze siedzieli na podłodze, przewijali onuce. Pamiętam, że mieli konserwy mięsne w puszkach, pewnie amerykańskie.
Wydawali mi się bardzo sympatyczni. Któregoś dnia wzięli mnie do swojego obozu i pozwolili wsiąść do samolotu, dwupłatowego kukuruźnika. Zaproponowali krótki lot, ale na nieszczęście pojawiła się moja matka i na lot samolotem musiałem poczekać 25 lat.

Następny kontakt to rok 1951 – prywatna szkoła im Królowej Jadwigi prowadzona przez zakonnice, Nazaretanki – klasa V szkoły podstawowej, nauka rosyjskiego.
Nie był to miły kontakt. Po pierwsze matka była wrogiem komunizmu i radzieckiej władzy. Podobny stosunek mieli wszyscy nasi krewni i znajomi. Na marginesie jednak wspomnę, że nikt nie kwestionował zasług Rosjan w wyzwoleniu Polski spod okupacji niemieckiej i pomniki wdzięczności nie wydawały się niczym niewłaściwym.
Konkluzja matki: ucz się, powinno się znać języki wrogów.
Po drugie nauczycielka była bardzo niesympatyczna, przypominała mi carskich nauczycieli, o których opowiadali moi stryjowie, bracia ojca.
Jednak poznanie nowego alfabetu i nieco innych zasad gramatyki uznałem za ciekawe wyzwanie.

Trzy lata później zmieniłem szkołę z podstawowej na średnią i tym razem trafiłem na bardzo dobrego i sympatycznego nauczyciela. Wydaje mi się, że był on świeżym repatriantem z ZSRR, więc jego rosyjski brzmiał bardzo autentycznie, a zachowywanie przypominało mi radosnych komsomolców z radzieckich filmów.
Lekcje prowadzone były żywo, sporo śpiewu, żartów. Moja biegłość w czytaniu cyrylicy procentowała, wyglądało na to, że będę doskonałym uczniem. Niestety coś nie wypaliło, słusznie czy niesłusznie uznałem, że nauczyciel traktuje mnie niesprawiedliwie i straciłem cały entuzjazm do tego przedmiotu. Całą szkołę średnią przeszedłem na słabych trójkach.

Rok 1959.
W tym okresie popularne wśród młodzieży było pismo Radar. Pismo prowadziło coś w rodzaju penpal club, podawało adresy osób chętnych do korespondencji z kimś z Polski. Uznałem to za okazję do praktyki języka angielskiego.

Jednak co potrafi jedna piękna kobieca twarz.
W którymś numerze Radaru zauważyłem anons Rosjanki z załączonym zdjęciem.
Krasawica! Angielski poszedł w kąt, skupiłem się i napisałem po rosyjsku. Otrzymałem sympatyczną odpowiedź.
Niestety w tym, jak i w wielu innych przypadkach, po wymianie dwóch listów nie bardzo było wiadomo o czym pisać. Z pomocą przyszło mi akademickie studio radiowe (mieszkałem w domu akademickim Politechniki Warszawskiej), któregoś dnia nadali opowiadanie Antoniego Czechowa. A tam: „Dalej, jak tylko z kuchni wnoszą kulebiak, należy niezwłocznie wypić po drugim. (…) Kulebiak musi być bezwstydny, w całej swojej nagości, tak, żeby kusił. Mrugniesz na niego, oderżniesz porządną pajdę i pogmerasz nad nią palcami, ot tak, od nadmiaru uczuć. Zaczyna pan ją jeść, a masło kapie jak łzy, nadzienie tłuste, soczyste, z jajkami, podróbkiem, cebulą…„. Więcej TUTAJ.
Bezwstyd, nagość, kuszenie – to było znacznie więcej niż sobie na tym etapie korespondencji obiecywałem.
Pomyślałem – przez kuchnię do serca kobiety. Spytałem czy wie co to kulebiak i czy może coś na ten temat napisać.
Odpowiedź złamała mi serce. Piękna komsomołka napisała, że mój list ogromnie ją rozczarował. Podała swój adres do Radaru sądząc, że młode osoby w w Polsce powinny być zainteresowane budową socjalizmu, w której to dziedzinie Związek Radziecki jest niewątpliwym liderem. A tutaj ja ładuję się z jakimś absolutnie marginesowym, do tego drobnomieszczańskim, tematem.
Cieszy ją, że lubię Czechowa i chętnie podyskutuje na temat poruszanych przez niego problemów społecznych, oczywiście w świetle aktualnych przemian w Związku Radzieckim.
I w ten sposób kontakty z Rosją urwały się na 20 lat.

Luty 1980 – narty
Wycieczka PTTK w Wysoki Kaukaz. Jedną dobę spędziliśmy w Moskwie, w hotelu Kosmos – KLIK.

Hotel Kosmos

Ogromny budynek, na każdym piętrze urzędowała „etażnaja” czyli opiekunka piętra, która rejestrowała starannie ruchy gości hotelowych, a również miała czajnik z „kipiatokiem” – gorącą wodą.
Tego pomnika na froncie wtedy jeszcze nie było. To pomnik generała de Gaulle. Zapewne ma to związek z udziałem Francji w budowie hotelu.

Wśród broszurek informacyjnych zauważyłem coś ciekawego, w języku angielskim – Khatyn massacre.
Rosjanie piszą o Katyniu – zdumiałem się. Lektura broszurki rozwiała złudzenia:
.. jeśli przyjechałeś do Związku Radzieckiego odwiedzając po drodze nasze bratnie kraje, Czechosłowację czy Polskę, to prawdopodobnie zetknąłeś się z nazwą Khatyn (Chatyń). Tu znajdziesz wszelkie informacje na ten temat. Chatyń to niewielka wioska na Białorusi. Cała ludność tej wioski została w 1943 roku zamordowana przez niemieckich faszystów…
To jest prawda – patrz tutaj – KLIK. Wydaje mi się, że to był majstersztyk manipulacji – podsunąć turystom prawdę, która ukryje inną prawdę.

Otoczenie hotelu było ciekawe. Z jednej strony pomnik zdobywców kosmosu…

Zdobywcy Kosmosu

Z drugiej strony malutka, stara cerkiew. Wszedłem do środka. Trwało jakieś nabożeństwo. Prawie same starsze kobiety, atmosfera zupełnie niepodobna do naszego kościoła. Kobiety krążyły po cerkwi jak po własnym domu, zapalały świeczki, śpiewały. W końcu wyszedł pop i przyniósł stertę małych kawałków chleba na tacy. Komunia? Czułem się nieswojo i dość szybko wyszedłem.

Tuż po mnie wyszło młode małżeństwo z pewnie 10-letnią córką. Odwrócili się w stronę cerkwi i przeżegnali się, tak prawosławnie, trzy razy. Ich córka tylko zamarkowała znak krzyża. Zrugali ją i dopilnowali, żeby się wyraźnie przeżegnała. Podszedłem bliżej i spytałem, co to za kościół.
– To stara cerkiew pod wezwaniem Matki Boskiej Kazańskiej.
Podziękowałem za informację.
– A kto to Matka Boska Kazańska wiesz?
– Nie wiem.
– To dlaczego nie spytasz?
Spodobało mi się takie podejście. Wyjaśnili, że to odpowiednik naszej Matki Boskiej Częstochowskiej.
– Teraz wiesz? – upewnili się.
Jak widać, zapamiętałem to przez 37 lat.

Następnego dnia pojechaliśmy na lotnisko Wnukowo i polecieliśmy do miasta Nalczyk – stolicy republiki kabarsko-bałkarskiej – KLIK, a stamtąd autobusem do naszej bazy – dużego hotelu u podnóża wielkiej góry. Hotel był na wysokości 2,200 m.
Było późno, więc tylko zjedliśmy obiad i zapoznaliśmy się z naszymi przewodnikami. Na obiad była dość rzadka zupa i ryż z sosem z niewielkimi kawałkami mięsa i kawałkiem kwaszonego ogórka. Do tego pół litra wódki na stolik.
Przewodnicy bardzo sympatyczni. Jeden z nich, o ciemnej cerze nie wygladał na Rosjanina. Wspomniał coś o muzułmańskiej mniejszości żyjącej w tych okolicach.

Następnego dnia zaczęły się narty.
Po pierwsze kierownictwo hotelu było bardzo zmieszane naszą obecnością. Zrozumieliśmy, że jest to miejsce niedostępne dla cudzoziemców – duża ilość instalacji militarnych i tarcia etniczne. Trochę czasu zajęło wyjaśnienie, że nasz pobyt jest legalny.
Po drugie dowiedzieliśmy się, że na stoku narciarskim powinniśmy być cały czas w zasięgu wzroku naszych przewodników.
Po trzecie – udaliśmy się do stacji wyciągu krzesełkowego. Byliśmy u stóp bardzo stromej góry, której szczyt tonął w chmurach. Jednoosobowe krzesełka szybko znikały we mgle. Kilka osób od razu zrezygnowało. Miały trochę racji. Krzesełka były w dużej odległości od siebie, również odległość między słupami była bardzo duża. Pod nogami przepaść bez dna. Było bardzo zimno, a nie było żadnych okryć. Jazda trwała chyba pół godziny, w tym czasie wyciąg zatrzymał się raz czy dwa razy. W rezultacie kilka osób było bliskich ataku histerii.
Na górze był mały raj – świeciło słońce, było stoisko serwujące niezwykle smaczne szaszłyki. Większość naszej grupy zdecydowała zostać tu cały dzień i zjechać wyciągiem na dół.
Gdy spojrzałem na trasę zjazdu, miałem ochotę do nich dołączyć. Była piekielnie stroma, nie widać było końca, nie wiadomo było, co jest po bokach. Od dawna nie padało, więc można było się spodziewać zmrożonego, twardego i bardzo szybkiego śniegu.
– Jeśli tu upadnę, to nic mnie już nie zatrzyma – pomyślałem i ruszyłem w dół.
Ku mojemu zaskoczeniu śnieg okazał się wyjątkowo przyjazny. Mam na myśli fakt, że narty wykonywały bardzo posłusznie wszelkie moje zamiary. Jeździłem w tę i z powrotem. Oczywiście o kontakcie z przewodnikami nie było mowy. Kilku dobrych narciarzy popędziło na łeb na szyję, przewodnicy razem z nimi. Ja musiałem kilka razy się zatrzymać, niektórzy zatrzymywali się jeszcze częściej.

Wieczorem obiad podobny do poprzedniego i znowu pół litra wódki na stolik. Po wyczerpującym dniu i perspektywie kolejnego intensywnego dnia nikt nie miał ochoty na wódkę.
Poprosiliśmy kierownika wycieczki o interwencję – prosimy bez wódki, ale może trochę więcej jedzenia, przynajmniej jarzyn.
Bardzo szybko otrzymaliśmy wyjaśnienie – zgodnie z umową wasza racja żywieniowa ma kosztować ileś tam rubli. Jedzenia u nas brak więc kompensujemy to wódką.
To była prawda. W hotelu był mały kiosk z żywnością, były tam owoce, słodycze. Żeby kupić jabłko – tak, jedno jabłko – trzeba było kupić również ćwiartkę wódki.
Na szczęście nasi przewodnicy natychmiast znaleźli rozwiązanie. Pomógł im przypadek jednego z naszych kolegów. Podczas zjazdu upadł, wypięła mu się narta i odjechała kilkadziesiąt metrów. Zanim doszedł do narty zjawił się ratownik (a może strażnik), podniósł nartę i poczekał na właściciela. Jednak nie oddał mu jej, tylko zapytał, gdzie jego przewodnik. Tego oczywiście narciarz nie wiedział, w związku z czym „ratownik” nie oddał mu narty, lecz asystował mu aż do hotelu, gdzie zameldował o wykroczeniu.
Rozwiązanie było proste – oddajcie nam niewykorzystaną wódkę, również tę z kiosku, a my załatwimy wam wyciągi bez kolejki i przychylność „ratowników”. Chętnie się zgodziliśmy i mogliśmy rozkoszować się emocjonującymi zjazdami.
Inna rzecz, że uprzywilejowana pozycja w kolejce do wyciągu nie zyskała nam przychylności miejscowych narciarzy. Gdy rano szliśmy do wyciągu, ludzie w kolejce mruczeli gniewnie pod nosem i podstawiali nam nogi.

A co poza nartami?
W naszej grupie było kilka inteligentnych osób, więc wieczorne rozmowy były ciekawe. Hotel leżał koło jakiejś malutkiej wioski czy osady. Tam jedynym miejscem publicznym był spory bazar, nastawiony głównie na hotelowych gości. Było tam trochę lokalnych wyrobów ludowych, ale jedyne co dobrze zapamiętałem to węgierskie wino – Egri Bikaver.

Któregoś dnia wybrałem się do sąsiedniej wioski na jakieś występy ludowe i dołączyłem do pary miejscowych – ojca i córki. Gdy zorientowali się, że jestem Polakiem, dziewczynka zapytała:
– Czy ja mogę o coś spytać obywatela z Polski?
– Oczywiście, pytaj o co chcesz – odpowiedziałem. Jej ojciec rzucił mi pełne nagany spojrzenie, odczekał chwilę, wreszcie powiedział:
– Możesz, ale to jest nasz gość, więc masz się zachowywać z szacunkiem.
– Obywatelu z Polski – czy w Polsce kościół ma dużą siłę? – zapytała, ojciec rzucił jej nieco gniewne spojrzenie.
– Kościół, siłę… – odpowiedziałem – jak we wszystkich krajach demokracji ludowej panuje u nas tolerancja religijna. Kościół jako instytucja nie ma u nas siły, siła jest u wiernych, a u nas jest ich wielu.
– Ale księża? Oni podobno są w Polsce bardzo bogaci.
– Skąd bogaci? Kościół nie ma własnego majątku, jedyne dochody to datki wiernych. Księża, których znam, poświęcaja większość pieniędzy na utrzymanie kościóła i żyją bardzo skromnie.
– Jak to jest tato? U nas nauczyciel mówił, że księża w Polsce dostają pieniądze z CIA.
– Dostają? – to było skierowane do mnie.
– Nauczyciel powiedział wam to, co jest właściwe – ojciec uprzedził moją odpowiedź – to bardzo niegrzeczne podawać w wątpliwość słowa nauczyciela w obecności gościa z Polski.
Zmieniliśmy temat rozmowy.

Nawiększą atrakcję zachowano na przedostatni dzień turnusu – wycieczka na Elbrus…

Elbrus

Taki widok mogliśmy podziwiać codziennie spod naszego hotelu i ze szczytu góry, z której zjeżdżaliśmy na nartach.
Po godzinie jazdy autobusem znaleźliśmy się u stop góry. Kolejka linowa wjeżdżała na wysokość sporo ponad 4,000 m. Śnieg miał bajeczne właściwości, bardzo szybki a jednocześnie zgadywał zamiary narciarza. Jazda była cudowna. Spędziliśmy kilka godzin na górze zadawalając się krótkimi zjazdami (i podchodzeniem) gdyż obawialiśmy się, że po zjeździe na dół spędzimy resztę dnia w kolejce do kolejki linowej.
Końcowy wielokilometrowy zjazd na dół był wielkim przeżyciem. Wiele lat później miałem okazję jeździć na nartach w Nowej Zelandii, USA, w St Moritz i Davos, ale żadne zjazdy nie dorównały Elbrusowi.

Cały ostatni dzień spędziliśmy w drodze. Najbardziej dramatyczna była jazda autobusem do Nalczyk. Autobus popsuł się. Kierowca powiadomił o tym pasażerów i zapadł w sen w swoim fotelu.
– Co się stało? Trzeba coś zrobić – wyrwaliśmy go z drzemki. Wzruszył ramionami:
– Ja i tak nie mam żadnych narzędzi ani części zapasowych.
Jednak zmusiliśmy go do podniesienia maski. Pękło jakieś cięgno i udało się to naprawić kawałkiem drutu. Zdążyliśmy na samolot.

Kolejne spotkania były już w Australii.


Ciąg dalszy za tydzień. A na razie nie zapowiedziane PS od Adminki.

Wciąż nie mogę się nadziwić, że tak mi się ostatnio życie miesza z literaturą. W środę zrobiłam kulebiak z kapustą z grzybami (wegański, więc bez tego masła, jajek i podróbek tak smakowicie spływających po palcach i u Czechowa, i u naszego autora). Znalazłam w sieci świetny przepis i pomyślałam, że najlepiej by było, gdzieś go podać, bo jak będzie na blogu, to nie zginie, a w szufladach… Zanim przemyślałam sprawę, w czwartek przyszedł wpis od Lecha, a w nim kulebiak… Nie ma więc żadnej siły, która zmieni mój zamysł: Kulebiak!

Mój przepis na ciasto:
500 g mąki
1 szkl mleka
20 g drożdży
świeżych (lub torebka suchych)

50 g masła
1 łyżka cukru
szczypta soli
Mąkę wsypać do miski, letnie mleko wymieszać z drożdżami i cukrem, margarynę rozpuścić. Do mąki dodać sól, rozrobione drożdże z cukrem i roztopione masło, wyrobić ciasto.
Kiedy już nie klei się do ręki, uformować kulę, obsypać mąką i odstawić w cieple miejsce na ok pół godziny.

Jest to najprostsze ciasto na świecie! I najpyszniejsze! Nadzienie każdy robi inaczej, odwołajmy się do tradycji bigosów, farszu do uszek lub wigilijnej kapusty z grzybami (taka była w mojej wersji). Ciasto rozwałkować niezbyt cienko i podzielić na dwa kawałki, które układamy na odpowiednich wielkością prostokątach papieru do pieczenia. Kapustę odcisnąć, ułożyć niegrubą warstwą na cieście. Zawijać podłużne rulony, pomagając sobie papierem. Końce skleić. Ułożyć oba kulebiaki w swoich papierach na blasze, posmarować rozmąconym żółtkiem, włożyć do piekarnika, piec ok. 40 min. Wyjąć przy pomocy papierów, odwrócić i jeśli będą miały wilgotne dno, włożyć je znowu do pieca na następne 1o-15 minut, tym razem jednak dnem do góry.

Jeść na zimno lub gorąco, do piwa lub barszczu, a zapewne i do wódki! 

Opublikowano Lech Milewski | Otagowano , , | 3 Komentarze

Porady kulturalne / Kulturelle Ratschläge

Samstag / Sobota

Niemcy też mają długi weekend i jest on właśnie teraz. Zaczął się wczoraj, skończy 3 października wieczorem, w Dzień Jedności Niemieckiej. Wszyscy wyjechali, a ci co nie wyjechali pójdą w ten weekend co najmniej raz na jakiś event kulturalny. Wiele z nich jest za darmo. Tu poniżej podaję trzy z nich.


(Manchmal) Draussen und umsonst.

In Deutschland herrscht Herbsturlaub-Stimmung! Seit Gestern bis den 3. Oktober hat die ganze Nation frei! Und wer nicht irgendwohin gefahren ist, geht doch irgendwo hin…

Heute ist der erste freie Tag. Wir gehen in die Oper. Draussen und umsonst. Und noch dazu sehr genehme Atmosphäre. Und man kann picknicken! Also Alles in Einem!

Foto: Thomas Bartilla

30. SEPTEMBER UM 17 UHR

Staatsoper für alle: Open-Air-Konzert und Live Übertragungen

Die Staatsoper ist zurück in ihrem Stammhaus Unter den Linden!

Nach mehr als sieben Jahren kehren das gesamte Ensemble, das Orchester, der Chor und alle Mitarbeiterinnen und Mitarbeiter wieder an ihren angestammten Ort zurück. Das möchten wir mit euch allen feiern!

Eintritt frei! Dank BMW Niederlassung Berlin

Open-Air-Konzert STAATSOPER FÜR ALLE
30. Sep 17.00 Uhr Bebelplatz

Dirigent: Daniel Barenboim
Sopran: Diana Damrau
Mezzosopran: Okka von der Damerau
Tenor: Burkhard Fritz
Bass: René Pape
Staatsopernchor
Staatskapelle Berlin

Ludwig van Beethoven
Sinfonie Nr. 9 d-Moll op. 125

Live-Übertragungen STAATSOPER FÜR ALLE
3. – 7. Okt. Bebelplatz

Im Rahmen von STAATSOPER FÜR ALLE werden alle Vorstellungen des PRÄLUDIUMS zur Wiedereröffnung der Staatsoper live aus dem Großen Saal übertragen: Die Eröffnungspremiere »Zum Augenblicke sagen: Verweile doch!« mit Schumanns »Szenen aus Goethes Faust« in der Inszenierung von Jürgen Flimm (3.10., 20 Uhr, auch am 6.10., 18 Uhr) das Konzert am 4.10., 19:30 Uhr (Daniel Barenboim, Maurizio Pollini, Staatskapelle Berlin) sowie das Konzert am 7.10.,18 Uhr mit den Wiener Philharmonikern und Zubin Mehta am Pult . Kommt vorbei!

Alle Termine zu STAATSOPER FÜR ALLE Unter den Linden unter: http://bit.ly/2gQ2eUg


30. SEPTEMBER UM 20 UHR

Und wenn man nach der Oper noch nicht genug von Musik hat, geht man in die Regenbogenfabrik und hört meine (ankommende) Lieblig-Musikerin: Quena Tapia.

Violeta Parra

Quena Tapia lädt zur Peña:

100 Jahre Violeta Parra

Sa., 30.9.17 | 20 Uhr | RegenbogenKino

Violeta Parra war Folk-Musikerin und bildende Künstlerin.
Vor fast 100 Jahren wurde Violeta del Carmen Parra Sandoval in Chile geboren.

Peña bedeutet Fels, aber auch Stammtisch und steht in ganz Chile für kulturell-politische Gemeindefeiern, bei denen Gesangswettbewerbe aller Generationen solo und als Chor, mit und ohne instrumentale Begleitung häufig im Mittelpunkt stehen.
Heute gibt es viele Peñas in Chile, Lateinamerika, Nordamerika, Europa und Australien, die sich aufgrund der Chilenen, die nach Augusto Pinochets Putsch ins Ausland flohen, ausgebreitet haben.

Ab 1952 begann Parra Folkloremusik aus den ländlichen Zonen aufzunehmen und zusammenzustellen. Diese Sammlung entdeckte die Poesie und das Volkslied aus den ziemlich verschiedenen Regionen Chiles. Diese Arbeit förderte den enormen verborgenen Reichtum der Traditionen zu Tage, die zur chilenischen Kultur verschmolzen waren. Von hier begann sie ihren Kampf gegen die stereotype ausländische Musik und transformierte bzw. gewann die authentische Volkskultur wieder zurück. Sie komponierte Lieder, Décimas und Instrumentalmusik, wurde zur Malerin, Bildhauerin, Stickerin, Töpferin.

Violeta Parra schuf die Basis für La Nueva Canción Chilena, die Neue Gesangsbewegung Chiles, die die chilenische Folkloremusik erneuerte. Diese Bewegung breitete sich in den sechziger und siebziger Jahren in Chile aus. Da sie folkloristische Musikelemente mit religiösen Formen und Inhalten der Protestbewegung und Sozialkritik der sechziger Jahre vereinte, wurde sie der Kopf einer mächtigen kulturellen Strömung und erfasste das ganze Land. Sie wurde auch nach dem Putsch in Chile 1973 für viele ein Synonym für das unter der Militärdiktatur leidende und kämpfende Chile, das seine Rückkehr zur Demokratie erreichte.

Eugenia Tapia (Quena Tapia)
Cantante / compositora / Guitarra

Eugenia Tapia wurde als Tochter Chilenischer Musiker in Rüdersdorf geboren, daher die Freude an Ethno-Einflüssen.
Sie studierte 2 Jahre Komposition an der Universität Arsis-Chile (SCD) und Gesang dazu. Danach Gitarrenstudium im Conservatorium – Badalona.
Eugenia startet ihr Musikerinnenleben mit verschiedenen Bands: teils in Chile, Barcelona und seit 2011 auch in Berlin.
Nicht nur live kann mensch sich an Eugenias Kunst erfreuen, sie hat auch einen Lullabye Song aufgenommen: „Tu mi Mariposa” (E.Tapia /P. v. Rothkirch). 2011 CD -Heart & Toes – Lullabies from Around the world.

Eintritt frei – Spenden willkommen

Gute Nacht


Guten Morgen

01. OCTOBER UM 14 UHR


Gallion-Bild der Ausstellung: Neavenezia 2015/17, was natürlich Berlin ist

In der Komunalen Galerie Berlin  auf dem Hohenzollern Damm 176 gibt es noch bis 29. Oktober eine Ausstellung von Matthias Koeppel

Experiment und Methode

Matthias Koeppel zum 80. Geburtstag

Fotografie, Zeichnung, Grafik, Gedichte, Komposition, Malerei

Während der Ausstellung wird sich der Künstler drei Mal mit seinem Publikum treffen und es durch die Ausstellung führen. Ein Termin ist schon vorbei, zwei bleiben noch, davon ein – morgen:

Führungen mit Matthias Koeppel

Sonntag, 10.09.2017 | 14 Uhr

Sonntag, 01.10.2017 | 14 Uhr

Sonntag, 15.10.2017 | 14 Uh

Leider nicht in der Ausstellung, auch als Plakat nicht: Matthias Koeppel ‚Requiem für Luise’, Plakat zur 750-Jahr-Feier Berlins

Auf dem Blog Café Deutschland liest man: Abgebildet sind die Humpe-Sisters: Annette und Inga Humpe gehörten zu den Schaumkronen der Neuen Deutschen Welle. Annettes Blaue Augen (1981) und Ingas Ich düse im Sauseschritt (1983) haben noch heute großen Wiedererkennungswert. Zwischen 1985 und 1987 hatten sie als Humpe & Humpe eine gemeinsame Band.

Das ‚Requiem für Luise’ ist mein Lieblingsbild von Koeppe – ironische Nachahmung der berühmten Skulptur von Prinzessinnen Luise und Frederike Hohenzollern von Johann Gotlieb Schadow aus den Jahren 1795-7.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Poeci wykręci*li kran

Jan Kozłowski i Krzysztof Pukański niemal w tym samym momencie nadesłali mi wiersze prześmiewcze i wykrętne. Nie mogłam się oprzeć, by ich nie opublikować tu razem… Mają one, choć poeci się nie znają, nie tylko pewien wspólny rys prześmiewczo ironiczny, ale i, niekiedy, wspólną… góralskość. Lubię… 

Krzysztof Pukański

Utwór wierszowany prozom:

Pambuk przyszed do mnie w ziele

(wszelkie cudaki i po-pisownie zamierzone)

No i co ja mam z tem fantem zrobić? Pisać? Nie pisać? Pisać-niepisać? Pisać, ale nie-pisać?
– No bo przyszedł.
– No ale w ziele.
– No, ale przyszedł.
– No przyszedł.
– Znaczy pisać?
– No pisać.
To pisze.

Jan Kozłowski

(pamiętacie wiersze o Trocu?)

Kierpce

Aż do góry
Skacze serce
Gdy na nogi
Wkładam kierpce.

Kierpce to mój
Cały świat –
Matka, ojciec,
Dom i brat.

Gdy się z bólu
Cały wiercę,
Ból uchodzi,
Gdy mam kierpce.

Kiedy marznę
Na swej derce,
Ciepło w duszy,
Gdy mam kierpce.

Gdy smakuję
Z pieca sierpce,
Smak najlepszy,
Gdy mam kierpce.

Ten i tamten
Zwie mnie mędrcem.
Moja mądrość –
To me kierpce.

Lindley

Kurtyzana
Katarzyna
Figle-migle
Z gościem wszczyna.

Zrazu wolno,
Potem śmiglej,
W wannie wody,
Gdyż gość – Lindley.

Woda wokół
Wciąż się leje,
Gdy K. migli
Się z Lindleyem.

Pryska, bryzga,
Chlusta, chlupie,
Niby dziki
Sztorm w szalupie.

Wciąż wzbierają
Wody fale,
Ku Lindleya
Dzieła chwale.

Bo w tym życia
Jest uroda,
Kiedy z kranu
Płynie woda.

***
Lindley to ten, no, William Lindley (1808 – 1900) – brytyjski inżynier. Projektował i budował razem ze swoimi synami linie kolejowe, sieci kanalizacyjne i wodociągowe dla około 30 miast europejskich, m.in. w Warszawie, Hamburgu, Bazylei i Sankt Petersburgu. Dla Szczecina i Berlina rolę tę pełnił James Hobrecht. Tylko, jak go zrymować?
Zawsze w wodzie jest mi dobrze,
jeśli grzbiet mi natrze Hobrecht?

Na zdjęciu wieża Lindleya, część filtrów warszawskich

Opublikowano Jan Kozłowski, Krzysztof Pukański | Otagowano , , | 2 Komentarze

Jeden fioletowy kwiatek

Wpis miał się nazywać Alcalá de Henares, bo chciałam pisać o rocznicy urodzin Cervantesa, a pisarz się tu właśnie urodził, w tej najpiękniejszej części starego Madrytu (na zdjęciu Casa de Cervantes). Od co najmniej trzech miesięcy było zapisane w kalendarzu, że dziś będzie wpis na ten temat. Niestety zniosło mnie na manowce…

Ewa Maria Slaska

28 września 1547. Urodziny Cervantesa. Dobrze liczę? 470 lat? Nie ufam sama sobie, ale excel, który szybciej liczy niż kalkulatory, potwierdza. 470 lat temu urodził się jeden z najsłynniejszych pisarzy na świecie.

To się tak łatwo mówi. Najsłynniejsi pisarze na świecie. Tacy naprawdę najsłynniejsi… Już o tym TU kiedyś pisałam. Zresztą TU też. Najwyraźniej to jakiś mój problem, ten światowy kanon lektur i lista najważniejszych pisarzy.

Zdumiewa mnie zawsze, jak jest ich niewielu w tej pierwszej dziesiątce, która się nam automatycznie nasuwa, chyba nie ma ich nawet dziesięciu. Homer jakieś 2800 lat temu, plus minus, nie bądźmy drobiazgowi. Cervantes. Szekspir urodzony w roku 1564, małe pokolenie później niż wielki Hiszpan. Dante, 1265, trzysta lat przed Szekspirem, Goethe, Proust, Tołstoj, Joyce… to już całkiem niedawno, prawie nasi rówieśnicy… Ośmiu. Jeśli zacznę teraz dodawać innych, to będą oni z innej półki, i równie dobrze mogę zacząć robić listę ośmiuset.

Ilu z nich jeszcze tak naprawdę czytamy? Ilu z nich ja tak naprawdę czytam? Wyrwana ze snu, odpowiedziałabym, że lubię Homera, ale tylko Odyseję, bo Iliady nie lubię. Odyseję w tłumaczeniu Parandowskiego czyli prozą. Czytałam ją wiele razy. Ale kiedy ostatni raz? Dziesięć lat temu, jak sądzę, a przecież mam książkę w domu, pod ręką i uważam, że jest świetnie przetłumaczona.

Dante? Tu gorzej. Pewnie tak naprawdę jakieś 30 lat temu, a może nawet 40. Oczywiście pomijam kartkowanie w poszukiwaniu cytatu, co mi się zdarza często, zwłaszcza nieustannie szukam tych nieszczęsnych Niemców, którym się od Dantego oberwało i nazwał ich żarłocznymi – Tedeschi lurchi (znowu musiałam poszukać!), ale nie czytam, bo tłumaczenie jest okropne, staroświeckie, niezrozumiałe… Za to wciąż namawiam różnych młodych zdolnych, żeby studiowali włoski (starowłoski) i przetłumaczyli Dantego na miarę naszych czasów.

Szekspir. No tu przynajmniej mogę z ręką na sercu powiedzieć, że jego to czytam co i raz. Przede wszystkim dlatego, że w Berlinie są dwie świetne grupy teatralne, specjalizujące się w Szekspirze, wystawiające jego sztuki w plenerze, i to jakim! W ruinach średniowiecznego klasztoru, w zamienionych na park pustkach poprzemysłowych, w drewnianym okrągłym teatrze, który jako żywo bardziej przypomina szekspirowski Globe niż nazywający się szekspirowskim teatr w GdańskuSzekspir w Berlinie jest ostatnio tak znakomity, że właściwie nie wyobrażam już sobie lata bez Snu nocy letniej, a zimy bez Opowieści zimowej i Wieczoru Trzech Króli. A jak się już idzie do teatru, to się jednak sięgnie i po tekst… Coś sprawdzić, coś sobie przypomnieć… No i jednak wciąż wyciągam z półki, oglądam i czytam, stare wydanie Burzy, które dostałam od Mamy, i które jest jednym z niewielu moich prawdziwych skarbów… Mama też ciągle czytała Szekspira i był dla niej miarą poziomu, do którego nikt z nas nie dosięgnie.

Jak dotąd nienajgorzej, ale dalej to już zpełna klęska. Cervantes… teraz oczywiście, z uwagi na publikowany tu co poniedziałek, meandrowo wędrujący po świecie cykl Barataria, którego pomysł wywodzi się od samego mistrza, czytam go właściwie bez przerwy. Ale przedtem, wstyd się przyznać. Czytałam go tak dawno, że właściwie nieprawda, i jeszcze wcale go nie lubiłam…

Tołstoj, zresztą tylko Anna Karenina, ostatni raz co najmniej dziesięć lat temu i to tylko z uwagi na to niezwykłe zdanie rozpoczynające tę powieść: Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób.

Joyce! O ten, to jest dopiero miara klęski! Stosunkowo niedawno, dostałam Finneganów tren w tłumaczeniu Krzysztofa Bartnickiego, i próbowałam go czytać… Naprawdę próbowałam, raz, drugi, trzeci, potem stwierdziłam, że nie mogę go czytać w łóżku (a tak przecież wszyscy czytamy – badania to potwierdzają), bo natychmiast zasypiam, ale czytanie na fotelu też nam (Joyce’owi, tłumaczowi i mnie) niewiele pomogło. W końcu, jeśli czytam, to tylko Ulissesa, ale, z ręką na sercu, cała ta lektura sprowadza się zawsze i nieodmiennie do monologu Molly i dwóch irlandzkich śniadań. A przecież wciąż jeszcze mi się marzy wyjazd do Dublina na 16 czerwca, żeby przejść trasę, jaką tego dnia w roku 1904 przebył Leopold Bloom.

Goethe… No Goethe jak Szekspir, jest wciąż obecny, zresztą nawet na stole. Z Schillerem.

Pieprzniczka i solniczka. Na pytanie, który z dwóch poetów soli, a który pieprzy, odpowiadam nieodmiennie, że zgodnie z tytułem filmu (już zresztą trzeciego z kolei) Fack ju Göhte, pieprzy Goethe. Ale szczerze powiem, wiersze pisał fajne, i często je sobie czytam (choć wolę Heinego), natomiast Faust jest, moim zdaniem, mocno przereklamowany, a nawet – w gruncie rzeczy wstrętny.

No i zostaje Proust, intelektualne wyzwanie XX (a i XXI) wieku, wciąż czytany, i na pewno najbardziej z nich wszystkich kochany, ale… Czytany. Schmidt czyta Prousta. Koperski czyta Prousta. Milewski czyta Prousta. Ja też czytam Prousta. Czytałam go w życiu swoim co najmniej dwadzieścia razy, najpierw od początku do końca, od pierwszego tomu do siódmego, potem, nawet nie wiem, kiedy to się stało, chyba już w Niemczech (choć czytam oczywiście po polsku! oczywiście!), zaczęłam, jak Mama, czytać tylko trzy pierwsze tomy, potem już tylko pierwszy, potem już tylko W stronę Swanna, bo Miłość Swanna zaczęła mnie potwornie irytować, aż wreszcie zdarzyło się kiedyś, że zniechęcona odłożyłam proustowską magdalenkę, wywołującą dalekie piękne dzieciństwo narratora w Combray, i jak dotąd jeszcze do niej nie wróciłam. Odkryłam nie tyle, że już mnie owa kraina przestała interesować, ile – że znam ją zbyt dobrze. Nie muszę jej czytać. Jest ze mną zawsze, dostarcza mi rozwiązań i przemyśleń na każdą okazję. Gdy wracamy z wnukiem do domu i zaczyna padać, podaję mu swój szal i opowiadam o tym, jak słynny pisarz, gdy był małym chłopcem, wychodził w Combray na spacer podczas ulewnych deszczy, owijając się w gruby koc…

Zagadka – z jaką sceną z I tomu Prousta może się kojarzyć to zdjęcie? Podpowiem, że jest tu jeden fioletowy kwiatek. Będzie nagroda!

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , , | 7 Komentarzy