Reblog (po 10 latach): Rok Darwina

Wczoraj miałby urodziny

 Stefan Rieger

Tekst z 25/01/2009

Nie było zapewne w ludzkiej myśli większego przełomu. Nawet przewrót kopernikański był łatwiejszy do przełknięcia, gdyż wstrząsnął jeno dogmatami o naszym miejscu w Kosmosie, podczas gdy darwinowska rewolucja uderza w samą istotę naszego jestestwa: Kim jesteśmy? Skąd się wzięliśmy? Gdzie w tym sens?… Do dzisiaj mało kto to przełknął: jedni się udławili nienawiścią, innym zaś tylko się zdaje, iż liznąwszy coś z teorii ewolucji załatwili sprawę i mogą wrócić do codziennych zajęć i zabobonów. Jest podwójna okazja, by wziąć się do przepierki.

2009 jest w dwójnasób Rokiem Karola Darwina: urodził się 200 lat temu, 12 lutego, a 150 lat temu ukazało się jego wiekopomne dzieło O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego. Dla niektórych to najważniejsza księga zachodniej cywilizacji, obok Biblii. Czy one się wzajem uzupełniają, czy raczej wykluczają? Każdemu wedle jego sumienia, acz sumienie naukowca, jakim był Darwin, rozstrzygnęło spór za niego: gdy pojął mechanizmy ewolucji, stracił wiarę.

Uniwersalny wróg

W roku swego jubileuszu nieboszczyk, paradoksalnie, bronić się będzie musiał na dwóch frontach. Jak przystało na szanującego się geniusza atakowany jest bowiem przez zajadłe pitbule z dwóch przeciwstawnych stron. W krajach flirtujących z teokracją (od USA demokratycznie, przez Polskę zaściankowo, po imperium islamu, wojowniczo) rywalizuje, odpowiednio, z Bin Ladenem, sodomitą i Georgem Bushem o tytuł Wroga Publicznego Numer Jeden, przeciw któremu wytacza się ciężkie działa kreacjonizmu, lub w najlepszym razie – lżejsze armatki intelligent design.

W krajach o postępowym werbalnie dryfie, jak Francja, wali się z grubej rury w wynalazcę cynicznej walki o byt, z której najsilniejsi wychodzą zwycięsko, co prosto wiedzie – drogą darwinizmu społecznego i socjobiologii – do nazizmu wczoraj, a neoliberalizmu dziś.

Kanonada się zaczęła i jeśli czegoś można sobie życzyć w roku 2009, to tego, by nieuniknionemu przekleństwu kryzysu gospodarczego towarzyszył wreszcie dorodny, zdrowy kryzys umysłowy, zwiastun przełomu. Nie robię sobie większych złudzeń, gdyż siły regresji, mimo Obamy, rosnące mają zaplecze. A poza tym – na co przysięgał Obama, gdy przejmował władzę?

Szkocki prysznic

Francja wita Rok Darwinowski wydawniczym fajerwerkiem swych sprzeczności. Nicolas Witkowski z oficyny Seuil oferuje wreszcie francuskiemu czytelnikowi pełną wersję Autobiografii Darwina, przywracając krytyczne wobec religii akapity, które jego bogobojna żona wolała ocenzurować. Źle nawiedzony historyk André Pichot przypuszcza w kolejnym już, nienawistym dziełku – Źródła rasistowskich teorii. Od Biblii po Darwina – frontalny atak na domniemanego wynalazcę naukowej teorii rasizmu, inspiratora eugenizmu, darwinizmu społecznego Spencera, socjobiologii Wilsona i nade wszystko – hitlerowskiego delirium.

Nie zasługuje to nawet na zmarszczenie brwii, lecz uznał za konieczne pośrednio zareplikować, w książce Efekt Darwina, filozof Patrick Tort, kierujący we Francji Instytutem Darwina. Eugenistyczno-rasistowski dryf w XX wieku, kult „czystości rasy”, „nadczłowieka” albo „siły” – najzupełniej były obce twórcy teorii ewolucji.

Dekalog natury

Darwin odczekał 12 lat, gdyż wiedział, że jego teoria to dynamit. Dopiero w 1871 roku, w dziełku O pochodzeniu człowieka, rozszerzył uniwersalny algorytm ewolucji, wypróbowany na ziębach z Galapagos i potwierdzony na innych gatunkach, na homo sapiens sapiens.

Na przekór swym złym uczniom, którzy zdążyli już wyssać złą krew
z rewolucyjnej teorii – jak Herbert Spencer, prorok społecznego triumfu silnych nad mięczakami, czy jego własny kuzyn Francis Galton, który oprócz genetyki uznał za stosowne odkryć eugenikę, przyszły fetysz nazistów – sędziwy czarnoksiężnik nie omieszkał zadbać o przywrócenie, czy raczej gruntowne odnowienie standardów humanizmu.

Dobór naturalny nie faworyzuje jeno silniejszych, gdyż słabość może być czynnikiem lepszej adaptacji. Selekcji podlegają nie tylko korzystniejsze warianty morfologii, kły
i muskuły, lecz również instynkty, począwszy od „sympatii”, „altruizmu” czy „solidarności”. Ich niezrównane, adaptacyjnie korzyści natura odkryła na długo przed tym, zanim małpa zeszła z drzewa i wykuła je koślawie, z mnóstwem błędów, na kamiennych tablicach.

Znikąd donikąd, byle mądrze

Wbrew interesownym egzegetom darwinowskiego przewrotu, widzącym w nim zachętę do eliminacji słabszych, sam Darwin – dowodzi Patrick Tort – oceniał poziom cywilizacji wedle tego, jak słabych chroni: biednych, kobiety, wariatów, kaleki, więźniów, homoseksualistów, mniejszości takie i owakie… – to już inwentarz naszej ery, w półtora wieku później, lecz kryteria są te same.

Dopóki władzy teologów nie zburzy wiedza o naturalnych źródłach moralności, a władzy ideologów wiedza o wyższej nad ich interesowne fantazmaty, zrodzonej z chaosu mądrości natury, dopóty trwać będziemy w śmiercionośnych objęciach podwójnego fałszu. Darwin i jego kontynuatorzy wskazali drogę wyzwolenia z klinczu, nie ma wciąż jednak wielu śmiałków, gotowych wybrać się w podróż znikąd donikąd, jak polski mikrobiolog i genetyk, Władysław Goldfinger-Kunicki, ujął celnie sens naszego losu.

Reklamy
Opublikowano Redakcja | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Wyrzucone zdjęcia

Ewa Maria Slaska

Duży i znany magazyn miejski w Berlinie przeprowadził się właśnie do nowej siedziby. Przeprowadzka jest zawsze okazją do usunięcia zwałów rzeczy, które się nam nagromadziły w ciągu ostatnich kilkunastu lub kilkudziesięciu lat. Gazeta postanowiła usunąć swoje, nikomu, jak rozumiem, niepotrzebne, archiwum fotograficzne.

Groza.

Groza, że usunąć. Groza, że niepotrzebne. Groza, że wyrzucamy materialny zapis naszych czasów, bo myślimy, że wszystko zostało zdigitalizowane i już niczego nie potrzebujemy, a kiedyś, gdy jakaś kometa nie wiadomo skąd przeleci koło ziemi, wszystkie zapisy cyfrowe znikną i nikt nie będzie wiedział, ani jak się nazywamy, ani na co choruje nasze serce… Groza, że tacy byliśmy młodzi (niektórzy nawet byli w tym czasie dziećmi, a niektórych na świecie nie było), a już nie jesteśmy.

Ale też groza, że nic się nie zmieniło, że wciąż nam chodzi o to samo, o to, żeby być szczęśliwym i biec po łące pełnej kwiatów, śpiewać, grać na gitarze i protestować przeciw niesprawiedliwości świata. A świat jaki jest, każdy widzi.

Z ogromnego archiwum ktoś ocalił kilkanaście teczek zdjęć. Z tych kilkunastu teczek dostałam dwa zdjęcia (te na samym dole) wybrane specjalnie dla mnie, a potem jeszcze, na chybił trafił, kilkanaście.

Zdjęcia, jakie dostałam, dotyczą filmów, muzyki i demonstracji, a pochodzą (oprócz Janis Joplin) z lat 80 i 90 w Berlinie. Ciekawe, że moje zainteresowania się od tego czasu właściwie nie zmieniły. Na zdjęciach nie ma książek i pisarzy, ale to pewnie wynika z charakteru archiwum gazety miejskiej.

1980. Czas Solidarności.

Na zdjęciu bójka między policją z Berlina Zachodniego i mieszkańcami nielegalnie zajętych kamienic.

„Spacer wielkanocny” (demonstracja na głównej ulicy Berlina Zachodniego)

1981. Zima, pada śnieg. Demonstranci rzucają śnieżkami w wieżyczkę więzienia Na Moabicie. Kilka domów dalej mieszkają Wirpszowie. Gdy przyjadę do Berlina Zachodniego zamieszkam w domu naprzeciwko więzienia.

Lato. Pani Minister ma kostium, okulary słoneczne, krótko ostrzyżone włosy. Na przyklejonej do zdjęcia kartce ktoś nabazgrolił: Plötzlich geht die Ministerin in die Demo – Nagle Pani Minister wchodzi w demonstrację. Na zdjęciu nie ma demonstracji, jest tylko kilku dużych facetów. To jej obstawa. Szukam takiej pani minister w sieci, ale nie umiem odkryć, kim jest ta kobieta.

1983.

Wir trauen um Kemal Altun. Opłakujemy Kemala Altuna.
I od razu na kolejnym zdjęciu wyjaśnienie, kto to był Kemal Altun i co się z nim stało: Auch jemanden dazu zu treiben aus dem Fenster zu springen ist MORD! Wir klagen die Deutschen Behörden zum Mord an. – Jeśli pastwisz się nad kimś, aż wyskoczy przez okno, to też jest MORD. Oskarżamy niemieckie urzędy.

1984 Menschenkette der Freidenbewegung gegen Hoch-, Nach- und Weiterrüstung – Łańcuch ludzi przeciwko zbrojeniom.

Też rok 1984. Piękne hasło, choć zapewne na potrzeby przekazu stanowczo za długie:

Das grosse Karthago führte 3 Kriege. Es war noch mächtig nach dem 1. Es war noch bewohnbar nach dem 2. Es war nicht mehr auffindbar nach dem 3.
Wielka Kartagina prowadziła trzy wojny. Po pierwszej wciąż jeszcze była potężna. Po drugiej dało się tam jeszcze żyć. Po trzeciej nie dało się jej znaleźć.

1984. Jubelparade der Friedensbewegung. Ruch pokojowy świętuje. No ale jeżeli tak, to skąd następne hasło?: Achtung! der letzte Baum. Uwaga! Ostatnie drzewo!

Tierversuch ist Folter. Doświadczenia na zwierzętach to tortura.

Verzichten Sie auf Ihren Urlaub in einem Land, wo Blutvergießen an der Tagesordnung ist! Zrezygnuj z urlopu w kraju, gdzie na porządku dzienny jest przelewanie krwi.

Styczeń 1985. Za dwa tygodnie przyjedziemy do Berlina.

Gegen Isolation – Für Selbstbestimmung / Solidarität mit den Gefangenen im Hungerstreik. Nie zgadzamy się na izolację. Solidaryzujemy się z więźniami. Chodziło o więźniów RAF-u.

1993

Frauenrecht ist Menschenrecht. Prawa kobiece to prawa człowieka. I § 218 (przekreślony)

Kiedyś.

Schluß mit der Ausländerhetze. Koniec nagonki na cudzoziemców!

Taki był Berlin Zachodni, gdy tu przyjechaliśmy 29 stycznia 1985 roku.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Barataria 104: Weź rdzeń młodej palmy…

Tibor Jagielski już kilkakrotnie raczył nas tu ciekawymi przepisami kulinarnymi; ten został znaleziony przez Autora podczas podróży morskiej.

Weź rdzeń młodej palmy (ok. 0,5 – 0,75 m),
owiń w liście bananowca i umieść w wysmarowanej tłuszczem brytfannie.
Obsyp orzeszkami arachidowymi (0,5 kg, najlepiej świeżo prażone),
dodaj fasolki soi (0,5 kg, najlepiej świeże, ale mogą być z puszki),
dorzuć parę papryczek chili, kilka grzybów (boczniak, shitake, ale mogą być i pieczarki),
dopraw kilkoma ząbkami czosnku i posól (do smaku – każdy ma inny, ale można znaleźć wspólną podstawę),
zalej klasycznym  wywarem z warzyw (0,5 litra).
Brytfannę dobrze przykryj i wstaw do piekarnika (180°C) na  45 minut (próba widelca).
Smacznego!


Ewa Maria Slaska

Zastanawiam się, czym możnaby zastąpić rdzeń młodej palmy? Mam oczywiście trudności, bo nigdy tego nie jadłam, choć raz jadłam potrawę owiniętą w liście bananowca i powiązaną rafią na kształt paczuszki. Liści bananowca się potem nie jadło. Widzę tu pewne pole do popisu dla inwencji kulinarnej autora i postanawiam mu wysłać tych kilka zdań.

Odpowiedź przyszła enigmatyczna:
Jemy, jemy! (jak rozumiem – jemy liście bananowca). Również kwiaty bananowca jemy (nazywa się je „sercami bananów“). Wszystko jemy, a dodatkowo liście mogą służyć jako talerze lub opakowanie potraw.
Rdzeń palmy kupuje się w afroshopie.


Wpis wydaje mi się nieco za mały, postanawiam go samodzielnie uzupełnić, bo autor dosyła wprawdzie świetny przepis (wykorzystam kiedy indziej), ale na sałatkę z kwaśnej kapusty.

Sięgam jeszcze raz do książki Barataria Summer. Pisałam już o niej. To powieść naładowana wesołym swobodnym seksem (każdy śpi z każdym, a w rodzinie to już w ogóle), nie wiadomo też, czy jest to opowieść
o przemycie czy o walce z przemytem, ale na pewno wiadomo, że jest to powieść o tym, jak w ciągu jednego lata, przy pomocy rodzinnego seksu, przemytu, pływania łodziami i statkami po zatoce Barataria oraz  jedzenia można z rozpieszczonego szesnastolatka z miasta zrobić świetnego faceta, a nawet (jak się okaże) – pisarza. Jego imię podczas wakacji zmienia się z Teddie na T’Eddie.

Głównym napojem bohaterów książki jest mocna gorąca kawa, ale oczywiście nie stronią też od whisky. Na łodzi żywią się kiełbaskami i chlebem. Ale już zorganizowany ad hoc posiłek, podany przez LaBelle, młodą, piękną gospodynię w chacie na wodzie będzie wyglądał lepiej:

… piliśmy kawę i jedliśmy chleb żytni, placki, tartę ze słodkich ziemniaków i pudding z chleba. Pychota.

Po przekąsce LaBelle podbiera kurom jajka, zbiera jarzyny w ogrodzie i łowi ryby kaszorkiem. Małe ryby wracają do wody, dziewczyna wybiera na obiad tylko suma. T’Eddie i LaBelle idą do kuchni. Ona ona gotuje, on obiera, sieka i zmywa to, co dziewczyna mu podsunie do obierania, siekania lub zmywania.

LaBelle podaje posiłek. Jedliśmy suma w cieście, chleb żytni, pomidory i succotash, indiańską potrawę z młodego bobu i kukurydzy. Na deser była oczywiście kawa i placek z yamem. (Jako tłumaczka mam tu pewne trudności, bo yam to pochrzyn, ale podejrzewam, że nasi bohaterowie jedli placek ze słodkimi ziemniakami; bo w Ameryce myli się yam z batatami, podobnie zresztą jak radiccio z endywią). O dziwo LaBelle opowiada wprawdzie T’Eddiemu o gumbo, które każdy południowiec musi umieć przyrządzić, ale sama wcale go nie podaje.

Polska blogerka pisze, że z gumbo jest jak z bigosem, mniej więcej wszyscy robimy go podobnie, ale każda rodzina ma swój własny przepis. Gumbo to rodzaj potrawki z mięsa lub owoców morza jarzynami i ewentualnie  kiełbaskami w zagęszczonym np. zasmażką sosie. Gumbo gotuje się przez kilka godzin. Ważne jest, żeby do potrawy dodać trzy święte jarzyny kuchni z południa USA: seler naciowy, cebulę i zieloną paprykę. Zasadniczo można użyć różnych rodzajów mięsa (królik, drób, szop pracz, nutria, wiewiórka) w jednej potrawie lub różnych owoców morza, ale nie należy używać ani wieprzowiny ani wołowiny, i, poza Nowym Orleanem, nie miesza się mięsa z frutti di mare.

Przepisów na gumbo są tysiące. Tu podam przepis ze strony Barataria Spice Company.

Te spices to zestaw przypraw typowych dla kuchni z okolic Luizjany.

Ingredients:
1
TBSP. Salt
3
Bay Leaves
1 1/2
Gallons Water
1 1/2

Pounds Smoked Sausage (Andouille if Available)

2
Medium-Large White Onions – Chopped
2 1/2

Pounds Deboned Chicken (Save carcass for stock)

3
Bunch Green Onions – Chopped
2

TBSP Pickapeppa Sauce (or any Jamaican style sauce)

4
Ribs Celery – Chopped
1

TBSP Lea & Perrins (or any Worsteshire sauce)

4
Toes Garlic – Minced
3
TBSP Captain Mike's cooking seasoning mix
For The Roux:
4 TBSP. Cooking Oil
7 TBSP. Flour
For The Stock:
Add 1 TBSP. salt to 1 1/2 gallons of water, bring to a fast simmer, add Bay leaves and chicken carcass. Simmer for an hour or so. When done, skim off fat, strain debris out. Set aside and keep hot.
Captain’s Log:
How to Make a Roux:

Heat oil in heavy skillet on a low to medium flame. Add flour slowly, stirring, with a whisk or slotted spoon. The Roux cannot be left unattended, it must be constantly stirred so that the flour browns evenly. The process should take about 40 minutes, depending on the amount of heat used. Cook the Roux until it is a deep, dark brown, almost the color of black coffee. Turn off heat, continue stirring until skillet cools for the browning to stop. Set aside and pour off excess oil.

Note: If the Roux burns, discard. Never attempt to salvage a Roux that is burned. Burning a Roux after spending 45 minutes to make it will teach you how far you can go with browning a Roux. This is a valuable skill to have when preparing authentic Cajun and Creole dishes, some of which require the darkest Roux possible, as in this recipe. Some dishes, such as Crawfish Etouffé work better with a Roux that is not so dark.

Procedure:

Debone the chicken and discard the skin. Make a stock with the carcass. You can supplement the deboned chicken you have with Boneless Chicken Breast to get the amount you need. Cut chicken and sausage into bite size pieces. In a heavy stock pot or Dutch oven, brown sausage and chicken in a little oil over a medium flame. Start the Roux at this time in another skillet. (Note: If you are uncomfortable making a Roux and doing the procedure a the same tie, then make the Roux ahead of time.) Start with the sausage first. Brown well, but not harsh, then add chicken. When Chicken begins to brown, sprinkle in about a teaspoon of Captain Mike'sSeasoning. When chicken is lightly browned, remove and set aside. Depending on how much fat was in the sausage, you may have to add a little more oil. Add onions and celery, reduce heat and sauté until clear. Add green onions. When limp stir in garlic, sauté 5 minutes and add stock, raising heat blending well. Bring to a slow boil and stir in Roux, mixing thoroughly for 20 minutes. Add Pickapeppa and Worsteshire sauce and stir in 2 tsps of Captain Mike's cooking seasoning mix. Add the chicken and sausage, cover pot and simmer for 1 hour, stirring occasionally. Turn off heat and let stand 15 minutes, skin off any oil. Serve over Rice.

Approximate serving as entrée 8

Approximate serving as soup 16

Tu znalazłam plus/minus składniki dobrej przyprawy do gumbo, jeśli, co przecież może się zdarzyć, akurat nie mamy pod ręką mieszanki przypraw kapitana Mike.

2 łyżeczki sosu Worcestershire
2 łyżeczki ostrego sosu chili (typu Tabasco)
3 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę i roztarte z 1/2 łyżeczki soli
2 łyżeczki słodkiej papryki w proszku
1/2 łyżeczki świeżo zmielonego czarnego pieprzu
1/2 łyżeczki świeżo zmielonego białego pieprzu
1 łyżeczka suszonego oregano
1/2 łyżeczki suszonego tymianku
1/8 łyżeczki pieprzu cayenne

Roux to oczywiście zasmażka, tylko wysmażona na brązowo, a tu jeszcze przepis na Pickapeppa.

  • 1 łyżka posiekanego czosnku
  • 1 łyżeczka sól
  • 1 łyżeczka mielonego kminku
  • 1 łyżeczka chili mielonego
  • 2 łyżki keczupu
  • 2 łyżki sos Worcester
  • 1 1/2 łyżki sosu Pickapeppa
  • 5 łyżek posiekane papryki jalepano

Czosnek rozetrzeć na pastę z solą. Wszystkie składniki sosu zmiksować w blnderze.
Uwaga: Sos Pickapeppa można zastąpić sosem Worcester.

Myślę, że gdyby zamiast mięsa lub owoców morza dodać podsmażone tofu, to można by wykonać wersję wegetariańską. A może rdzeń młodej palmy?

Smacznego!

Opublikowano Tibor Jagielski | Otagowano , , , | 6 Komentarzy

Jacek Dehnel in Berlin

Polnisches Institut Berlin                        literatur                        11 . 02 . | 19 . 00

JACEK DEHNEL

Wir laden zu einem Gespräch mit Jacek Dehnel (geb. am 1. Mai 1980 in Gdańsk), einem berühmten polnischen Schriftsteller, Dichter und Maler ein. Zuletzt trat er als Ko-Autor des Drehbuchs zum Oscar-nominierten animierten Kunstfilm „Loving Vincent“ in Erscheinung, der weltweit Aufsehen erregte, weil er gleichzeitig Leben und Werk Vincent van Goghs in seiner Bildsprache filmisch nachstellte.

Der Schwerpunkt von Dehnels künstlerischem Interesse liegt in der Vergangenheit – sowohl stilistisch als auch thematisch, wo er sich u. a. auf den polnisch-jüdischen Zwischenkriegs-Klassiker Bruno Schulz bezieht.

Für sein Debüt „Żywoty równoległe” mit Laudatio von Czeslaw Milosz erhielt Dehnel 2005 den renommierten Literatur-Preis der Kościelski-Stiftung (Nagroda Fundacji im. Kościelskich), ein Jahr später wurde er mit dem Preis „Paszport Polityki“ (Polityka) in der Kategorie “Literatur” ausgezeichnet. Zu seinen wichtigsten Werken gehören „Lala“ und „Saturn. Schwarze Bilder der Familie Goya“ – beide Romane wurden von Renate Schmidgall ins Deutsche übersetzt. Dehnels Bücher erschienen auch in vielen anderen Sprachen.

Jacek Dehnel übersetzt auch selbst ins Polnische, u. a. Gedichte von Philip Larkin und Osip Mandelstam. 2008 erhielt Dehnel dafür vom Rat der Polnischen Sprache den Titel eines „Ehrenkonsuls für polnische Sprache“.

Moderation: Arkadiusz Łuba

Einlass: 18:30 Uhr

Eintritt: frei

Ort: Galerie des Polnischen Instituts,
Burgstraße 27, 10178 Berlin

Tytuł zdjęcia

Am nächsten Tag, Dienstag 12. Februar beginnt um 14:00 Uhr im Institut eine Konferenz, bei der Jacek Dehnel als Vortraghaltende teilnimmt

Nationale Identität in Europa

Das Jahr 1918 stellt eine grundlegende Zäsur in der Geschichte Europas dar, zerfiel doch eine internationale und gesellschaftliche Ordnung, die letztlich bis auf den Wiener Kongress zurückging und vielen Menschen als unwandelbar schien. Während ein Teil der europäischen Gesellschaften die neue Ordnung, welche aus dem Chaos der Nachkriegsjahre entstand, als eine Katastrophe empfand, wurde das neuentstandene Staatensystem von Ländern wie Polen enthusiastisch begrüßt. Schließlich hatte das Land dem Zusammenbruch der Vorkriegsordnung nach 123 Teilungszeit seine neu gewonnene Unabhängigkeit zu verdanken.

Aus der Perspektive des frühen 21. Jahrhunderts mag das Festhalten am Prinzip des Nationalstaats oftmals anachronistisch erscheinen und doch zeigt nicht nur das Unabhängigkeitsstreben einzelner Regionen wie Katalonien, Flandern, Norditalien oder Schottland, sondern auch das Erstarken patriotischer Kräfte, dass der Nationalstaat alles andere als überholt ist. Betrachtet man dazu noch die gegenwärtige Situation der EU, welche sich in einem ungewissen Zwischenzustand zwischen Staatenbund und Bundesstaat befindet, stellt sich nun mit zunehmender Dringlichkeit die Frage, welche Rolle der Nationalstaat in der voranschreitenden europäischen Integration weiterhin spielen kann, spielen soll – und spielen darf.

Diese Fragen sollen den Ausgangspunkt für eine öffentliche Podiumsdiskussion bieten, die mit verschiedenen hochrangigen Denkern und Politikern besetzt und in drei Panels gegliedert ist:

Panel 1: Europäische Konzepte des Nationalstaats

Panel 2: Die polnische nationale Identität vor europäischem Hintergrund

Panel 3: Die Rolle der Nationalstaaten in der Europäischen Union

Veranstalter:
Instytut Zachodni in Poznań und Deutsche Nationalstiftung
in Kooperation mit dem Polnischen Institut Berlin

Opublikowano Redakcja | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wzloty i zawały serca

Teresa Rudolf

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxMalarstwo: Jim Farrant

Szufladka

Zawsze chciałam móc
moje serce wyciągnąć
jak szufladkę,
w której mieści się „kiedyś”,
jak klejnocik malutki
jak setna część ziarnka maku.

Zawsze chciałam móc
moje serce wyciagnąć
jak szufladkę,
przecierając starannie
jedwabną szmatką,
zakurzony ten czas.

Zawsze chciałam móc
moje serce otworzyć,
jak szufladkę odpinając
ten złoty, magiczny
guziczek zapomnień
i wspomnień.

Zawsze chciałam móc
moje serce otworzyć
jak szufladkę,
by znów nakręcić
tę tajemniczą pozytywkę
mej młodości.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxMalarstwo: Avtandil Makharoblidze

Zanim i kiedy i zanim…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxDla Freda

Kiedy Cię zobaczylam pierwszy raz,
zanim dotknęłam Twej ręki,
już wiedziałam…

Zanim zrozumiałam pierwszy raz,
co do mnie mówisz
już wiedziałam…

Kiedy tańczyliśmy ze sobą,
jak motyle na parkiecie
już wiedziałam.

Zanim i kiedy i zanim..
już, wiedziałam i wiem,
że przecież Ty, to Ty!!!!!!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxMalarstwo: Johan Messely

Te miliony, te biliony z Tobą…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxDla Freda

Ach, ach,
kochliwość z tamtych lat
te wzloty i zawały serca,
te udary mózgu.

Ach, ach,
te paraliże myśli,
trzęsienia ziemi,
burze i chmurki.

Ach, ach,
ta gimnastyka
zakochiwania się
i odkochiwania.

Ach, ach,
gdyby nie to,
nie wiedziałabym,
co naprawdę dziś wiem…

Kiedy spojrzę
na te miliony, biliony
wspólnych chwil z Tobą,
mój Kochany.

Opublikowano Teresa Rudolf | Otagowano , | Dodaj komentarz

Tekst, który „chodzi za mną” od prawie 30 lat

Ewa Maria Slaska i reblog

Był rok 1991. Byłam młoda, szczupła, z szopą kręconych włosów na głowie. Nosiłam obcisłe dżinsy i jedwabne podkoszulki z niewielkim dekoltem, ale wystarczającym, by koleżanki szeptały mi czasem do ucha, że podczas wieczoru auorskiego faceci w ogóle nie słuchali, co czytam, tylko gapili mi się w dekolt. To było prawie 30 lat temu. Kobiety nie pokazywały jeszcze tyle ciała, co teraz, czyli mało było więcej.
Pojechaliśmy do Ameryki, wynajęliśmy samochód w Los Angeles i jechaliśmy, aż dojechaliśmy do Nowego Jorku. Zapamiętałam z tej podróży piękną przyrodę, wspaniałe muzea w każdej byle wiosce z kilkoma milionami mieszkańców oraz nowoczesną architekturę. Właściwie nie mieliśmy żadnych kontaktów z ludźmi. Sypialiśmy na kampingach, gdzie nie było nikogo i nikt się z nami nie chciał z amerykańską wylewnością zaprzyjaźnić. Pamiętam tylko kilka osób. Czarnoskórego przystojnego urzędnika w banku z krawatem nonszalancko zarzuconym na prawe ramię. Jakąś panią na kampingu w Kosciuszko County, która mnie poinfomowała, że Kościuszko był Amerykaninem, a jego nazwisko wymawia się Coscijasko. Młodego Indianina spotkanego nocą na stacji benzynowej w drodze przez kolorowe góry Colorado. Trasy wybieraliśmy mało uczęszczane. Miał dżinsową bluzę z frędzlami i warkocze.
– Skąd jesteś? – zapytał, co jest oczywiście pierwszym pytaniem, z jakim styka się podróżnik na całym świecie.
– Z Europy.
– Skąd z Europy? Pytanie było dziwne, bo w Idaho Minnesotta jest zagranicą, ale nie zraziłam się.
– Z Polski.
– Skąd z Polski? Uznałam, że facet nieźle się upiera, ale odpowiedziałam.
– Z Gdańska.
– O, ożywił się chłopak. – Znasz Wałęsę?
– Tak.
Pokiwał głową, zadowolony, świat był dokładnie taki, jaki miał być, taki, o jakim on wiedział na swojej małej stacji benzynowej w Colorado. Wydał mi resztę, wyszłam, pojechaliśmy dalej.
Nocowaliśmy w rezerwacie, a rano pojechaliśmy do Junktion na sprawunki, bo w rezerwacie były tylko pamiątki, chipsy i cola. Junktion była rzeczywiście miejscem, w którym spotykali się Indianie z rezerwatu i biali z okolicznych wiosek i miasteczek. Turystów nie było. Na wielkim placu parkingowym stały trzy terenowe jeepy z odkrytymi platformami. Nasz biały samochód rzucał się w oczy z daleka. Był tylko jeden ogromny sklep, w którym było wszystko, od kosiarek po naklejki z supermanem. W lokalnej gazecie przy kasie na okładce było zdjęcie cielęcia z dwoma głowami. W gazecie stanowej Gorbaczow stał na czołgu i tryumfował, bo pokonał pucz komunistycznej jaczejki.

Mąż i syn gdzieś zniknęli w czeluściach sklepu, szłam z wielkim wózkiem między półkami i pakowałam chleb, mleko, brokuły i donaty. Zza regału wysunęła się strasznie blada dziewczyna w spranej sukienczynie z jakiejś bladej wzorzystej bawełny. Sukienczyna była wysmotruchana na brzuchu, a wyglądała tak, jak sukienki Ani z Zielonego Wzgórza, zanim jeszcze Mateusz zainterweniował i stroje dziewczynki zaczęły być kolorowe, bufiaste i ozdobne. Dziewczynina w sklepie miała na czole blade jak ona sama loczki, przyklejone plastrem. Uśmiechnęłam się do niej, ale ona tylko stała i patrzyła na mnie poważnym wzrokiem. Po chwili pojawiła się druga, tak samo ubrana i też młoda. Nie stały obok siebie, każda zatrzymała się tam, gdzie wyszły z przejścia między półkami. Stały i patrzyły, a ich patrzenie było nie tyle poważne co surowe i zimne. Poczułam się, jakbym miała plamę na policzku. Pojawiły się dwie następne kobiety, starsze, grubsze, siwoblond. Na sukienkach miały zawiązane fartuchy w paseczki. Były z innej epoki, z innego świata, może z jakiejś sekty jak amishe czy shakerzy. Było ich coraz więcej i przysuwały się do mnie coraz bliżej. Wciąż nic nie mówiły. Patrzyły na rudą lokowatą kobietę w obcisłych dżinsach zielonych jak wiosenna trawa i jasnoróżowej bluzce bez rękawów i z (małym!) dekoltem. Zanim dotarłam do kasy i zdołałam telepatycznie przywołać mężczyzn, przeżyłam momenty prawdziwej grozy, takiej z filmów. Myślałam o tym, że półki w sklepie poręcznie zawierają wszystko, czym cicho i szybko można zakłuć czarownicę. Jestem zdania, że uratował mnie tylko fakt, że te kobiety po prostu nie miały powodu, żeby to zrobić. Gdyby jednak tej nocy w ich miasteczku na prerii umarło dziecko, na przykład na ospę, a one przecież nie szczepiły dzieci, to było oczywiste, gdyby więc to dziecko umarło, to na pewno ja, ruda wyuzdana przybłęda, musiałabym za to zapłacić.

Nie zapomnę tej sceny póki żyję. Trwa, a my wciąż patrzymy na siebie – nowoczesna Europejka i przeniesione z innej epoki i z innych norm Amerykanki. Nic się nie zmienia. Ich loczki wciąż są przyczepione plastrem do czoła, wciąż mają na sobie sukienki z wzorzystej bawełny.

Te sukienki nazywają się „sukienki z prerii”. Dowiedziałam się tego wczoraj i dlatego przygotowałam ten wpis. Nowojorska gazeta The Cut w artykule o modzie na nadchodzącą wiosnę pisze o sukienkach z prerii.

spring 2019 fashion issue /

The Pleasure of Sitting Out a Trend

Designerka nazywa się Bashewa Hay, a jej sukienki mogą się okazać hitem nadchodzącego sezonu.

These dresses: They look like Laura Ashley exposed to just a touch of nuclear radiation, and, per the Washington Post, they’re “the most provocative thing in fashion right now.” Vogue: “Vintage Laura Ashley, Betsey Johnson’s Alley Cat, and Gunne Sax.” Women’s Wear Daily: “Anne of Green Gables, Laura Ashley, and Eighties neo-Victoriana.” Haaretz: “Amish Meets Laura Ashley With a Bit of Hasidic Chic.” Indeed, the Batsheva line (launched in 2016) began with a beloved and beat-up Laura Ashley dress that Hay had remade. But her specifications made the details more eccentric, extreme. (…) Hay has described finding inspiration in both her mother’s style in the ’70s and the dress codes of religious fundamentalism, from Mennonites and the Amish to Hasidim. A former corporate lawyer educated at Stanford and Georgetown, Hay grew up in a secular family; her husband, a successful fashion photographer, was beginning to embrace Orthodox Judaism around the time they met. Her designs found her grappling with the confines of his faith. During their courtship, the couple staged Hasidic-cosplay photo shoots in South Williamsburg, complete with wig.

Cały tekst TU.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , , | 1 komentarz

Algorithmus des Facebooks

czyli Algorytm Facebooka

Jest chłodny, niczym nie wyróżniający się poranek, 5 lutego 2019 roku. Wtorek. Nie mamy się dziś obżerać jak np w Tłusty Czwartek, nie mamy się ściskać, nie mamy głodować. Nie strajkujemy. Dzień jak co dzień. Wstajemy, idziemy do pracy. Wracamy. No może niektórzy dotrą na Berlinale, ale może nie. Berlińczyków aż tak to nie bierze, to rozrywka dla przybyszów. Postanawiam sprawdzić, co zjedliśmy tego dnia na śniadanie i co na ten temat przekazaliśmy potomności (bo przecież przechowujemy zdjęcia naszego jedzenia dla potomności). Nie wybieram, nie szukam, patrzę, co przychodzi czyli co podsuwa algorytm.

Es ist ein kühler, unauffälliger Morgen am 5. Februar 2019. Kein Tag an dem das Grosse Fressen angesagt wäre, wie zB am Weiber Donnerstag, wir müssen uns nicht umarmen, auch nicht hungern. Es ist nichs Besonderes für heute vorgeschlagen. Ein Tag wie immer. Dienstag. Wir stehen auf, wir gehen zur Arbeit. Wir kommen zurück. Nun, vielleicht gehen einige zur Berlinale, aber vielleicht auch nicht. Berliner nehmen das nicht so, es ist eh etwas für Ankömmlinge, Kulturturis oder so. Ich beschließe, zu überprüfen, wie wir heute gefrühstück haben und was wir an die Nachwelt weitergegeben haben (weil das tun wir schließlich, oder? Wir halten Bilder unserer Nahrung für die Nachwelt). Ich wähle nicht, ich schaue, was kommt oder was der berühmte Algorithmus vorschlägt.

1. Rosyjskie śniadanie Russisches Frühstück (Aleksij Tichonsson)

DAS 1. RUSSISCHE FASTFOOD IN BERLIN🍗🍛🥟🥧:
https://bit.ly/2sSSwUo
PS: auch mit vegetarischen & veganen Optionen

2. Nowy Rok / Chinesisches Neujahr

No i proszę, od razu się okazuje, że dzień wcale nie taki zwykły. Bo dziś wietnamski i chiński Nowy Rok czyli święto Wiosny.  Zaczął się wczoraj i potrwa do 9 lutego. Skończył się rok psa, zaczyna się rok ziemskiej świni czyli dzika! Ich hasło brzmi: ciężką pracą można osiągnąć każdy cel. Świnia (Dzik) reprezentuje beztroską zabawę, szczęście i bogactwo. No to hop, Biedroń, zaczynamy! Chyba jedzą tę bedną świnię, ale na FB nikt się niczym nie chwali.

Sofort erfahre ich, dass der heutige Tag gar nicht so gewönlich ist – gestern begann der Chinesische Neujahr, Feierlichkeiten werden bis 9. Februar dauern. Auch in Berlin. Es beginnt das Jahr der Erde-Schwein oder des Ebers. Und es beginnt der Frühling, Gestern in Polen hat Robert Biedroń neue Partei gegründet, deren Name Frühling lautet. Alles Gute zum Neujahr Frühling!

3. Wyjedź do Ameryki Południowej i zjedz owocki / Fahr’ nach Südamerika und esse (diese) Früchte

4. Anna Sikora, zdjęcie z cyklu Polska (ale raczej niejadalna) / Foto aus dem Zyklus Polen (eh nicht essbar)

5. Keto dieta

Nie interesuje mnie, ważę 10 kilo mniej i podobno mam BMI super normalny, ale nawet jeśli nie, to właśnie przeczytałam na FB, że grubi żyją lepiej i dłużej… Nota bene ci, co czytają książki też żyją o dwa lata dłużej, a ci co się opiekują wnukami – mniej chorują…

Nix für mich. Zuerst bin ich 10 Kg „leichter” als die Person mit dem Ausgangsgewicht 73; zweitens (und daher) ist mein BMI super normal, aber auch wenn es nicht so wäre, habe ich grade im FB Folgendes gelesen: Die Übergewichtigen leben länger und besser! Die, die lesen, leben auch zwei Jahre länger. Und die Grosseltern, die sich um Enkelkindern kümmern, sind weniger krank… na also!

6. Kolejna firma z algorytmu – sprawdź florę bakteryjną i dowiedz się, co jeść i na pewno okaże się, że mam sobie kupić jakieś suplementy / die Nächste Firma, die für mich mein FB-Algorithmus ausgesuht hat: Hab nachtzuprüfen wie meine Darmflora ist und sicher danach irgendwelche Diäts-Suplements kaufen!

7. Ale Algorytm jest wielostronny, zaraz potem czekolada… / Na ja, der Algorithmus kann auch anders: 7 Sorten feinster belgischer Schokolade warten auf mich…

8. I pierwsze prawdziwe jedzenie prawdziwych ludzi – Kamila Sng w Lizbonie w Baixa-Chiado. Nie widzę dokładnie – bułki, wino, makaron, a w patelni? Może muszle. / Das erste richtige Essen – in Lisabon: Brötchen, Nuddeln, Wein und vielleicht Meeresfrüchte oder Muschel, irgendwas in der Pfanne…


9. Dwie piękne martwe – żywe natury z przeszłości (Wydawnictwo Wielka Izera) / Zwei schöne Stilllebens aus der Vergangenheit (Verlag Wielka Izera)

10. I znowu firma z algorytmu – Pyszności. / Und wieder eine Firma, diesmal polnische Leckereien.

Po kilku godzinach walki z algorytmem mam dość. Nasz świat tonie w obrazach jedzenia,
a NIKT tak naprawdę nic nie ugotował i nikt tak naprawdę nie zjadł śniadania ani nie przygotował prawdziwego lunchu.

Nach ein paar Stunden des Kampfens mit dem Algorithmus höre ich auf. Niemand hat tatsächlich etwas gekocht und nur eine Peson hat überhaupt vor, etwas zu essen. Ich habe fertig und gehe kochen. Smoothie, Champignons mit Blaukäse und Tostada.

Jest godzina 12. Koniec zabawy z Facebookiem. Pora na realne jedzenie. Pójdę sobie ugotować coś smacznego na brunch. Smoothie, pieczarki zapiekane z serem pleśniowym
i tostada.

Smacznego!

PS. Na śniadanie algorytm nic nie dał porządnego do zjedzenia, ale na podwieczorek
– z okazji imienin Agaty (najlepszego, Agato!) – i owszem:

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Guantanamo


Tibor Jagielski

Przybywszy do Rzymu Cebulski stwierdził, że jego ludzie nie mają nawet butów. Zasadził wiec drzewko wolności na dziedzińcu kwatery; otworzył kasyno i ograł w karty pół Wiecznego Miasta, czym wzbudził niemały podziw ówczesnej finansjery. W przeciągu krótkiego okresu wyrósł – niedaleko od Watykanu, który stał się, nie po raz pierwszy w historii, więzieniem papieża – istny lupanar, bo na grze w tarocci oczywiście się nie skończyło.

Ledwo Bonaparte wyruszył na podbój Indii przez Egipt, a już włoscy chłopi, pod przywództwem kleru, chwycili za widły i strzelby, aby przepędzić francuskich diabłów
i ich sojuszników. Do ich ulubionych metod należały: pieczenie czarta na rożnie, wbijanie na pal (chętnie zrobiony z drzewka wolności), obłupianie ze skóry po uprzednim powieszeniu za nogi i gotowanie w kotle. Zdarza się.

Zabawy takie trwały nieraz parę dni, a ich ofiary szły w dziesiątki, jeśli nie setki.
Zazwyczaj kończyły się przybyciem republikańskiego oddziału pacyfikacyjnego, który zdobywał wieś lub miasteczko (po uprzednim ostrzale artyleryjskim) szturmem,
a tych którzy nie zginęli i nie uciekli, zaganiano do kościoła i wraz z nim palono.
Bywa i tak.

Tymczasem brak ochoty w „akcjach pokojowych”, ba, Tańce! Hulanki! Swawola
(seks – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli)!  No i zwłaszcza strumień złota, płynący
do kasy półbrygady, zdenerwowały na ostatek rzymską administrację, która zainterweniowała u Dąbrowskiego. Ten, nie zastanawiając się długo, awansował Cebulskiego na kapitana i wyprawił go, wraz z kompanią, do Toskanii.

Wymarsz, przy grzmocie bębnów, fanfarze trąbek i łopocie sztandarów, pozostawił w Rzymie nie jedną mokrą chusteczkę i to nie tylko dlatego iż (nowo wyekwipowani za szulercze pieniądze) żołnierze prezentowali się znakomicie, a choć nadal dokuczał brak broni palnej, to u żadnego boku nie brakowało pałasza i dobrze wypełnionej manierki.
Był marzec; kobiety rzucały fiolki; tańczyły konie oficerów.

Przez następne parę zim historia Legionów Polskich we Włoszech o Cebulskim milczy.
Odnajdujemy go znowu na pokładzie francuskiego okrętu liniowego „Le Fougeux”, wiozącego posiłki na, objętą powstaniem czarnych niewolników, wyspę Santo Domingo.

Konwój, w skład którego wchodziły jeszcze dwa liniowce, przebył Atlantyk w ciągu dwóch miesięcy, stawiając mężnie czoła licznym burzom i okresom ciszy morskiej; przemknął się szczęśliwie przez blokadę floty angielskiej i bez strat (nie licząc dwóch marynarzy, którzy spadli podczas sztormu z bocianiego gniazda i skręcili sobie karki – zdarza się) stanął na redzie portu Cap Francais. Nad zatoką stały kolumny dymu.

Na pytanie Cebulskiego, co te dymy oznaczać mogą, odpowiedział nieźle skonfundowany kapitan Boudrie, iż sądzi, że powstają one podczas palenia ratafii, które niezbędne jest przy produkcji rumu (najważnieszego towaru eksportowego kolonii).
–  Takiego trunku pić nie zamierzam – przeżegnał się Cebulski i miał całkowitą rację, bo już zbliżała się łódka z pilotem i marynarze wrzeszczeli z daleka:
– Dessalines zdradził! Murzyni spalili pół miasta! Atak odparty!

Jan Jakub Dessalines, pierwszy czarnoskóry, który zrobił zawrotną karierę w armii republikańskiej i dowodził na Santo Domingo oddziałami posiłkowym, składającymi się z byłych niewolników, przeszedł na stronę powstańców i rozpoczął regularną kampanię, zmierzającą do całkowitego wyniszczenia białych kolonistów (zdarza się) na wyspie zwanej, nie bez kozery, Perłą Karaibów. Perła, która wkrótce stać się miała grobem Polaków. Zdarza się.

Krótko po zacumowaniu w porcie pojawił się na pokładzie „Le Fougeux” kwatermistrz oddziałów polskich na wyspie, Przebendowski i po krótkiej lustracji, przyrzekł wszelką możliwą pomoc w zaopatrzeniu nowo przybyłych oddzialów nawet przed zmustrowaniem, które w wyniku kompletnego zniszczenia  portu jak i  kwater, mogło się przeciągnąć.

Jeszcze przed wieczorem nadszedł transport składający się z  tuzina świń, tej samej liczby koźląt, tudzież stu dwudziestu kop jaj, koszy pełnych bananów, ananasów, pomarańcz, cytryn, mango, papaji, jak i dwóch beczek rumu, dziesięciu skrzyń cygar, pięćdziesięciu kociołków do warzenia strawy, stu sześćdziesięciu ładownic, czterdziestu karabinów, tudzież dwudziestu pięciu dogów, specjalnie wyćwiczonych na Kubie, do rozszarpywania
(zdarza się) zbiegłych niewolników.

668 polskich żołnierzy bardzo się ucieszyło i rzucało pomarańczami we francuskich marynarzy, którzy – strasznie wściekli – nadaremnie czekali na zaopatrzenie.
(Nawiasem mówiąc 591 członków półbrygady za pół roku miało już nie żyć; bywa i tak)

Kwik i beczenie zarzynanych świń i koźląt, ognie rozpalane przez kobiety, a i rum rozlewany szczodrze, doprowadził prawie do szału załogę liniowców, która od tygodni już piła tylko stęchłą wodę.
Jednakże psy i nowe, angielskie karabiny robiły wrażenie i skończyło się na bezsilnych złorzeczeniach i przekleństwach, które na koniec tak wzruszyły legionistów, że zaprosili Francuzów do kotłów i beczek.

Na tle scenerii płonącego miasta wyglądało to nieźle.

Powiem w skrócie, bo świeca mi gaśnie: nieźle skonstruowana na papierze w Paryżu kampania na Santo Domingo skazana była, przynajmniej z trzech powodów, na porażkę:

A –  jak Anglicy; ścisłą blokadę morską, lecz zamienili Santo Domingo w pułapkę. Wszystkie, powtarzam, wszystkie statki francuskie zostały zniszczone lub padły łupem floty brytyjskiej albo wspomaganych przez nią powstańców.

B – jak barbarzyństwo, które osiągnęło apogeum; mordowano i niszczono wszystkich i wszystko. A ludożerstwo było na porządku dziennym.

C – jak choroby, które wykończyly (zdarza się) większość legionistów; malaria, czerwonka, tyfus, dezynteria.

Powiem też, że Cebulski tę degrengoladę przeżył i kiedy, osiem miesięcy później, pisał list do brata z obozu dla internowanych w Guantanamo na Kubie, brakowalo mu tylko lewego oka. „ (…) Uczę się na nowo strzelać, ale idzie jak po grudzie z tym jednym ślepiem. Ale jak tu narzekać, kiedy dziesięciu naszych z tuzina sczezło, a ja żyję. Jesteśmy skonfundowani, bo wszystkie nasze kobity i dziatki ze statkiem, który do nas płynął, zatonęły; Więckowski, sąsiad nasz z Szamotul, umarł ze żalu za żoną, niczem pocieszyć się nie dał. Tak to i ze zmartwienia sczeznąć można. Chodzą słuchy, że nas wykupili i już niedługo przyjdzie nam płynąć do Francji (…).

(spisane na postawie oryginalnej korespondencji legionistow polskich).
t.j.

Dodatek kulinarny:

Sałatka morska

Algi morskie  – 4 dobre garście
Ogórek (lądowy) – obrać, pokroić w grube plastry
Ostrygi – pół tuzina, otworzyć (są też w puszkach)
– włożyć do miski, dorzucić parę kaparów, lekko posolić i popieprzyć,
skropić paroma kroplami worchester sauce i sokiem cytryny, podlać oliwą
parę razy wstrząsnąć ostrożnie zawartość
i
– smacznego!
t.j.
——————————————————–
uwaga: wszystkie składniki (oczywiście poza oliwą i cytryną – u mnie zawsze w temperaturze pokojowej) muszą być zimne jak z lodówki, a zamiast ostryg można wziąć świeże grzyby typu shitake albo portobello

Opublikowano Tibor Jagielski | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Wczoraj 56 lat temu

Znalezione u Danusi na Facebooku, a zaczerpnięte ze strony Metropolitan Museum of Art New York

Pięćdziesiąt sześć lat temu wczoraj – w poniedziałek, 4 lutego 1963 roku – w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku zaprezentowano publiczności wypożyczoną z Luwru Monę Lisę. Obraz Leonarda da Vinci można było oglądać w the Met przez następne trzy i pół tygodnia.

W 1963 r. Mona Lisa , na „osobiste zaproszenie” pierwszej damy Jackie Kennedy odbyła podróż do Stanów Zjednoczonych. W porcie, w którym zacumował transportujący ją statek, zgromadziły się tłumy, a obstawa Secret Service eskortowała Giocondę do National Museum w Waszyngtonie. Tam przywitała ją Para Prezydencka, członkowie gabinetu, wszyscy senatorowie i kongresmeni, dziewięciu sędziów Sądu Najwyższego oraz liczni przedstawiciele administracji. Po kilku tygodniach pokazu w stolicy, została przewieziona do Nowego Jorku do Metropolitan Museum of Art, tam zobaczył ją ponad milion osób, w tym – zgodnie z decyzją miejscowych władz oświatowych – wszyscy uczniowie nowojorskich szkół.

Yvette Lewis, jedna z komentatorek pod wpisem na stronie muzeum napisała:  I was on that line. My grandmother took us. Hours. Up the step, up the step. Inside, up the step, up the step. And then slowly walking past the painting with a guard on either side. The painting, the experience, my grandmother with her Mary Poppins bag full of snacks are a strong memory.

Większość komentatorów dziwi się, czy też pamięta swoje zdziwienie, że obraz jest taki mały.

Rzeczywiście, Mona Lisa Leonarda da Vinci, najsłynniejszy obraz na świecie, namalowany farbami olejnymi na desce topolowej, ma wymiary 77 cm x 53 cm czyli jest mniejszy od standardowego arkusza A1.

W roku 2011 do Berlina przywieziono z Krakowa inny słynny portret Leonarda da Vinci – Damę z łasiczką. To, że do obejrzenia obrazu nie trzeba było stać w kolejce, zawdzięczamy internetowi – można było zarezerwować bilet w sieci. Ale gdy kilka lat wcześniej do Berlina przyjechała z Nowego Jorku wystawa MOMA – kolejki były na kilkanaście godzin.

Opublikowano Danuta Starzyńska-Rosiecka | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Przedruk: Pierre Menard autor Don Kichota (Barataria 103)

Uwaga Adminki: z przykrością konstatuję, że Borges a z nim również Menard NIE zainteresowali się rozdziałem 46 części II czyli historią gubernatorstwa Sancho Pansy w  Baratarii! Ale oczywiście obaj są nieodrodnymi jej mieszkańcami.

Na ilustracji obok – okładka wydania online po niemiecku.

Jorge Luis Borges

(…) Do tego miejsca (…) przedstawiłem dzie­ło widzialne Menarda w porządku chronologicznym. Przechodzę teraz do tego drugiego, ukrytego, nieskończenie bohaterskiego, nie mającego równych sobie. Również — ograniczone są możliwości ludzkie! — nieukończonego. Dzieło to, być może najbardziej znamienne dla naszych czasów, składa się z dziewiątego i trzydziestego ósmego rozdziału Don Kichota* oraz z fragmentu rozdziału dwudziestego drugiego. Wiem, że twierdzenie takie wydaje się absurdalne; uzasadnienie tego absurdu jest głównym zadaniem tej notatki.

Dwa teksty o niejednakowej wartości zainspirowały to przedsięwzięcie. Jednym z nich jest ów fragment filologiczny Novalisa — noszący w wydaniu drezdeńskim numer 2005 — który szkicuje temat całkowitej identyfikacji z określonym autorem. Drugim jest jedna z tych pasożytniczych książek, które umieszczają Chrystusa na bulwarze, Hamleta na Cannebiere czy też don Kichota na Wall Street. Jak każdy człowiek obdarzony dobrym gustem, Menard czuł odrazę do tych zbędnych maskarad — zdolnych jedynie do wywoływania w nas prymitywnej przyjemności anachronizmu czy też (co gorsze) czarowania trywialnym pomysłem, że wszystkie epoki są jednakowe lub że są różne. Bardziej interesujący, choć w realizacji pełen sprzeczności i powierzchowny, wydał mu się słynny zamiar Daudeta: połączenie w jednej postaci, którą jest Tartarin, Przemyślnego Hidalga i jego giermka… Ci, którzy sugerowali, że Menard poświęcił życie, aby napisać współ­czesnego Don Kichota, spotwarzają jego jasną Pamięć.

Nie pragnął ułożyć innego Don Kichota — co byłoby łatwe — lecz właśnie Don Kichota. Zbędne byłoby dodawać, że nie myślał nigdy o mechanicznym przepisaniu oryginału; nie zamierzał go skopiować. Jego podziwu godną ambicją było stworzenie stronic, które zbiegałyby się — słowo w słowo i zdanie po zdaniu — ze stronicami Miguela de Cervantes.

„Mój zamiar jest wręcz zdumiewający — pisał do mnie 30 września 1934 z Bayonne. — Ostateczny rezultat jakiegoś teologicznego czy metafizycznego dowodzenia — świat zewnętrzny, Bóg, przypadkowość, powszechniki — nie jest bardziej uprzedni ani wiadomy niż moja rozpowszechniona powieść. Jedyna różnica polega na tym, że filozofowie publikują w przyjemnych tomach pośrednie etapy swej pracy, a ja postanowiłem je zniszczyć.” I rzeczywiście nie ocalał żaden brulion, który świadczyłby o tej wieloletniej pracy.

Metoda, którą początkowo przyjął, była względnie prosta: poznać dobrze język hiszpański, odzyskać wiarę katolicką, wojować przeciwko Maurom czy przeciwko Turkom, zapomnieć historię Europy od roku 1602 do roku 1918. B y ć Miguelem de Cervantes. Pierre Menard przemyślał tę metodę (wiem, że doszedł do dość wiernego posługiwania się siedemnastowieczną hiszpańszczyzną), ale odrzucił ją jako zbyt łatwą. Raczej jako niemożliwą — powie czytelnik. Zgoda, ale zamiar był już z góry niewykonalny i ze wszystkich możliwych środków na zrealizowanie go ten był najmniej interesujący. Być w dwudziestym wieku popularnym powieściopisarzem z wieku siedemnastego
wydało mu się obniżeniem własnej wartości. Być, w jakiś sposób, Cervantesem i dojść do Don Kichota wydało mu się mniej trudne — a więc mniej interesujące — niż pozostać Pierre Menardem i dojść do Don Kichota poprzez doświadczenia Pierre Menarda.(Przekonanie to, powiedzmy mimochodem, sprawiło, że zrezygnował z autobiograficznego prologu do drugiej części Don Kichota. Włączenie tego prologu oznaczałoby stworzenie drugiej postaci — Cervantesa, ale oznaczałoby również przedstawienie Don Kichota jako funkcji tej postaci, a nie Menarda. Ten, oczywiście, zrezygnował z łatwizny.) „Zasadniczo przedsięwzię­cie moje nie jest trudne — czytam w innym miejscu listu. — Wystarczyłoby mi być nieśmiertelnym, aby doprowadzić je do kresu.” Wyznam, że wyobrażam sobie często,
iż je ukończył i że czytam Don Kichota — całego Don Kichota — jakby stworzył go Menard. Kilka wieczorów temu, przeglądając rozdział dwudziesty szósty — nie próbowany nigdy przez naszego przyjaciela — rozpozna­łem jego styl i prawie jego głos w tym wyjątkowym zdaniu: „nimfy rzeczne, żałosne a wilgotne Echo”.  To skuteczne połączenie przymiotnika moralnego i fizycznego przywiodło mi na myśl pewien wiersz Szekspira, o któ­rym dyskutowaliśmy jednego wieczoru:

Where a malignant and turbaned Turk… *

Dlaczego właśnie Don Kichota? — powie nasz czytelnik. U Hiszpana preferencja ta nie byłaby niewytłumaczalna; ale jest bez wątpienia niewytłumaczalna u symbolisty z Nîmes, wielkiego wielbiciela Edgara Poe, który zrodził Baudelaire’a, który zrodził Mallarmégo, który zrodził Valéry’ego, który zrodził Edmonda Teste’a. Poprzednio wspomniany list tłumaczy ten punkt. Don Kichotewyjaśnia Menard — interesuje mnie bardzo, ale nie wydaje mi się… jakby to powiedzieć?… nieunikniony. Nie potrafiłbym wyobrazić sobie wszechświata bez okrzyku Edgara Allana Poe:

Ah, bear in mind this garden was enchanted
! ***

lub bez Bateau ivre czy Ancient mariner, ale wiem, że jestem zdolny wyobrazić go sobie bez Don Kichota (mówię oczywiście o mojej zdolności osobistej, nie zaś o historycznym oddźwięku dzieł). Don Kichote jest książką przypadkową, Don Kichote jest niekonieczny. Mogę z góry przemyśleć napisanie go, mogę go napisać nie popadając w tautologię. Przeczytałem go w wieku dwunastu czy trzynastu lat, chyba w całości. Później przeczytałem ponownie z uwagą niektóre rozdziały, te, o które się chwilowo nie
pokuszę. Przeszedłem również przez Intermedia, Galatee, Nowele przykładne, Trudy niewątpliwie męczące Persilesa i Segismundy i Podróż na ParnasOgólne wspomnienie,
jakie pozostało mi z Don Kichota, zubożone przez zapomnienie i obojętność, może doskonale odpowiadać niedokładnemu obrazowi pierwotnemu nienapisanej książki. Skoro
przyjmę ten obraz (którego nikt w dobrej wierze nie może mi odmówić), stanie się niewątpliwe, że problem mój jest znacznie trudniejszy niż ten, przed którym stanął Cervantes. Mój łaskawy poprzednik nie odrzucał współpracy przypadku: układał swe nieśmiertelne dzieło trochę à la diable, niesiony bezwładnością języka i inwencji. Ja podjąłem się tajemniczego zadania dosłownej rekonstrukcji jego spontanicznego dzieła. Moją samotną grą rządzą dwa przeciwstawne prawa. Pierwsze pozwala mi wypróbowywać
warianty typu formalnego czy psychologicznego; drugie zmusza mnie do poświęcenia ich tekstowi «oryginalnemu» i do wytłumaczenia samemu sobie, w sposób niezbity, tego
unicestwienia… Do tych sztucznych utrudnień trzeba dodać jeszcze jedno, wrodzone. Napisanie Don Kichota w początkach wieku siedemnastego było przedsięwzięciem rozsądnym, koniecznym, być może spowodowanym jakimś fatum; w początkach wieku dwudziestego jest ono prawie niemożliwe. Nie na próżno upłynęło trzysta lat, brzemiennych w nader złożone fakty. Wśród nich, aby wymienić jeden tylko: sam Don Kichote.”

Pomimo tych trzech przeszkód fragmentaryczny Don Kichote Menarda jest subtelniejszy niż Don Kichote Cervantesa. Ten ostatni, w jakiś prymitywny sposób, przeciwstawia rycerskim fikcjom ubogą prowincjonalną rzeczywistość swego kraju; Menard obiera jako „rzeczywistość” ziemię Carmen w stuleciu Lepantu i Lope de Vegi. Jakich-że hispanizmów nie podsunąłby podobny wybór Maurice Barrèsowi czy doktorowi Rodriguezowi Larreta! Menard, z całą naturalnością, unika ich. W dziele jego nie ma Cyganów ani konkwistadorów, ani mistyków, ani Filipa II, ani autodafé. Lekceważy lub celowo wyklucza koloryt lokalny. Pogarda ta wskazuje na nowe zrozumienie powieści historycznej. Pogarda ta potępia nieodwołalnie Salambo.
Niemniej interesujące jest branie pod uwagę poszczególnych rozdziałów z osobna. Przyjrzyjmy się na przykład rozdziałowi XXXVIII części pierwszej, który „mówi o ciekawym dyskursie Don Kichota o orężu i pismach”. Wiadomo, że Don Kichote (podobnie jak Quevedo w ustępie analogicznym, i późniejszym, utworu Godzina dla wszystkich)
wypowiada się przeciwko literaturze, na korzyść broni. Cervantes był starym żołnierzem; jego sąd jest tu zrozumiały. Ale żeby Don Kichote Pierre Menarda — człowieka współczesnego z La trahison des clercs i z Bertrandem Russellem — popadał ponownie w owe mgliste sofizmaty! Madame Bachelier dostrzegła w nich zachwycające i typowe podporządkowanie się autora psychice bohatera; inni (bez najmniejszej wnikliwości) — transkrypcję Don Kichota; baronowa de Bacourt — wpływ Nietzschego. Nie wiem, czy do tej trzeciej interpretacji (którą uważam za nie do odparcia) ośmielę się dodać czwartą, która pasowałaby doskonale do boskiej niemal skromności Pierre Menarda: jest nią jego uległy czy ironiczny zwyczaj głoszenia idei ściśle sprzecznych z jego własnymi. (Przypomnijmy jeszcze raz jego diatrybę przeciwko Paulowi Valéry na efemerycznej, surrealistycznej stronicy u Jacques’a Reboula.) Teksty Cervantesa i Menarda są pod względem słownym identyczne, ale ten drugi jest niemal nieskończenie bogatszy. (Bardziej dwuznaczny, powiedzą jego potwarcy; ale dwuznaczność jest pewnym bogactwem.)

Porównanie stronic Menarda i Cervantesa jest rewelacyjne. Ten ostatni, na przykład, napisał (Don Kichote, część pierwsza, rozdział dziewiąty):
„… prawda, której matką jest historia, spółzawodniczka czasu, depozytariuszka czynów, świadek przeszłości, przykład i monit dla teraźniejszości i nauka dla wieków przyszłych”.
Zredagowane w wieku siedemnastym, napisane przez „genialnego laika” Cervantesa, wyliczenie to jest po prostu retoryczną pochwałą historii. Menard pisze natomiast:
„… prawda, której matką jest historia, spółzawodniczka czasu, depozytariuszka czynów, świadek przeszłości, przykład i monit dla teraźniejseości i nauka dla wieków przyszłych”.
Historia — matką prawdy; pomysł jest zadziwiający.
Menard, współczesny Williamowi Jamesowi, nie określa historii jako badania rzeczywistości, ale jako jej źródło. Prawdą historyczną, dla niego, nie jest to, co się wydarzyło: jest nią to, co uważamy, że się wydarzyło. Końcowe zwroty: „przykład i monit dla teraźniejszości i nauka dla wieków przyszłych”, są bezwstydnie pragmatyczne.
Równie żywy jest kontrast stylów. Archaizujący styl Menarda — bądź co bądź cudzoziemca — odznacza się pewną afektacją. Nie odnosi się to do jego prekursora, który posługiwał się swobodnie codziennym językiem hiszpańskim swojej epoki.

Nie ma zajęcia umysłowego, które nie byłoby w rezultacie bezużyteczne. Jakaś doktryna filozoficzna jest początkowo prawdopodobnym opisem wszechświata; mijają lata i staje się po prostu rozdziałem — o ile nie ustępem czy nawet tylko nazwą — w historii filozofii. W literaturze ta późniejsza nieważność jest jeszcze bardziej widoczna. Don Kichote — mówił mi Menard — był przede wszystkim przyjemną książką; teraz stał się okazją do patriotycznych toastów, do gramatycznej dumy, do bezwstydnie luksusowych wydań. Chwała jest formą niezrozumienia, być może najgorszą. Te nihilistyczne stwierdzenia nie mają w sobie nic nowego; rzeczą godną uwagi jest decyzja, jaką dzięki nim powziął Pierre Menard. Postanowił wyprzedzić tę bezużyteczność, jaka oczekuje wszelkie trudy ludzkie; podjął się przedsięwzięcia niezwykle skomplikowanego i od początku bezsensownego. Poświęcił swe skrupuły i swe bezsenne noce na powtórzenie w obcym języku istniejącej już książ­ki. Mnożył bruliony, poprawiał zawzięcie i darł tysiące stronic rękopisu. **** Nie pozwolił, aby zostały one przez kogokolwiek przeczytane, i zatroszczył się o to, aby go nie
przeżyły. Na próżno usiłowałem je odtworzyć.
Pomyślałem, że można dostrzec w „ostatecznym” Don Kichocie rodzaj palimpsestu, w którym powinny przeświecać ślady — znikome, ale czytelne — uprzedniego pisma
naszego przyjaciela. Niestety jedynie jakiś następny Pierre Menard, odwracając pracę poprzedniego, mógłby odgrzebać i wskrzesić owe Troje…
„Myślenie, analizowanie, tworzenie — pisał mi również — nie są czynami anormalnymi, są normalnym oddechem umysłu. Gloryfikacja sporadycznego wypełniania tej czynności, zbieranie dawnych i cudzych myśli, wspominanie z niedowierzającym zdumieniem tego, co pomyślał doctor universalis, to wyznawanie naszej bezsilności czy naszego barbarzyństwa. Każdy człowiek powinien być zdolny do wszystkich myśli i sądzę, że tak będzie w przyszłości.”
Menard (być może nieświadomie) wzbogacił przy pomocy nowej techniki niezdecydowaną i prymitywną sztukę lektury: techniki zamierzonego anachronizmu i błędnych atrybucji. Ta technika, o nieskończonym zastosowaniu, skłania nas do czytania Odysei, jakby była ona póź­niejsza od Eneidy, i książki Le jardin du Centaure Madame Bachelier, jakby była to książka Madame Bachelier. Technika ta zaludnia przygodami najspokojniejsze utwory. Czy przypisanie Louisowi Ferdinandowi Celine lub Jamesowi Joyce Naśladowania Chrystusa nie jest dostatecznym odnowieniem tych subtelnych rad duchowych?

Nimes 1939


Fikcyjna strona z Wikipedii

* Cytaty z Don Kichota w tłumaczeniu Edwarda Boye, Książka i Wiedza, Warszawa 1952 (przyp. tłum.)

** „Gdzie rozwścieczony i noszący turban Turek… , Szekspir, Otello, akt V, scena 2

*** „Jak powiedziałem, ogród był zaklęty.” E. A. Poe, Do Heleny, tłum. Zenon Przesmycki

**** Pamiętam jego kratkowane zeszyty, jego czarne skreślenia, jego osobliwe znaki korektorskie i jego mrówcze pismo. Wieczorami lubił spacerować po przedmieściach Nimes; zazwyczaj miał ze sobą jeden z tych zeszytów i robił z niego wesołe
ognisko.

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz