Barataria 21

Ewa Maria Slaska

Jeść czyli nie jeść. Jak spożywano posiłki na wyspie Barataria?

Już tydzień temu rozważając sprawę podobieństwa między Salomonem a Sancho Pansą doszliśmy do wniosku, że i owszem, obaj są sobie podobni, ale jest to podobieństwo do Mądrego Króla z rabinackich opowieści żydowskich, a nie do postaci biblijnej czy zgoła historycznej.

W midraszu było tak:

Był sobie w Jerozolimie pewien skąpiec imieniem Buzi. (…) Wieść o jego skąpstwie i złych cechach charakteru doszła do króla Salomona. Postanowił dać mu nauczkę. W tym celu zaprosił go do siebie na kolację. Skąpiec poczuł się dumny z królewskiego zaproszenia. Był przekonany, że król wyróżnia go i popiera. Wrogowie moi — powiedział sobie w duchu — pękną z zazdrości W dniu kolacji u króla przez cały dzień nic nie jadł. Chciał przyjść z pustym żołądkiem, żeby móc jak najwięcej zjeść. Ledwo zapadł zmierzch, a już Buzi przekroczył bramę pałacu. Tu czekał na niego ochmistrz dworu, który wprowadził go najpierw do poczekalni.
— Król — powiedział do niego — tylko z tobą spożyje dziś kolację. Poza królem i tobą nikogo nie będzie przy stole. Tymczasem zapoznam cię z panującą przy stole królewskim etykietą. Nie wolno jej naruszyć, bo sprowadzisz na siebie gniew króla.
— Zastosuję się do niej z całą skrupulatnością.
— A więc po pierwsze, żebyś o nic nie prosił króla, ani służących podających do stołu. Po drugie, bez względu na to, co się zdarzy, nie masz prawa zadawać pytań ani się skarżyć. Po trzecie wreszcie, jeśli król cię zapyta, czy potrawy smakują ci, masz je chwalić. Nawet w wypadku, gdyby były niesmaczne. Czy będziesz o tym pamiętał?
— Jak najbardziej.
— A teraz uważaj! Do kolacji pozostała godzina. Zaprowadzę cię tymczasem do pokoju gościnnego, gdzie będziesz czekał, aż cię zawołam. Ochmistrz zaprowadził go do pokoju przylegającego do kuchni. Przez otwarte drzwi Buzi mógł widzieć, jak kucharze szykowali potrawy do czekającej go kolacji. Zapachy przyjemnie łaskotały podniebienie. Raz po raz Buzi zrywał się, aby wejść do kuchni i coś przekąsić, ale strach przed królem powstrzymywał go. I tak doczekał chwili, kiedy  ochmistrz wprowadził go do pokoju, w którym stał stół i przy nim dwa krzesła. Na jednym siedział już król:
— Usiądź, przyjacielu — powiedział król — i jedz, ile tylko dusza twoja zapragnie. Nie wstydź się.
Buzi usiadł na krześle i po chwili sługa wniósł ogromny talerz ryb. Talerz postawił przed Salomonem, który od razu zabrał się do jedzenia. Jadł z apetytem i co chwila wykrzykiwał: „Co za rozkosz! Co za smaczna ryba! Prawdziwa pycha!” Kiedy talerz był już prawie pusty, sługa postawił przed Buzim drugi talerz ryb. Nim jednak Buzi zdążył sięgnąć po rybę z talerza, zjawił się drugi służący, który zabierając talerz króla, zabrał jednocześnie talerz Buziego. Buzi chciał zaprotestować, ale przypomniał sobie słowa ochmistrza.
To samo powtórzyło się przy następnym daniu. Sługa postawił przed królem talerz zupy z migdałami. Król Salomon z rozkoszy aż mlaskał językiem, a nieszczęsny Buzi dalej czekał na swoją kolej. Tymczasem król uporał się z zupą i sługa postawił przed Buzim talerz migdałowej zupy. Szybko chwycił za łyżkę, ale w tej samej chwili zjawił się następny służący, który sprzątnął ze stołu pusty talerz króla i nie napoczęty talerz Buziego.
Z pieczystym rzecz miała się tak samo. Najpierw podano królowi pieczoną kurę, a gdy ją zjadł, Buziemu także podano kurę i nim się do niej zabrał, zjawił się nowy służący i sprzątnął mu ją sprzed nosa razem z pustym talerzem króla. Nerwy zaczęły Buziemu odmawiać posłuszeństwa. Był głodny i wściekły. Gdyby spojrzenie mogło zabić, sługa byłby już martwy, ale strach nakazywał milczeć.
Kolacja ciągnęła się długo. Na stole pojawiały się coraz to nowe dania, ale cóż z tego, kiedy Buziemu uciekały sprzed nosa. Na koniec król, jakby nigdy nic, zapytał Buziego:
— Jak ci smakowały nasze potrawy?
— Bardzo — odpowiedział Buzi.
— Cieszę się, że ci smakowały.
— Smakowały to zbyt słabe określenie. To była prawdziwa rozkosz.


Wstali od stołu i śmiertelnie głodny Buzi chciał natychmiast pobiec do domu, aby się wreszcie najeść, ale król go zatrzymał:
— Nie, mój przyjacielu, tak szybko nie możemy się rozstać. Zaraz przyjdą muzykanci.
I rzeczywiście, wkrótce zjawili się muzykanci i zaczęli grać. Buziemu nie było do muzyki. W brzuchu kiszki grały mu marsza. Dotychczas nie miał pojęcia, co to jest głód. Po koncercie Buzi zaraz zabrał się do wyjścia, ale król go znowu powstrzymał.
— Nie, mój przyjacielu. Jest już zbyt późno, aby samemu w ciemnościach chodzić po mieście. Zostaniesz u mnie na noc. Łóżko już czeka. Buzi wiedział, że zaproszenie króla równa się rozkazowi. Chcąc nie chcąc musiał zanocować w pałacu. Głód targał nim tak, że nie był w stanie zmrużyć oka. Leżał więc i myślał. Dlaczego król zaprosił go na kolację, nie dając mu możliwości skorzystania z niej? Po rozważeniu wszystkich możliwych przyczyn doszedł do wniosku, że król chciał mu dać do poznania, czym jest głód. Dotychczas nie miał zielonego o nim pojęcia. Zawsze był syty, a jak wiadomo, syty głodnemu nie wierzy. Poczuł teraz smak głodu i wyciągnął wniosek. Musi się zmienić. I faktycznie, od tego czasu Buzi zmienił się nie do poznania. Stał się dobry dla swoich sług i dla wszystkich ludzi.

Hmmm… Wydaje się, że nowe szaty króla uszyli krawcy z Baratarii. Bo w Baratarii rzecz z jedzeniem miała się tak:

Po rozsądzeniu spraw zaprowadzono Sanchę do pałacu umeblowanego kosztownie; gdy wszedł do sali jadalnej, odezwała się radosna muzyka połączonych kunsztownie instrumentów — podano mu złotą miednicę; umywszy się z wielką powagą, nasz gubernator zasiadł do stołu, przy którym jedno tylko było nakrycie.
Za krzesłem Sanchy stanął doktór nadworny z fiszbinowym pręcikiem w ręce. Kapelan pobłogosławił stół, zdjęto wierzchni obrus i ukazały się rozmaite najwyborniejsze potrawy z mięsa, jarzyn, ciast i owoców.
Zdziwiony Sancho zapytał, co na tej wyspie do jedzenia używają: języka, czy oczu?
— Wasza dostojność darować raczy — ozwie się człowiek z pręcikiem — jestem doktorem nadwornym waszej wysokości i płatny jestem od rządu za to, abym zdrowia waszego przede wszystkim pilnował i nie dozwolił mu jeść nic takiego, co by przyczyną choroby organizmu stać się mogło. Rozkazałem sprzątnąć owoce dlatego, że mają za wiele wilgoci w sobie i studzą krew. Mięsiwa zaś były nazbyt przesycone korzeniami, więc wzbudzające pragnienie, a kto napojów w znacznej używa ilości, ten niszczy i wysusza wilgoć żywotną swojego organizmu.
— Jednakże mogę zjeść te kuropatwy pieczone? — zapyta Sancho.
— Niepodobna, jaśnie wielmożny panie, tego dozwolić żadnym sposobem nie mogę.
— I dlaczego to? — zapyta Sancho.
— Bo wielki mistrz nasz Hipokrates powiada w swoich aforyzmach. Omnis saturatio mala, perdicum autem pessima, a to znaczy, że każda niestrawność, a mianowicie od kuropatw powstała, najgorsze skutki sprawia.
— Dobrze, mości doktorze — rzecze Sancho — każ więc zdjąć te wszystkie niebezpieczne potrawy, a zostawić takie, które jeść mi wolno i potem nie machaj laseczką i nie przeszkadzaj mi, gdyż głodny jestem niezmiernie, a przecież medycyna na głodową śmierć skazać mnie nie ma zamiaru.
— W rzeczy samej, wasza wysokość ma słuszność — odpowie doktor — niech więc jeszcze i te zające zdejmą ze stołu, pieczeń cielęca mogłaby ujść jeszcze, gdyby inaczej była przyprawiona.
— A ta duża misa — przerwie Sancho — z której tak obficie para wychodzi, jest to zapewne bigos z rozmaitych mięsiw złożony, dlatego sądzę, że wybiorę sobie z nich takie, które dla mego żołądka właściwe będą.
— Niech Bóg uchowa waszą wysokość od skosztowania kiedykolwiek bigosu; jest to potrawa, którą tylko kanonicy, zakonni bracia i chłopi jedzą, lecz oni mają strusie żołądki! Dla gubernatorów trzeba delikatne wybierać potrawy, dlatego sądzę, że na dziś może wasza wysokość zadowoli się tymi dwiema miseczkami delikatnych konfitur ze smażonych pigw, można by do tego kazać zrobić naprędce małą porcję zupy z dyni, która, zwłaszcza osłodzona, jest nader praktycznym pokarmem.


Sancho wysłuchał cierpliwie mowy doktora i oparłszy się o poręcz krzesła, zapytał go z przytłumionym gniewem:
— Mości doktorze, gdzie uczyłeś się swojego kunsztu, jeśli łaska?
— Nazywam się Pedro Rezio de Aguero do usług waszej wysokości. Rodziłem się w Tirteafuera między Caraquel i Almodobar del Campo, doktoryzowany zaś jestem w uniwersytecie w Osuny.
— To dobrze — rzecze Sancho — a więc, panie doktorze Pedro Rezio de Augero, urodzony w Tirteafuera między Caraquel i Almodobar, umykaj mi czym prędzej z oczu, bo inaczej wezmę kawał postronka lub kija i tak ci skórę obłożę, że ci się rodzona babka przyśni i zapowiadam ci, że ciebie i takich wszystkich zbójeckich doktorów na całej wyspie wywieszać rozkażę. Raz jeszcze powtarzam, uciekaj pókiś cały, albo ci tym krzesłem łeb rozbiję, że od razu pójdziesz na tamten świat douczać się głodnej kuracji, tym sposobem wybawię naród od rozbójnika, co kunsztu swego niegodnie używa. A teraz niech mi natychmiast jeść podadzą lub niech odbiorą, do diabła, całe gubernatorstwo; urząd, co chleba nie daje, diabła wart!
Przestraszony doktor słowami i gestem Sanchy już naprawdę zabierał się do ucieczki, gdy wtem dał się słyszeć na dziedzińcu pałacowym odgłos pocztowej trąbki. Był to kurier, przysłany od księcia w interesie stanu. Gubernator wziął spory pakiet, urzędowną opatrzony pieczęcią i podał intendentowi, który przeczytał adres jak następuje: „Don Sanchy Pansa, gubernatorowi wyspy Barataria, do własnych rąk lub jego sekretarza”.
— A gdzież mój sekretarz? — zapyta Sancho.
— Ja jestem, do usług waszej wysokości — odpowie jakiś młodzieniec — umiem czytać i pisać, jestem Biskajczyk.
— Tęgą masz minę i mógłbyś służyć za sekretarza u samego sułtana nawet — rzecze Sancho. — Otwórz więc paczkę i zobacz, co tam jest.
Nowy sekretarz przeczytał list i oświadczył, że interes wymaga tajemnicy. Sancho rozkazał odejść wszystkim, wyjąwszy intendenta i marszałka dworu, a sekretarz czytał co następuje:

„Otrzymałem doniesienie, panie don Sancho Pansa, że w jednej z tych nocy nieprzyjaciele twojej wyspy i moich państw chcą, zdradą podszedłszy cię, pokonać lub wypędzić. Należy więc mieć się w każdej chwili na baczności. Dowiedziałem się również przez szpiegów, że czterech uzbrojonych ludzi, przebranych w wieśniacze suknie, weszło do do miasta waszego w celu zamordowania pana lub otrucia go. Bystry umysł i trafność sądu, jaki okazałeś w pierwszym dniu rządów swoich, przejął obawą i zawiścią nieprzyjaciół. Radzę ci, panie gubernatorze, baczyć na każdy krok swój i nie jeść żadnych potraw, chyba, przekonawszy się poprzednio, że nie są zatrute.
Bądź zdrów, oczekuję wszystkiego po twojej przezorności, a w razie niebezpieczeństwa z pomocą pośpieszyć nie omieszkam. Dnia 16 sierpnia, o czwartej z rana.
Wasz dobry przyjaciel,
Książę”

Sancho, nie mniej jak wszyscy słuchacze strwożony, rzecze natychmiast do intendenta:
— Zdaje się, że trzeba doktora Rezio wtrącić do więzienia, boć ten zapewne bardziej niż inni czyhał na moją zgubę, chcąc mnie dziś głodem umorzyć.
— I mnie się zdaje, że należało by strzec się każdego i wszystkiego — rzecze intendent — obiadu zaś tego jeść waszej wysokości nie radzę, bo niektóre potrawy przysłane w podarunku zostały, a wiecie dobrze, że diabeł często pod drzewem siada.
— Dajcie mi tymczasem kawał chleba i sera — rzecze Sancho — niepodobna bowiem, abym głodnym pozostał, a w tak ordynarne pożywienie wrogi wrogowie trucizny nie włożyli. Ty, mości sekretarzu, odpisz jego książęcej mości, że wszystkie jego rozkazy będą wykonane, ucałuj też ode mnie rączki księżnej pani i proś, aby list razem z zawiniątkiem, które zostawiłem, do mojej żony Teresy Pansa posłać raczyła. Nie zapomnij również pokornie pokłonić się ode mnie wielmożnemu Don Kichotowi z Manchy, aby nie wziął mnie za niewdzięcznika; upstrzyj to wszystko razem, okraś pięknie i tak odpraw posłańca. A teraz każcie mi dać jaki bądź posiłek, bo chcąc się do boju przygotować, trzeba przede wszystkim dobrze napełnić żołądek, a skoro nie będę głodnym, drwię sobie ze wszystkiego.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , | Dodaj komentarz

Legenda o Warszawie – odcinek V

Wiktor Ostrowski

Buntownicy

Warsz ukończył już budowę swojej chatki. Umocnił zasieki dokoła, pozostawiając wyjście na rzekę – zakładane na noc osłoną z gałęzi i drugie wyjście w stronę puszczy, skąd znosi niestrudzenie  drewno i gałęzie. Urządził on sobie prymitywną wędzarnię, gdzie wędzi zapasy mięsiwa w przewidywaniu nadchodzącej zimy. Teraz medytuje nad rozbitą łodzią i dopasowuje do niej obrobione siekierą deski. Ale jak je zamocować?…

Od strony puszczy słyszy nagle dalekie głosy ludzkie. Chwyta siekierę i wpatruje się w dal. Uciekać – czy zostać i bronić  się za ostrokołem. Ale jest sam, a nieznanych ludzi – jak sądzi z  głosów – jest sporo. Kto? Prusowie czy swoi? Warsz wyładowuje  worek jadłem, bierze łuk i strzały i gotów jest uskoczyć w puszczę  po przeciwległej stronie do tej, którą nadchodzą obcy.

Ale głosy są nie tylko męskie. Warsz słyszy młody śmiech  dziewczęcy. Wreszcie od strony puszczy pojawiają się idący gromadnie,  chłopcy i dziewczęta. Warsz wsłuchuje się pilnie – to swojskie głosy, a nie szczekające okrzyki Prusów. Nieznana gromadka dostrzegła  chatę Warsza i zauważyła dym, smużący się z paleniska. Kilku chłopców ostrożnie posuwa się do przodu z sulicami gotowymi do walki. Warsz poznaje Dagniewa idącego na przodzie. Rzuca broń i  worek i biegnie im na spotkanie. Dagniew też poznał druha i po  chwili obaj młodzi ludzie zwierają się w radosnym uścisku.

Nadbiega reszta gromady. Urywkami, przerywanymi śmiechem słowami opowiadają o swych przygodach. Przybysze o swojej ucieczce z  grodu – Warsz o swym pobycie w niewoli i o swojej ucieczce. Wkrótce też Warsz, nie widząc wśród przybyłych Bożenki, pyta o nią.

Wszyscy milkną i w końcu Tur wyjaśnia Warszowi straszną prawdę – spalona.

Teraz Warsz kamienieje. Rozpacz miesza się z wściekłością.  Warsz chwyta siekierę i chce biec w puszczę. Dagniew i Tur starają mu się przemówić do rozsądku. Na próżno. Warsz chce bieżyć do  grodu i tam popytać się Rosława i Dziwomira, jakie mieli prawo zabić Bożenkę. Już on wywrze zemstę – krwawo zapłaci za śmierć swej  ukochanej. Jednak ból jest zbyt wielki – Warsz słabnie i siada na  stosie drewna. Chłopcy i dziewczęta otaczają Warsza i patrzą nań  ze współczuciem. Zabiera wreszcie głos Dagniew. Mówi – jesteśmy  z tobą, wrogów wśród nas nie masz, jesteśmy druhowie i przyjaciele.  Nawet, jak dotrzesz do grodu, nawet, jeśli dokonasz zemsty, to inni  tam ciebie ubiją. Rozumiem twój ból, ale rozsądek musi wziąć nad  nim górę. Ostań z nami. Tu, nad wielka rzeką już rozpocząłeś budowę osady. My tu też osiądziemy. To dobre miejsce. Myśmy przynieśli wszystko, co nam potrzeba do rozpoczęcia nowego życia. Może potem, kiedy już na dobre się osiedlimy i okrzepniemy – wyprawimy się z tobą. Kilkunastu dobrych wojowników. Wówczas wpadniemy do  tego rosławowego grodu i obu – grododzierżcę, i wróża związanych przyprowadzimy tutaj, tu osądzimy i ukarzemy.

Ale teraz, ale dziś ty jesteś nam potrzebny, tak jak my, twoi druhowie, jesteśmy potrzebni tobie. Ostań z nami. Będziemy i my,  i nasze dziewczęta ciężko pracować. Wybudujemy tu osadę nową. A  że my wszyscy jesteśmy stadłami, a ty jeden jesteś samotnikiem,  więc my tu, jak wszyscy jesteśmy, okrzykujemy ciebie naszym grododzierżcą. Ale nie takim książęcym, który przez swych komorników  krzyczy ciągle „dawaj więcej”, ale naszym wybranym przez nas, przez  dziewczęta i chłopców. Tyś, Warszu, pierwszy tu przybył, tyś już  się pobudował, tyś już porobił zapasy. My – przy twojej radzie  stworzymy tu nową osadę i nazwiemy ją „Warszową”, bo ty nam będziesz  przewodził – tyś nasz pierwszy, tyś najdzielniejszy i ciebie los  najboleśniej dotknął. Ostań z nami, pierwszy grododzierżco Warszowy. To Warszowa zagroda, to Warszowa łódź, to Warszowa polana – to Warszowa. Przecież gdyby z nami była twoja Bożenka, to tak by  tak by  się nazywała, gdyby była twoją żoną. Niech więc nasza osada zwie się Warszowa.

Warsz słucha uważnie mądrych słów Dagniewa, łzy płyną mu po  policzkach, dziewczęta głośno płaczą, a niejeden z chłopców odwraca  się i ociera łzy.

Warsz mówi do Dagniewa: tyś, druhu, mądra głowa: Pewnie tu nikt nie będzie nad nikim, społem będziemy pracowali, ale pamiętaj, coś rzekł: po zimie – wyprawa na Rosława i Dziwomira!

Młodzi zrzucają swe toboły, dobywają zapasów, pojadają i gwarzą. Zmęczenie bierze jednak górę i po kolei układają się na trawie, dziewczęta opierają głowy na kolanach chłopców i z wolna wszyscy zasypiają. Najdłużej mową ze sobą Warsz, Dagniew i Tur, ale i  ich w końcu zmógł sen. Noc zapada i tylko duże trzy ogniska, podsycane przez dyżurujących chłopców, jasno płoną.

Ranek. Na polanie gorączkowo pracują chłopcy i dziewczęta.  Praca jest dobrze rozdzielona. Chłopcy trzebią las, znoszą pnie  na budowę domostw. Inni szykują łódź Warsza. Inni rozkładają i  przepatrują sieci.


Kupała 2014 na Krutyni, zdjęcie EMS

Nad całą polaną rozbrzmiewają dźwięki pieśni – ich piosenki  wolności.

Wolne dziewczęta i chłopcy
Wolni chłopcy
Kto pamięta
Gdy rządzili nami obcy
Hej, dziewczęta
Kto pamięta
Niech pracuje, łowi ryby
Niech buduje
Niech pracuje
Niech nie leni się, bo gdyby
Nie pracował
Nie budował
Razem z nami, z dziewczętami
I z chłopcami
To by z nami
Nie cieszył się piosenkami
Praca wolna
Leśna – polana
Praca w znoju tu nad rzeką
Praca w znoju
Lecz w spokoju
Pieśń rozbrzmiewa w las daleko
Pieśń rozbrzmiewa
Każdy śpiewa
Wolni chłopcy i dziewczęta
Precz, precz smutki
Dziś sobótki
Dziś sobótki – nasze święto.

Rosław płynie ze swoimi pachołkami. Teraz, co pewien czas  widzi wyraźnie ślady, pozostawiane przez Bożenkę w czasie obozowania i noclegów. Widać, dziewczyna w miarę oddalenia się od grodu  lekceważy sobie możliwość pogoni i zaniedbuje maskowania swych  miejsc postoju.

Rzeka, po której płynie Rosław, staje się coraz szersza i wreszcie wpada do innej wielkiej rzeki. Rosław ląduje na brzegu  i zastanawia się – w którą stronę mogła udać się uciekinierka. Ale  zastanawia się niedługo – bo oto na brzegu widzi wyraźne ślady stóp  dziewczęcych. Podniecony Rosław skacze do łodzi i każe pachołkom  pchać łódź w górę rzeki. Chłopcy ciężko pracują, nurt rzeki jest  bystry, a i do dna nie wszędzie zdołają sięgnąć drągami.

Zapada wieczór, ale Rosław wciąż pogania chłopców, licząc, że Bożenka jest już niedaleko. Rosław zdrzemnął się. Chłopcy pracują  ciężko i wyraźnie boją się wielkiej wody. Nagle przed łodzią zjawia się Panna Wodna, chwilę jest widoczna i znika pod wodą. Pachołkowie  wbijają drągi w dno rzeki i wystraszeni zatrzymują łódź. Bezruch  łodzi budzi Rosława. Chwyta on za kij, lży chłopaków. Ci mówią, że  ukazała się Panna Wodna, dalej nie można płynąć, bo gibiel, bo śmierć.

Rosław dalej lży ich. „Rybęście zoczyli, dalej płynąć! Już  niedaleko!” Chłopcy jednak nie słuchają. Ogarnął ich zabobonny  strach. Rosław kijem wali chłopców, zmuszając ich do posłuszeństwa.  Oni w panice wyskakują z łodzi i brnąc po pas w wodzie, docierają do  brzegu i nikną w zaroślach. Jeden z nich w pośpiechu zostawił w łodzi tarczę i miecz.

Rosław osamotniony chwyta drąg i pcha łódź z wysiłkiem przeciw  prądowi.

Po długim czasie Rosław z dala widzi na brzegu dym ogniska i  spostrzega dziewczynę, szykującą się do noclegu. Jest sama.  Pies pogonił w puszczę za zającem. Rosław ostrożnie i cicho podpływa do brzegu, uwiązuje łódź do konara drzewa i, brnąc po wodzie,  wychodzi na brzeg. W ręku ma kij i sznur. Broń zostawił w łodzi.  Do ujarzmienia dziewczyny starczy mu kij. Cichutko podkrada się i  znienacka chwyta dziewczynę. Bożenka – oszołomiona – przychodzi  jednak natychmiast do siebie i broni się rozpaczliwie. Rosław  zdzielił ją kijem raz i drugi i chwycił ją w pół, starając się obezwładnić dziewczynę. Mimo zaciętej obrony dziewczyna słabnie. Nagle z zarośli wypada Ryk i warcząc rzuca się na napastnika. Teraz  Rosław broni się przed ostrymi kłami psa i nacierającą wściekle dziewczyną. Cofa się zrazu wolno, po czym biegnie, skacze do wody, wskakuje na łódź i odpływa rzucając przekleństwa na Bożenkę.

Rosław odpływa, rezygnując – zda się – z pogoni i wyprawy.  Bożenka pieści psa, potem spokojnie przygotowuje sobie posłanie, dokładając stale gałęzi do palącego się ogniska.  Rosław pod osłoną znajdujących się z brzegu drzew podpływa  łodzią i z niewielkiej odległości mierzy z łuku do stojącej w świetle ognia dziewczyny. Teraz ma złą i zawziętą twarz. Jeżeli Bożenka jest dla niego stracone – to nie może żyć.

Rosław wypuszcza strzałę, które tuż obok głowy dziewczyny wbiła się w pień drzewa. Bożenka natychmiast skacze za drzewo, chwyta  oszczep i jest gotowa do obrony. Pies też gotów. Przypadł do ziemi i szczerzy zęby.

Ale obrona jest już niepotrzebna. W momencie strzału Rosław  traci równowagę, wpada do wody i, obciążony zbroją, natychmiast  tonie.

(Zdjęcie podwodne). Tonie Rosław, a z nim wpadają z przewróconej łodzi do wody miecz i tarcza. Podpływa Syrena, chwyta tarczę i miecz i odpływa.

(Zdjęcia nawodne). Przewrócona łódź spływa z prądem w dół  rzeki.

Pogodna noc księżycowa. Bożenka z psem – w rozwidleniu drzewa – układa się do snu. Ognisko wygasa. Daleko na rzece widać płynącą Syrenę.

Dokończenie za tydzień

Opublikowano Wiktor Ostrowski | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Grób na cmentarzu w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Achtung: unten befindet sich ein Appendix auf Deutsch

Nadtytuł tego wpisu jest tak długi, że musiałam mu zmienić funkcję i stał się tytułem

Mężczyźni z cmentarza na Heerstrasse (Friedhof Heerstraße) koło Stadionu Olimpijskiego w Berlinie: Hermann Minkowski i Oskar Minkowski

Historia grobu braci Minkowskich przypomina mi naszą walkę o grób profesora Aleksandra Brücknera.

Ale zacznijmy od początku.

Kilka tygodni temu zadzwoniła do mnie Krystyna Fertner, znajoma ze stowarzyszenia Fraueninitiative Berlin-Warschau. Pogawędziłyśmy o tym i owym, o moim nowym wyglądzie z siwymi włosami (jej zdaniem o niebo lepszy niż ten z farbowanymi na rudo:-)), o jej dziadku, pierwszym polskim aktorze, Antonim Fertnerze, a przeto i o Antonim Padewskim, patronie Lizbony, o naszej książce, Michała i mojej, o grobach w Berlinie i w Szczecinie, a skoro już o grobach, to o cmentarzach, bo w Berlinie jest tyle pięknych cmentarzy, gdzie przyjemnie jest chodzić na spacer, i wtedy Krystyna spytała, czy znam cmentarz koło Stadionu Olimpijskiego, a ja odpowiedziałam, że oczywiście znam, jest piękny, zwłaszcza jezioro z czaplą, i że kiedyś spędziłyśmy z moją przyjaciółką Anią cały dzień, kręcąc się w kółko po tym cmentarzu, szukając grobu słynnej aktorki niemieckiego kina niemego – nazywała się Hella Moja i była polską Żydówką z Ukrainy. A grobu nie znalazłyśmy, bo został kiedyś zrównany z ziemią. Hella nazywała się naprawdę Helena Gertruda Morawska i żyła w latach 1890-1951. Umarła w Hamburgu. Ta jedna z najsłynniejszych aktorek niemieckich pracowała w czasie wojny i po wojnie już tylko jako suflerka, żyła w nędzy, umierała z głodu i popełniła samobójstwo. Przed śmiercią zaprosiła do siebie dziennikarzy lokalnego brukowca i powiedziała im, żeby sobie zobaczyli jak umiera wielka aktorka i że mogą ją sfotografować. Pochowano ją w Berlinie i kiedyś po prostu zrównano jej grób z ziemią. To tak, jakby najpierw pozwolono Smosarskiej umrzeć z głodu, a potem pozbawiono ją grobu, powiedziałam i zadrżałam z przerażenia, bo przecież nie miałam w tym momencie pojęcia, ani jak umarła Smosarska, ani czy w ogóle ma grób. Jednak na szczęście szybko sprawdziłam, że Jadwiga Smosarska urodziła się w roku 1898, była więc o kilka lat młodsza od Morawskiej, zmarła w roku 1971 i została pochowana w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. I ma grób, a przynajmniej w Wikipedii jest jego zdjęcie.

Hella nie ma wpisu po polsku w Wikipedii – TU wpis po angielsku, TU po niemiecku.

Minkowskim też omal nie zlikwidowano grobu, powiedziała Krystyna, ale jak tam ostatnio byłam, to wisiała kartka, że zorganizowana ad hoc grupa zajmująca się ratowaniem grobu braci Minkowskich zebrała dość pieniędzy, żeby zapłacić należności na cmentarzu i grób nadal jest.

Minkowski… Minkowski, ależ tak, oczywiście, mam zdjęcie tego grobu, powiedziałam, i zaczęłam szukać w komputerowym archiwum. Oczywiście, mam! To grób honorowy, ma cegłę od władz Berlina, tak jak Brückner. Jest ich dwóch w tym grobie, Hermann i Oskar.

Foto: Anna Kuzio

Nic nie wiem o żadnej cegle, powiedziała Krystyna (więc szybko wysłałam jej zdjęcie), ale to Polacy, mimo że niemiecka Wikipedia o tym nie pisze. Hermann Minkowski był słynnym matematykiem i fizykiem, nauczycielem Einsteina w Zurychu. Jedną z zasług Minkowskiego (1864-1909) jest wykład szczególnej teorii względności w oparciu o tak zwaną przestrzeń Minkowskiego. Około roku 1907 Minkowski doszedł do wniosku, że idee Einsteina oparte na wcześniejszych pracach Lorentza i Poincarégo dadzą się łatwiej przedstawić, jeśli czas i przestrzeń potraktować jako wymiary pewnej przestrzeni czterowymiarowej, a nie osobne i niezwiązane ze sobą wielkości. Można przyjąć, że to właśnie Minkowskiemu zawdzięczamy interpretację czasu jako czwartego wymiaru i istnienie terminu czasoprzestrzeni. (Wikipedia)

Krystyna opowiada dalej, a ja myślę, że facet był nauczycielem Einsteina, a władze cmentarza likwidują jego grób i tylko jakaś garstka zapaleńców go ratuje, tak jak my we dwie z Anią uratowałyśmy grób Brücknera. I że obaj mieli cegły czyli oznakę, że jest to grób honorowy, znajdujący się pod opieką władz miasta Berlina. Tę honorową cegłę przyznaje się osobom zasłużonym dla miasta, państwa lub świata, a jednak nawet takie groby nie bronią się przed kalkulacją finansową…

A o grób Helli nikt się nie upomniał…

Jest rok 1883. Piękny młody żydowski matematyk z Kowna, ma lat 19 i właśnie odbiera w Paryżu wielką nagrodę matematyczną przyznawaną przez Francuską Akademię Nauk.

A potem jeszcze pomyślałam, że facet był polskim Żydem (polska Wikipedia o tym pisze) i naczycielem Einsteina, a my, Polacy, zamiast się puszyć i chlubić, nic o nim nie wiemy, bo w nosie mamy naszych utraconych naukowców żydowskich, o czym też już TU kiedyś pisaliśmy.

***

Skoro już porozmawiałyśmy z Krystyną o Hermannie Minkowskim, postanawiam jeszcze sprawdzić, kim był Oskar Minkowski (1858-1931) i dowiaduję się, że moje domniemania były słuszne – byli braćmi. Urodzili się w Aleksocie koło Kowna. Oskar był słynnym lekarzem. Po studiach w Królewcu pracował w Strassburgu, Kolonii, Greifswaldzie (czy ktoś jeszcze pamięta, że za czasów Minkowskiego to pomorskie miasto po polsku nazywało się Gryfia?) i Wrocławiu (a więc Breslau). Był praktykującym lekarzem i naukowcem zarazem – tak wtedy było, wiem coś o tym, też mieliśmy w rodzinie takiego praktykującego naukowca, zresztą rówieśnika Minkowskiego. Był to mój pradziadek, Stanisław Leopold Lubliner, znany warszawski pneumolog i laryngolog. Minkowski był kilkakrotnie nominowany do nagrody Nobla. Jego imię nosi doroczna europejska nagroda dla lekarzy diabetologów.

***
Ci słynni ludzie na cmentarzach, którym postanowiono zlikwidować groby:  Aleksander Brückner, Hermann Minkowski, Oskar Minkowski, Hella Moja, Japonka Michiko de Kowa-Tanaka (1909-1988), kolejna aktorka-cudzoziemka w Berlinie… Sic transit gloria mundi. Gdy prosiłam różnych ludzi o podpisy pod petycją w sprawie grobu Brücknera, jeden z nich podpisał wprawdzie, ale zauważył z przekąsem, i po cóż ty się tak angażujesz, przecież to wszystko i tak bez znaczenia… No tak.

***

Für die deutschen Leser – HIER ein Artikel über die Ehrengräber in Berlin und wie man mit der Sache heutzutage umgeht. In diesem Artikel gibt es noch Info, dass die Gräber von Oskar und Hermann Minkowski verschwinden werden. Heute weiß man schon, dass sie noch für nächste 20 Jahre bleiben.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , , , , , | 1 komentarz

Nasz rok leśmianowski 6

Trawa… za trawą – wszechświat

Przypomniały mi się te wiersze, gdy przeczytałam na Facebooku tekst mojej synowej o Antosiu w ogrodzie u Babci.

Gdyby kto pytał, ludzik wykonuje prace ogrodowe i idzie mu całkiem nieźle. Ja ścinałam większe gałęzie, a Anton je ciął na kawałki. Mniam, te nożyce! Anton dzielnie się napracował i cieszył, że może pomóc babci. „Babcia jest kawałkiem natury” – stwierdził, kiedy debatowaliśmy o talentach ogrodowych babci i nie mogliśmy wyjść z podziwu, że babcia nie boi się pająków – zresztą, niczego się nie boi! Naprawdę! W ramach relaksu (i w podzięce) – gra w piłkę z babcią Lonią. Anton jak zawsze na bramce. I kilka zdjęć z ogrodu – dzieło natury i babci Loni.

Pomyślałam, że „ludzik” przez całe życie będzie pamiętał, że był Raj.

Bolesław Leśmian

Wspomnienie

Te ścieżyny, których stopą dziecięcą
Dotykałem… Co z nimi? Gdzie one?
Tak się kręcą, jak łzy się kręcą,
Z oczu w nicość stracone!

Budziła mnie poranku wilgoć świeża,
A słonce malowało mi na ścianie
Złote psy – złote wybrzeża,
Złote skrzypce – złote otchłanie…

Kto dość zaklinająco spogląda
W światło, nawidocznione milczeniem,
Musi w końcu zobaczyć słonecznego wielbłąda
I zbójcę słonecznego ze skrzącym spojrzeniem…

Przy śniadaniu patrzyłem w stół jak w pustynię,
Śniąc, że na wielbłądzie jadę…Zbójcą jestem…
A ojciec, jakby wiedząc, że wielbłąd go wyminie,
Czytał dziennik ze spokojem i szelestem…

Karafka naświetlała haftem troistej tęczy
Was ojca – i gzyms szafy – i róg serwety białej,
Osa w firankach pogmatwanie brzęczy,
Jakby same firanki nićmi w słońcu brzęczały…

Podłoga zwierciedliła, lśniąc sennym nabytkiem,
Palmy liść z jaśniejszym nieco spodem,
Ale tak, że mętniał w rozcieńczeniu płytkiem,
Jakby zieleń ktoś rozlał mimochodem…

Fotel, trawiąc ciszę aksamitną,
Ociężale wygodniał i płowiał…
Cukier igrał skrą błękitną,
Bochen chleba – różowiał…

Zegar wytrząsł ze sprężynowych zwojów
Dłużącą się nutę w głąb sali.
W umeblowanym półśnie słonecznych pokojów
Wszyscy trwali i nie umierali.

A potem coś się stało… Źle, że coś się stało…
Ten sam zegar w innych miastach bil nieśmielej…
I dusza się potknęła o nieoględne ciało –
I kolejno umierać zaczęli…

Z lat dziecięcych

Przypominam – przypomnieć wszystkiego nie zdołam:
Trawa… za trawą wszechświat. A ja kogoś wołam.

Podoba mi się własne w powietrzu wołanie –
I pachnie macierzanka – i słońce śpi w sianie.

A jeszcze? Co mi jeszcze z lat dawnych się marzy?
Ogród, gdzie dużo liści znajomych i twarzy –
Same liście i twarze!… Liściasto i ludno!
Śmiech mój – w końcu alei… Śmiech stłumić tak trudno!
Biegnę, głowę gmatwając w szumach, w podobłokach,
Oddech nieba mam – w piersi! – Drzew wierzchołki w oczach!
Kroki moje już dudnią po grobli – nad rzeką
Słychać je tak daleko! Tak cudnie daleko!
A traz, bieg z powrotem do domu – przez trawę-
I po schodach co lubią biegnących stóp wrzawę.
I pokój przepełniony wiosną i upałem,
I tym moim po kątach rozwłóczonym ciałem
Dotyk szyby – ustami, Podróż – w nić, w oszklenie!
I to czujne, bezbrzeżne z całych sił – istnienie!

Oba wiersze z tomu: Napój cienisty 1936. Zdjęcia: Anna Krenz 2017

Opublikowano Anna Krenz | Otagowano , , , | 1 komentarz

Das Wandern, das Wandern…

inspieriert von meinem Beitrag über den Heiligen Cuthbert, schrieb für uns Brigitte von Ungern-Sternberg

über Castlerigg

Liebe Ewa,

ich schicke dir ein paar Fotos von einem meiner Highlights meiner vielen Englandfahrten. Die dauerten immer etwa drei Wochen lang. Eine Woche lang habe ich Musik gespielt, in der zweiten Woche bin ich gewandert, habe viele Landschaften in England kennengelernt und in der dritten Woche besuchte ich dann Bekannte und Freunde.

Die Fotos beziehen sich auf eine Wanderwoche im Lake District, in der ich auch zu Castlerigg kam, einem geradezu bezaubernden Platz mit einem Megalith-Steinring. Die Steinzeitleute haben ihre Plätze meist mit großer Sorgfalt ausgesucht, dort geben Steine, Landschaft und der Kosmos  eine großartige Symphonie zum besten.  Da es heilige Plätze waren/sind, habe ich den Besuch verschiedener Megalith Plätze stets als Wallfahrt empfunden – ohne irgendwelches New Age Beiwerk.

 

Aus Wikipedia: The stone circle at Castlerigg (alt. Keswick Carles, Carles, Carsles or Castle-rig) is situated near Keswick in Cumbria, North West England. One of around 1,300 stone circles in the British Isles and Brittany, it was constructed as a part of a megalithic tradition that lasted from 3,300 to 900 BC, during the Late Neolithic and Early Bronze Ages.

Opublikowano Brigitte von Ungern-Sternberg | Otagowano , | Dodaj komentarz

Człowiek i Kościół…

Krystyna Koziewicz

… ja i Kościół

W Berlinie odbyły się Dni Kościoła z przesłaniem „Widzisz mnie”. Dla mnie osobiście był to piękny czas, czas, kiedy mogłam nieco przybliżyć się do spraw ludzi wierzących i uczestniczyć w interesujących debatach, pogłębiając wiedzę o współczesnych problemach Kościoła.

Kościół jest miejscem skrywającym tajemnice, wzbogacającym duchowo tych, którzy zaliczają się do społeczności wiernych. Czy rzeczywiście nauki docierają do wszystkich, czy są to tylko słowa rzucane na wiatr?

Osobiście do kościoła chodzę zazwyczaj wtedy, kiedy nie ma w nim za dużo ludzi. Lubię pomedytować w ciszy, porozmawiać sam na sam z Bogiem, podzielić się swoimi myślami. Najczęściej mam mnóstwo spraw, często dotyczą zdrowia, są prośbą do Niego, by dał siły, by pozwolił przezwyciężyć zagrażającą życiu chorobę. Nie tłumaczę się z niczego, choć pewnie powinnam. Za dużo nie grzeszę, żyję – tak mi się wydaje – przestrzegając przykazań boskich, które w dzieciństwie wykułam przecież „na blaszkę”.

Jestem tylko człowiekiem, jak każdemu z nas zdarzają mi się błędy, ale nie są zamierzone. W życiu starałam się kierować dobrymi intencjami, choć nie wszystko zależało ode mnie. Kiedy już naprawdę zapragnęłam pójść do kościoła, to znaczy, że byłam na zakręcie życiowym. „Jak trwoga to do Boga”, powiedzą postronni obserwatorzy. Ale to nie tak, bo Bóg jest ze mną, myślę o Nim nie tylko w kościele, jest częścią mnie, czuję to wewnętrznie, widzę w tym, jak mnie prowadzi przez życie. Często czuję boską rękę nad moim losem. Kiedy ktoś pyta, czemu zdecydowałam się na samotne życie po dwóch związkach małżeńskich, zawsze odpowiem – „nie jestem sama, ze mną jest Bóg”.

Bezsprzecznie najłatwiej jest właśnie w kościele skupić się na Bogu. Mnie takie spotkanie zawsze wzrusza dogłębnie, po takiej „naszej” wspólnej rozmowie niekiedy płaczę spazmatycznie bez opamiętania. Dlaczego? Nie wiem. Może to rodzaj samooczyszczenia. Jedno jest pewne, Bóg jest dobry i potrafi wysłuchać próśb.

To Bóg. Z Nim wszystko jest w porządku. Gorzej z Kościołem…

Muszę otwarcie przyznać, że nie mam zbyt dobrego doświadczenia. Już jako mała dziewczynka nie rozumiałam, dlaczego mój tata, który w każdą niedzielę tak starannie „szykował się” do nabożeństwa, po powrocie ze mszy zawsze miał zły humor, a często ogarniała go wściekłość. Nie lubiłam więc kościoła, nie tyle jako obiektu sakralnego, ale i dlatego że ojciec robił się niedobrym człowiekiem po przyjściu z kościoła. Z byle jakiego powodu maltretował mamusię na naszych oczach, bez opamiętania karcił kijem moich braci. W domu na ścianach wisiały obrazy święte, do których musieliśmy się modlić bez zająknięcia, ale on w obecności tych świętych obrazów ubliżał mamie, katował moje rodzeństwo do tego stopnia, że niekiedy krew tryskała po tych świętościach.

Któregoś razu, a miałam wtedy sześć lat, ojciec chciał mojemu przyrodniemu bratu obciąć głowę na pieńku, na którym zabijało się kury. Brat nie zdał matury i to był powód morderczego ataku. My wszyscy razem wzięci, całe rodzeństwo, a była nas piątka, tak potwornie krzyczeliśmy w niebogłosy, że zawahał się i nie spuścił siekiery na szyję brata. Do tej pory żyję z tą traumą, moje rodzeństwo także, i od tego czasu unikałam ojca jak diabeł święconej wody. Zresztą los sprawił, że wszyscy opuściliśmy nasz wspólny dom z powodu ojca.

Zapamiętałam jeszcze wiele innych przykrych sytuacji z udziałem ludzi kościoła, sióstr zakonnych, choć akurat nie dotyczyło to mnie, a innych.

Mam też i dobre wspomnienia. Już jako dorosła osoba przeżyłam fascynujące rozmowy z biskupem opolskim, Alfonsem Nossolem, uwielbiałam mowy papieskie Jana Pawła II, Benedykta XVI, w ogóle lubiłam kazania, również te nasze berlińskie, wygłaszane w bazylice św. Jana przez polonijnego księdza, Marka Kędzierskiego.

Kiedy dowiedziałam się, że ksiądz Wojciech Lemański jest w Berlinie, natychmiast zgłosiłam się na spotkanie. O księdzu Lemańskim krąży wiele kontrowersyjnych opinii, przez długi czas jego sprawa była tematem medialnym numer jeden, opinie dziennikarzy często podgrzewały negatywne emocje. Dla mnie zawsze interesujący jest poznanie człowieka oko w oko.

Ksiądz Wojciech Lemański podczas spotkania zorganizowanego przez KOD w Berlinie
Foto Krystyna Koziewicz

Wiemy, że ksiądz Lemański nie może występować w mediach. Nie może uczyć dzieci religii, odebrano mu parafię w Jasienicy. Arcybiskup Hoser kolejne kary uzasadniał wciąż tymi samymi przewinieniami: naruszanie nauki episkopatu w sprawach moralnych (a konkretnie obrona in vitro), krytyka Kościoła za opieszałość w walce z pedofilią duchownych i za przywiązanie do dóbr materialnych, podważanie autorytetu biskupów, a zwłaszcza nieposłuszeństwo wobec zwierzchnika.

Nie może już nosić sutanny. Wojciech Lemański został w Kościele skazany na milczenie. Musi milczeć i nie wolno mu mówić o niczym, a więc i o tym, co go do głębi porusza, o ofiarach czystek etnicznych: Osetyjczyków, Tutsi z Ruandy, Żydów z Chełma, zbrodni w Jedwabnym, nie wolno mu już publicznie piętnować księży pedofilów, alkoholików i tych, którzy pobłądzili w kapłaństwie.

Ksiądz Lemańskiego w takim ludzkim spotkaniu to ksiądz, taki, jaki w naszym pojęciu powinien być ksiądz – człowiek w pełni oddany swemu powołaniu, który patrzy na otaczający świat przez pryzmat dobra i zła. Bo zło istnieje, także w Kościele, co przecież nie znaczy, że złem jest mówienie o tym. Wojciecha Lemańskiego spotkała dotkliwa kara za rzekomy brak szacunku i posłuszeństwa wobec biskupa diecezjalnego.

Przyznaję, że dawniej dość umiarkowanie interesowałam się sprawami Kościoła polskiego i niemieckiego. Niekiedy oglądam, bardziej dla ciekawości, porównując ze sposobem odprawiania mszy niemieckiej, msze święte transmitowane przez TVP Polonia. To niebo i ziemia – powiedziałabym.

Msza w telewizji niemieckiej

Polska msza się odbywa, w niemieckiej więcej się przeżywa. Sam wygląd tych naszych polskich opasłych księży jest dla mnie czymś niesmacznym. Słowo Boże całkiem inaczej brzmi w ustach polskiego księdza. Treść i ton to często moralizowanie, pouczanie wiernych. Niemiecki ksiądz mówi o problemach dzisiejszych, o tym, żeby patrzeć z miłosierdziem na drugiego człowieka, na chorych, bezdomnych, uchodźców, ludzi starszych czyli tych w każdym społeczeństwie najsłabszych. Taka mowa trafia do serca, porusza sumienia, pewnie dlatego społeczeństwo niemieckie tak bardzo lubi pomagać. Przykładów moglibyśmy wymienić bez liku, ja przypomnę tu tylko ogromną pomoc jaką Niemcy okazali Polsce przed 32 laty, po wybuchu stanu wojennego. Do Polaków dotarły wtedy miliony paczek i nikt z nas nie wie, czy przeżylibyśmy ten straszny czas, gdyby nie wsparcie ze strony Niemców.

Urzędujący Papież Franciszek słusznie gromi obłudnych chrześcijan na pokaz! Mądrze sugeruje, że lepiej być ateistą niż człowiekiem, który podaje się za katolika, a z premedytacją czyni zło. Mój wybór – być człowiekiem i patrzeć na ludzi przez pryzmat człowieczeństwa. To tyle i aż tyle!

Opublikowano Krystyna Koziewicz | Otagowano , | Dodaj komentarz

Jest czerwiec

Andrzej Rejman

Ostatnio po wysłuchaniu wiadomości z kraju i ze świata przyszła mi do głowy myśl:

Najbardziej niebezpieczni są ci, którzy czyniąc źle, uważają, że czynią dobrze w imię Boga, historii lub choćby z jakiegoś nieograniczonego upoważnienia mas.

Sięgnąłem więc do książki Jacoba Talmona „Źródła demokracji totalitarnej”* i czytam :

„Republika nie powstanie nigdy, jeśli wola suwerena nie powstrzyma rojalistycznej mniejszości i nie zapanuje nad nią na podstawie prawa podboju”.

„Odkąd lud francuski zamanifestował swoją wolę, wszystko co nie jest suwerenem, jest wrogie. Między ludem a jego wrogami jest tylko miecz”.

„Ci, którymi nie dałoby się rządzić za pomocą sprawiedliwości, musieliby ulec sile miecza. … Nie będziecie mówić tym samym językiem, nigdy się wzajemnie nie zrozumiecie. Wypędźcie ich zatem!”

(Saint Just – Raport o konieczności powołania rządu rewolucyjnego do czasu pokoju, 10 października 1793)

„W Republice nie ma innych obywateli poza Republikanami. Rojaliści… konspiratorzy są jedynie obcymi lub raczej wrogami.” (Robespierre)

(Nie liczy się ani konieczność jedności narodowej, nakazująca ludziom zapomnieć o dzielących ich różnicach w obliczu zagrożenia zewnętrznego, ani też idea legitymizująca naturalne rozbieżności opinii. Istnieje tylko lud oraz wrogowie ludu. – komentarz Autora)
___________

* Źródła demokracji totalitarnej, Jacob Talmon, Universitas, Kraków, 2015;
z opisu książki na stronie wydawcy:

W książce „Źródła demokracji totalitarnej” J.L. Talmon stawia tezę, że równolegle do rozwoju demokracji liberalnej, na podstawie tych samych przesłanek filozoficznych, sformułowanych w XVIII wieku, pojawił się trend, określany przez niego jako „demokracja totalitarna”, przy czym obydwa te kierunki istniały obok siebie i wzajemnie na siebie wpływały aż do czasów najnowszych. Różnica między nimi polega przede wszystkim na tym, że w podejściu liberalnym traktuje się politykę jako wynik prób i błędów, natomiast w podejściu totalitarnym zakłada się, że w polityce istnieje jedyna, wyłączna prawda. Autor tę drugą postawę określa jako polityczny mesjanizm, postulujący istnienie ustalonego z góry, harmonijnego i doskonałego porządku, który jest nieuchronnym przeznaczeniem ludzkości. Znaczna część koncepcji totalitarno-demokratycznej wynikała z XVIII-wiecznej myśli społeczno-politycznej, kiedy ulegał załamaniu tradycyjny porządek w Europie: następował upadek religii, porządku feudalnego i tradycyjnego znaczenia hierarchii społecznej. Swoją tezę autor obszernie uzasadnia, przedstawiając ewolucję poglądów społeczno-politycznych w trakcie Wielkiej Rewolucji Francuskiej i bezpośrednio po niej.

________

No i potem kończy sie to tak:

Szawle (dziś Sauliai, Litwa) – zniszczenia po wojnie 1914-1918, fot St. Doktorowicz-Hrebnicki

***

Miejmy nadzieję, że będzie inaczej. Może zainspiruje nas poezja i opuści zew walki….

Maryla Wolska (1873-1930), poetka nieco zapomniana, której rocznica śmierci przypada 25 czerwca – pisze w wierszu opublikowanym jedynie w pamiętnikach (Wspomnienia, Maryla Wolska, Beata Obertyńska, PIW Warszawa, 1974):

Dosyć już wojny i racji
gazet, przekonań i przyczyn –
wystarczy do orientacji
ten jasny amarant koniczyn…

Dość i mnie na tej barwie!
Co ma być – będzie… Poza tem
czereśni w sadzie się narwie
jest czerwiec, wsią pachnie i latem…

Armaty słychać? Androny!
A choćby nawet… Przestaną…
Świat złoty jest, modry, zielony,
jaśminy mi pachną i siano…

Zachodu czerwona tarcza
w łan owsa się stacza ochłódła…
Najświeższych wieści dostarcza
wiatr młody, z pewnego źródła…

Czas ciepłem jest, blaskiem, ukojem
nie żadną dobą dziejową
Co wieczór pod oknem Mojem
Świerszcz zawsze ostatnie ma słowo…

Jezioro Berżenickie (powiat święciański, województwo wileńskie) ok. r. 1933. Wypoczynek letników.

Opublikowano Andrzej Rejman | Otagowano , | 2 komentarze

Barataria 20 król i żebrak

Ewa Maria Slaska

Sancho Pansa jako Król Salomon (2)

O podobieństwie Sancho Pansy do Króla Salomona już TU pisałam. Obaj byli bystrymi sędziami, zdolnymi zdemaskować sztuczki oszustów, przy czym nie kierowali się kodeksami, lecz umieli sprowokować sytuację tak, by winny sam się ujawnił.

Jednak podobieństw pomiędzy oboma władcami było więcej. Obaj lubili przysłowia, i to rymowane, w czym się zresztą Sancho do Marchołta grubego a sprośnego upodobnia. Obaj mieli też przeżyć / żyć w biedzie, zanim wolno im było objąć władzę.

W interpretacji epizodu z Baratarii badacze cervantyści często wspominają, że w Don Kichocie zachowana zostaje pewna symboliczna kolejność, najpierw bohater wzlatuje w przestworza – Salomon na latającym dywanie, Sancho Pansa na drewnianym koniu Chevillard – potem następuje upadek i w tym momencie dokonuje się zmiana statusu. Król staje się żebrakiem-wygnańcem, biedak wagabunda zostaje władcą.

Franceso Hayez (1791 -1882), Batszeba w kąpieli

Nie pamiętam żebraczego epizodu w życiu Salomona. Był postacią na poły legendarną. Zakłada się, że żył w X wieku przed naszą erą, urodził się koło roku 1000, zmarł w roku 931. Egipt, w którym panował faraon Shishak, w roku 925 p.n.e najechał królestwo Izraela. Sziszak był postacią historyczną i teściem Salomona. Sam Salomon był synem króla Dawida, chłopaka-bohatera, który kamykiem z procy zabił Goliata, był wojownikiem, wygnańcem, bohaterem, a wreszcie królem, i Batszeby, żony Hetyty Uriasza, która tak się spodobała królowi, że wysłał jej męża na wojnę na pewną śmierć, by samemu ukoić żądze jej wdziękami. Nota bene, to ta słynna Batszeba, którą Dawid ujrzał w kąpieli, a którą lubili malować malarze wszystkich pruderyjnych czasów. Podobnie jak rajska Ewa, Batszeba musiała być naga…

W Biblii, gdzie Salomon występuje aż w dwóch księgach Królewskich i jest uważany za autora pieśni, w tym słynnej Pieśni nad pieśniami, przysłów i mądrości (2 Sm 12,24; 1 Krl 1-11; 1 Krn 22,5-23,1; 1 Krn 2; 2 Krn 1-9; Ezd 2; Ne 7, 11-13; 2 Mch 2; Ps; Prz; Koh; PnP; Syr 47; Jr 52;), a też w Ewangeliach i w Dziejach Apostolskich, nie ma mowy o żadnym wygnaniu. Poszukując więc króla, który nie może być królem, muszę odejść od Biblii i wejść w świat legend i apokryfów. W Skarbnicy midraszy, znajduję historię o tym, jak Salomon z króla stał się żebrakiem. Tę, na którą powołują się badacze Don Kichota. I rzeczywiście najpierw jest opowieść o ogromnym latającym dywanie (miał wymiary 60 mil na 60!), a potem kilka historii o królewskim wygnaniu.

Trzy długie lata Salomon cierpiał fizycznie i moralnie. Była to niewątpliwie kara za to, że złamał trzy nakazy Tory, obowiązujące władców Izraela. Królowi Izraela nie wolno było mieć wielu żon, dużo koni i dużo złota

Trzy lata trwało wygnanie króla, który znalazł się nagle na obcej, dalekiej ziemi. Bez grosza przy duszy błąkał się po ulicach nieznanych miast i po drogach nieznanych wsi jak zwykły żebrak. Nikt go nie znał i nikt go nie poznał. (…) Po trzech latach spędzonych na wygnaniu Bóg okazał mu łaskę i wskazał drogę, na którą powinien wejść, aby móc powrócić do swego państwa, władzy i wielkości.

Ale nawet wtedy, w biedzie i poniewierce, pozostał sobą, potrafił rozkochać w sobie królewską córkę i przywiózł ją do Jerozolimy jako kolejną żonę (miał ich 700 – księżniczek i jeszcze trzysta pomniejszych).

Jest w tych opowieściach o królu-banicie historia o dwóch ludziach, którzy rozpoznali w żebraku prawdziwego władcę, jeden był bogaty, drugi – ubogi. Po powrocie do stolicy, pisząc swe Przypowieści król zapisał:

Lepsza jest potrawa z jarzyn, a przy tym miłość, niż karmny wół wraz z nienawiścią. Lepszym okazał się posiłek z kapusty okraszonej miłością, który spożyłem u biedaka, niż posiłek z wołu nadzianego nienawiścią, który przygotował dla mnie bogacz.

Midrasze to takie apokryfy, opowiastki, którymi rabini żydowscy wyjaśniali świat. Legenda o tym, że diabeł Asmodeusz oszukał Salomona i wygnał go z królestwa, a sam przybrał postać króla była w rabinackich mądrościach nader potrzebna, pomagała bowiem zrozumieć, jak to się stało, że mądry i pobożny król Salomon zgłupiał i stał się pożądliwym grzesznikiem. A jest o tym mowa nie tylko w różnorakich opowiastkach, ale i w samej Biblii. Mędrzec Syrach mówi do Salomona:

Niestety, kobietom wydałeś swe lędźwie
i wyuzdaniu oddałeś władzę nad swym ciałem.
Splamiłeś swą chwałę,
zhańbiłeś swoje potomstwo,
sprowadzając gniew na dzieci
i napełniając je smutkiem z powodu twojej głupoty.

Dzięki midraszowej opowieści to wcale nie król Salomon na starość uległ podszeptom żon i zaczął oddawać cześć obcym bogom, to demon podszywał się pod starca. I tu ciekawostka – Asmodeusza zdemaskowało podobno to, że miał ptasie pazury zamiast stóp. Na ilustracji poniżej ma jednak normalne ludzkie nogi.

Asmodeusz
Collage fotograficzny ze strony „deviant.art” wykonany przez Amosha, który podaje o sobie, że jest Rosjaninem (Ormianinem) i urodził się 11 kwietnia.

Za tydzień, co jedli? Jeszcze jedna opowieść o gubernatorze Baratarii zaczerpnięta  przez Cervantesa z midraszowych opowieści o królu Salomonie albo Syty głodnemu nie wierzy.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , | Dodaj komentarz

Legenda o Warszawie – odcinek IV

Wiktor Ostrowski

Ucieczka

Warsz, razem z innymi towarzyszami niedoli, zmuszeni są do ciężkiej pracy niewolniczej. Nędzna nora, w której śpi kilkudziesięciu jeńców, nie ma nawet barłogów, wszyscy śpią na gołej ziemi, przytulając się do siebie dla ciepła. Od świtu do ciemnej nocy pracują wytężeni, a za każde niedbalstwo są nieludzko katowani.
Dwóch niewolników łowi ryby z ciężkiej łodzi, na której oprócz nich siedzi dwóch pruskich wojowników. Od tej łodzi rozciągnięta jest sieć do małej łódki, na której jest Warsz. Płyną powoli, sieć obciąża się coraz bardziej. W chwili, kiedy osiedle i inne łodzie nikną już w oddali, Warsz jednym ruchem wyrzuca sieć do wody, wpiera drąg w dno rzeki i – nim Prusowie zorientowali się, już Warsz na swojej lekkiej łódce odpłynął o kilka staj. Prusacy podnieśli krzyk, naciągają łuki i strzelają w stronę Warsza, jednocześnie ponaglają jeńców do szybkiego pchania łodzi za Warszem. Ale łódź, obciążona wielką pełną siecią, nie może płynąć szybko i – nim inne łodzie pruskie ruszyły w pogoń – już Warsz zniknął im z oczu za zakrętem rzeki. Prusowie rezygnują z pogoni. W głąb puszczy, przez którą płynie rzeka, nie chcą się zapuszczać, a zresztą idzie tylko o jednego niewolnika.
Warsz silnie i nieprzerwanie pcha swoją łódź w dół rzeki. Jednocześnie przegląda sprzęt, który – w tajemnicy przed Prusami – udało mu się schować na dnie łodzi. Najważniejsze to, że ma siekierę i dużą ilość rozmaitych sznurów, a także małą sieć. Upływają godziny i dni. Warsz już sporządził sobie podczas postoju na brzegu rzeki łuk i zaostrzył sporo strzał. Zatrzymując się na krótko – bo wciąż obawia się pogoni – poluje i odżywia się mięsem zabitych ptaków i małych zwierząt.
Warsz widzi, że jego rzeka wpada do wielkiej rzeki, która płynie tworząc liczne rozlewiska. Namyśla się, w którą stronę płynąć. Rzeka płynie na północ, Warsz boi się tego kierunku, słusznie mniemając, że może tam napotkać Prusów. Obiera zatem przeciwny kierunek, licząc że może doprowadzi on go do swoich. Tak więc natychmiast odbija od brzegu i – ciężko walcząc z silnym nurtem – posuwa się w górę rzeki. Teraz nie idzie mu już tak łatwo, jak poprzednio i Warsz bardzo musi się napracować, toteż częstsze są przerwy i odpoczynki.
Widzi jednak, że cel jego wędrówki może stać się rzeczywistością, nie traci więc nadziei – płynie – polecając się bogom rzeki i od nich oczekując opieki i pomocy.

Pieśń Warsza:

Dobrej rzeki dobre bogi,
Rzeki szarej, rzeki wielkiej,
Sprawcie, niech nie znajdą wrogi
Drogi do mnie, dobre bogi…
Dobre bogi dobrej rzeki,
Chrońcie mnie od mocy wszelkiej,
Nieście łódź mą w kraj daleki,
Wielkie wody wielkiej rzeki.
Dobrej rzeki bogi dobre,
Wiedźcie mnie przez prądy, progi,
By me serce było chrobre,
Dozwólcie, o bogi dobre…

Warsz przybliża się, płynąc łodzią, do brzegu rzeki. Puszcza przerzedza się tam, tworząc polanę, za którą wznoszą się urwiska, porosłe puszczą.
W momencie, kiedy łódź Warsza jest blisko brzegu, trafia na ostry głaz, który rozbija cały dół łodzi. Warsz z wysiłkiem holuje łódź do brzegu, wyciąga ją na piasek i znosi swój skromny dobytek na brzeg.
Zabobonny chłopak widzi w tym rękę bogów i decyduje się na pozostanie w tym miejscu na długo może na zawsze. Od razu zatem, bez chwili wypoczynku, zabiera się do zabezpieczenia sobie noclegu. Jeszcze przed nocą z nazbieranych konarów i gałęzi tworzy ochronę przed dzikimi zwierzętami. Z gałęzi buduje szałas, który będzie jego domem aż do zbudowania bardziej trwałego domku.

Foto: Krzysztof Woźniak

Bożenka z psem wędruje niezmordowanie, oddalając się coraz bardziej od znienawidzonego grodu i groźnych nieprzyjaciół. Dziewczyna w czasie długiej wędrówki, pod wpływem wciąż grożących niebezpieczeństw, dziczeje coraz bardziej. Nie ma ona teraz trudności ze zdobywaniem pożywienia. Poluje coraz to sprawniej. Pies również poluje i przynosi jej coraz to nową zwierzynę. I Bożenka, i Ryk są syci i – co za tym idzie – silni. Dziewczyna włada już tak oszczepem, że nie boi się nawet grubego zwierza. Boi się tylko ludzi i wciąż obawia się pogoni.
W czasie wędrówki, zwłaszcza o wieczorowej porze, majaczą się wciąż dziewczynie leśne widziadła. Ona się nawet ich już nie boi, ale nie rozumie tego, co ją otacza, i granica między otaczającą ją przyrodą a zjawiskami nieziemskimi zaczyna się w jej umyśle zacierać. Jednak nie boi się, zwłaszcza że pies nie reaguje zupełnie na te zjawy, a – gdyby były naprawdę – to on pierwszy odczułby niebezpieczeństwo.
Przed wieczorem pewnego dnia dziewczyna z psem dochodzi do miejsca, w którym „jej” rzeka wpada do innej, wielkiej rzeki, toczącej swe szeroko rozlane wody. Dziewczyna staje bezradna. Czy przeprawić się na drugi brzeg, „mojej” rzeki, ale to trudne, bo i ta rzeka przy ujściu jest szeroka i niebezpieczna, czy też iść w górę przeciw prądowi rzeki.
Bożenka coś jednak wie o tej wielkiej rzece. Starzy ludzie w grodzie bajali o niej, o rzece daleko na wschodzie, do której jednak nikt z grodu jeszcze nie dotarł. Bożenka patrzy uważnie w dal i nagle spostrzega na daleko w wodzie płynącą postać – pół kobietę – pół rybę. Płynie, pluska się i igra w wodzie w promieniach zachodzącego słońca. Nagle zatrzymała się, jakby stanęła na ogonie i ręką wyraźnie wskazała Bożence kierunek – w górę rzeki. Bożenka już wie, to Panna Wodna, o niej to bajały stare kobiety w grodzie, że dziewka, którą opiekuje się Panna Wodna, zawsze będzie szczęśliwa. Toteż Bożenka nie waha się ani chwili i – ślepo posłuszna idzie z psem we wskazanym kierunku. Panna Wodna niknie.

Leśne obozowiska uciekinierów z grodu. Odpoczywają, jedzą. Łowcy z puszczy przynoszą ubitą zwierzynę. Dziewczęta rozniecają ogień, warzą strawę. Mężczyźni budują prowizoryczną wędzarnię i – podtrzymując ciągły ogień – wędzą mięso na dalszą wędrówkę. Panuje tu ład, porządek i spokój. Dagniew rozstawił nieliczne straże, które pilnują, żeby nikt nie zaskoczył ich nie przygotowanych, ale nawet daleki zwiad, stale penetrujący puszczę w kierunku grodu, nie znajduje nic niepokojącego. Z każdym dniem wędrówki niebezpieczeństwo pogoni maleje. Zresztą nie obawiają się specjalnie wroga.
Jest ich trzydziestu, a i trzydzieścioro dziewcząt uczy się pilnie od chłopców władania bronią – sulicą, łukiem czy nawet toporem. To młode i silne dziewki, idą, pracują, nie gorzej od chłopców i wytrzymują dzielnie trudy wędrówki.
Tym razem odpoczynek był długi – kilkudniowy, bo i zapasy należało poczynić, i strudzonym nogom dać oddech i starunek. Ale koniec postoju. Znów wąż objuczonych młodych rozciąga się, otwierany i zamykany przez czujny zwiad. Orientując się według słońca i mchu na drzewach idą wytrwale dalej.

Warsz samotnie pracuje niemal bez wytchnienia w swojej nowej zagrodzie. Otoczona ona jest już wysokim zasiekiem, założonym ostrymi krzewami i gałęziami z jednym tylko otworem na wejście – od strony rzeki. Od strony puszczy jeszcze nie wszystko jest ogrodzone. Chata – mała, ale dla Warsza dostateczna – jest gotowa i pokryta gałęziami i mchem. Przy chacie Warsz ułożył w sągi drewno na opał, na zimę.
Robota jest trudna, bo ze wszystkich potrzebnych narzędzi Warsz posiada tylko jedną siekierę, więc na razie o takich robotach, jak naprawa łodzi, nie ma co nawet marzyć. Więc poluje, choć wciąż je mięso i jest nie słabszy, jednak ani chleba, ani kaszy nie uświadczy. Ale trudno tak trzeba żyć.

Rosław dumnie rozparty w łodzi popychanej z prądem przez dwóch silnych pachołków. Od czasu do czasu przegląda pilnie brzegi rzeki. Nagle każe on zatrzymać łódź i zbliżyć się do brzegu. Nareszcie znalazł trop. Raz jeden Bożenka zaniedbała starannego zatarcia śladów. Rosław znajduje popiół po ognisku i strzępy starego giezła Bożenki. To tu narządzała ona sobie nowe okrycie ze skóry zabitej łani, której kości również wskazują na obozowisko. Teraz Rosław z nową energią siada do łodzi i popycha pachołków, nie szczędząc im wymysłów i szturchańców.

Opublikowano Wiktor Ostrowski | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (z Muzeum Narodowego w Szczecinie 2)

Dariusz Kacprzak

Max Slevogt, Tancerka Antonia Marcé zw. La Argentina

Max Slevogt wraz z Maksem Liebermannem i Lovisem Corinthem bywa określany mianem „potrójnej gwiazdy imresjonizmu niemieckiego”. Uczył się w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Monachium, w 1889 roku wyjechał do Paryża, by w tamtejszej Académie Julian kontynuować naukę i nad Sekwaną kopiować starych mistrzów. W 1890 roku wyjechał do Włoch. Dwa lata później został członkiem Monachijskiej Secesji, a w następnym roku podczas wystawy secesjonistów zaprezentował obraz Walka zapaśników, który wzbudził żywe emocje. W 1897 roku w Salonie Sztuki Eugena Artina w Wiedniu została otwarta pierwsza indywidualna wystawa artysty. Do 1900 roku był związany z Monachium, współpracował z czasopismami Jugend i Simplicissimus, później krótko mieszkał we Frankfurcie nad Menem, by w 1901 roku na stałe osiąść w Berlinie. Związał się ze środowiskiem berlińskiej Secesji. W 1914 roku został członkiem Akademii Sztuk Pięknych w Berlinie, a rok później Królewskiej Akademii Sztuk w Dreźnie. Od 1917 roku prowadził pracownię mistrzowską w berlińskiej akademii. Początkowo malował niemal naturalistycznie sceny mitologiczne i religijne utrzymane w ciemnym kolorycie. Podjęte w drugiej połowie lat 90 XIX wieku studia plenerowe przyniosły rozjaśnienie palety. Jego dojrzałe obrazy charakteryzuje bogaty koloryt, upodobanie do silnych kontrastów, swoboda, pełne temperamentu prowadzenie pędzla. Znaczącą część dorobku artystycznego twórcy zajmują grafiki. Jako ilustrator książek dowiódł biegłości warsztatowej, pomysłowości i fantazji. Zajmował się również malarstwem ściennym – kompozycje takie wykonał m.in. w domu Johanna Guthmanna w Szklarskiej Porębie, w Kościele Pokoju w Ludwigshafen oraz we własnym domu w malowniczym położonym na Nizinie Górnoreńskiej Neukastel w Palatynacie.

Max Slevogt, Tancerka Antonia Marcé zw. La Argentina, 1926
olej, płótno, 100 x 80,5 cm, Muzeum Narodowe w Szczecinie
fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Bogaty i interesujacy rozdział w twórczości Maksa Slevogta stanowią dzieła związane z przeżyciem muzyki, która była ważnym źródłem jego inspiracji. Artysta zafascynowany światem dźwięku i ruchu – muzyki, teatru, opery, tańca – tworzył nie tylko obrazy, rysunki i grafiki o tej tematyce, ale także zajmował się projektami scenografii oraz kostiumów do utworów scenicznych (Wesołe kumoszki z Windsoru Williama Szekspira w inscenizacji Maksa von Reinhardta, Sąd Salomona Pedra Calderóna de la Barki w inscenizacji Floriana Geyera dla Ottona Brahma). Wielokrotnie pracował dla renomowanych teatrów operowych, Opery Unter den Linden w Berlinie oraz drezdeńskiej Staatsoper, przygotowując projekty scenografii m.in. do Czarodziejskiego fletu, Don Giovanniego W. A. Mozarta – były to akwarele, gwasze, rysunki ołówkiem, węglem, tuszem, a także ilustracje, powielane graficznie w technice litografii, drzeworytu i akwaforty. W 1920 roku w berlińskiej oficynie Paula Cassirera wydano Czarodziejski flet. Rysunki na marginesach manuskryptu Mozarta (Die Zauberflöte. Randzeichnungen zu Mozarts Handschrift), rok później u Fritza Gurlitta ukazało się bibliofilskie, zilustrowane przez Slevogta drzeworytami, wydanie liberetta Lorenza da Ponte do Don Giovanniego Mozarta (na podstawie wydania wiedeńskiego z 1788 roku). Dobiegajacy sześćdziesiątego roku życia artysta, zaprojektował dla Hermanna Muthesiusa, do jego domu w Berlinie, malowidło ścienne Wesele Figara (1927).

Fascynacja Slevogta tańcem jest wyraźnie widoczna już we wczesnym jego dziele – Tryptyku tańca: Tancerka w srebrze (1895, Landesmuseum Mainz), Tancerka w zieleni (1895, zaginiony), Tancerka w złocie (1897, Max Slevogt-Galerie, Villa Ludwigshöhe). W 1902 roku powstał słynny obraz artysty Aria szampańska, tzw. Biały d’Andrade (Staatsgalerie Stuttgart), w którym artysta utrwalił występ utalentowanego Portugalczyka w Theater des Westens w Charlottenburgu, a dziesięć lat później, tzw. Czerwony d’Andrade – imponujące malarskim rozmachem dzieło, dziś wita gości przekraczających próg Alte Nationalgalerie w Berlinie. Malarz portretował znakomite artystki epoki. Wielokrotnie malował i sztychował występujacą m.in. w berlińskim kabarecie W siódmym niebie, pochodzącą z Filipin, Mariettę di Rigardo (właśc. Maria della Rosa, poźniejsza żona właściciela kabaretu Georga Davida Schulza, która po rozwodzie z nim, poślubiła Ludwiga Thomę, znanego pisarza z kręgu Simplicissmusa i występowała później jako Marion Thoma). W 1901 roku namalował goszczącą w Berlinie podczas europejskiego tournée japońską tancerkę Sadę Yakko. Kilkukrotnie portretował Tillę Durieux, żonę Paula Cassirera – m.in. w 1921 roku jako żonę Putyfara w Legendzie Józefa Richarda Straussa, do której libretto napisali Harry Kessler i Hugo von Hofmannsthal, a wcześniej w roli Salome. Warto wspomnieć także o portrecie scenicznym Anny Pawłowej: słynna prima ballerina assoluta została przedstawiona w tańcu orientalnym jako Bajadera.

Bohaterką szczecińskiego, powstałego w 1926 roku, obrazu jest uchodząca za odnowicielkę baletu hiszpańskiego, tancerka i choreografka Antonia Mercé y Luque, bardziej znana pod pseudonimem scenicznym La Argentina. Była córką baletmistrza madryckiego Teatro Real Manuela Mercé i tancerki Josefy Luque. Urodziła się w 1890 roku w Buenos Aires, podczas baletowego tournée rodziców po Argentynie. Naukę tańca rozpoczęła pod okiem ojca, a później po jego śmierci pobierała lekcje także u matki. W wieku dziewięciu lat debiutowała jako primabalerina w operze w Madrycie, w 1905 roku tańczyła z wielkim powodzeniem w tamtejszym Teatro Ateneo. W 1910 roku Paryż oglądał ją w operetkach na deskach Moulin Rouge oraz Olimpii, a później artystka odbyła tournée po Anglii, Belgii i Niemczech. Po I wojnie światowej, która zastała ją w Rosji, Mercé w 1915 roku w Madrycie przygotowała choreografię do baletu Czarodziejska miłość (El Amor Brujo) Manuela de Falli. Potem wyjechała do Ameryki Południowej, a następnie na zaproszenie kompozytora Enrique’a Granadosa tańczyła w Nowym Jorku w jego Goyescas. Do końca wojny przebywała w Meksyku, skąd w 1919 roku powróciła do Paryża. Współpracowała z Federikiem Garcią Lorcą, Maurice’em Ravelem, Isaakiem Albénizem. W 1926 roku artystka zyskała impresaria. Był nim Arnold Merckel, który do końca jej życia troszczył się o kalendarz jej występów. We flamenco i tangu jej partnerem był częstokroć Vincent Escudero, a akompaniatorem – gitarzysta Carlos Montoye. La Argentina cieszyła się ogromną sławą, w 1930 roku została odznaczona Krzyżem Legii Honorowej. W 1936 roku, na krótko przed śmiercią, tańczyła w paryskiej Operze Komicznej z okazji wykładu Paula Valéry’ego. Zmarła w San Sebastian 19 lipca 1936 roku na atak serca.

W szczecińskim obrazie malarz poprzez swobodę gestu malarskiego, brawurowe operowanie plamą barwną, nadającą przedstawieniu lekkości, odczucie ruchu, intensywność tonów, modelujące postać tancerki silne refleksy światła, stworzył sugestywny obraz magii tańca hiszpańskiego, a także dał wyraz nieskrywanej zmysłowości portretowanej kobiety.

Wprawdzie proweniencja obrazu nie jest w pełni znana, tym niemniej można przypuszczać, że dzieło pochodzi z przedwojennej szczecińskiej kolekcji prywatnej, a w okresie powojennym trafiło za pośrednictwem rynku antykwarycznego do zbiorów muzealnych. Przy tej okazji warto wspomnieć, że w zbiorach przedwojennego szczecińskiego Muzeum Miejskiego znajdowały się dwa inne obrazy Slevogta: Autoportret przy sztalugach pochodzący z kolekcji Friedy i Wilhelma Doeringów oraz Portret pianisty Ansorge.

Opublikowano Dariusz Kacprzak | Otagowano , , | 1 komentarz