Stuart 48

I hope that the days come easy and the moments pass slow,
And each road leads you where you want to go,
And if you’re faced with a choice, and you have to choose,
I hope you choose the one that means the most to you.
And if one door opens to another door closed,
I hope you keep on walkin’ till you find the window,
If it’s cold outside, show the world the warmth of your smile,

Mam nadzieję, że dni będą nadchodziły szybko,
A chwile warte zapamiętania przemijały powoli.
Jeżeli będziesz musiał dokonać wyboru
To mam nadzieję, że wybierzesz to, co dla ciebie najważniejsze
Jeżeli otworzą się przed tobą drzwi, za którymi stać będą kolejne zamknięte drzwi
To mam nadzieję, że będziesz szedł tak długo, dopóki nie uda ci się znaleźć okna.
Pokazuj światu ciepło twojego uśmiechu, jeżeli dookoła zrobiło się zimno.

My wish, Rascal Flatts

Joanna Trümner

Przyjaźń

Stuart siedział na ławce w poczekalni na lotnisku i przyglądał się wchodzącym do hali pasażerom. „Kiedy ostatni raz widziałem Iana? Trzy, a może cztery lata temu?”, zastanawiał się, ciesząc się na spotkanie. Wkrótce potem bez trudu rozpoznał bujną, nieokiełznaną czuprynę Iana w tłumie pasażerów. Idąc w jego kierunku, nie mógł się oprzeć wrażeniu, że przyjaciel w ogóle się nie zmienił. Ekscesywny tryb życia, wieloletnia walka z nałogami i pobyty w szpitalach psychiatrycznych nie pozostawiły po sobie śladu.

Po przyjeździe do domu Stuart i Ian rozmawiali do białego rana. Po raz pierwszy od dawna Stuart śmiał się do łez, słuchając opowiadania Iana o energicznej i wszechwiedzącej współpasażerce lotu z Hong Kongu, prowadzącej przez jedenaście godzin podróży monolog o swoim życiu. W trakcie rozmowy do Stuarta docierało coraz bardziej, że bardzo brakowało mu przez ostatnie miesiące kogoś, z kim mógłby porozmawiać, pośmiać się, kogoś, komu mógłby zwierzyć się z nieprzyjemnej historii, którą przeżył w szkole. Czuł ulgę, wyrzucając z siebie wraz z wypowiadanymi słowami napięcie ostatnich kilku miesięcy. Ian w milczeniu słuchał opowiadania przyjaciela, które następnie skomentował z niedowierzaniem: „Jesteś ostatnią osobą, po której spodziewałbym się tego typu kłopotów. Ostatnim człowiekiem, który byłby zdolny do wyrządzenia komuś krzywdy”.

Po chwili milczenia dodał, „czego niestety nie mogę powiedzieć o sobie. W ciągu ostatnich lat zrobiłem wiele głupot, czasami nawet świństw. Od lat próbuję znowu znaleźć równowagę. Niełatwo jest wrócić na tor, z którego wyrzuciło cię życie”. „Może się za mało starasz”, Stuart przypominiał sobie opowiadanie Ann o bracie i jego wielokrotnych próbach zerwania z nałogami. Przypomniało mu się ich wspólne mieszkanie w Londynie i godziny, spędzone przez Iana w łóżku w deszczowe dni, dni, w które nie miał ochoty pójść na wykład. Dni, kiedy leczył kaca i wyłączał wszystkie budziki w domu. Stuart nieraz zastanawiał się, skąd przyjaciel zawsze wiedział, ile czasu należy zainwestować na przygotowanie się do egzaminów i jakim cudem skończył studia z wyróżnieniem.

„Jakie masz dalsze plany?”, zapytał Stuart po chwili. „Chętnie zostanę na razie u ciebie, dwa, trzy tygodnie, góra miesiąc. Oczywiście dołożę się do czynszu, nie przyjechałem bez pieniędzy. Na początek starczą. Ale nie martw się, postaram się w miarę szybko znaleźć pracę i mieszkanie. To mój kolejny punkt zero, nowy początek. Tyle ich w międzyczasie było, że przestałem liczyć. Szczerze mówiąc, cieszę się na nowe wyzwanie. Tym razem muszę sobie dać radę, od teraz wszystko jest na własny rachunek, bez kurateli rodziny. Tyle tylko, że nie mam już dwudziestu czterech lat, jak wtedy, kiedy tu wspólnie przyjechaliśmy”.

Stuart popatrzył na niego z zaskoczeniem. „Aż nie chce mi się wierzyć, że od tamtej pory minęło już dziesięć lat”, powiedział. Musimy to jakoś uczcić. Jak znajdziesz pracę, urządzimy imprezę z okazji dziesięciolecia projektu ‘Australia’”.

„Niedawno przypadkowo spotkałem na lotnisku w Ann”, dodał, patrząc przyjacielowi prosto w oczy. „Moja piękna, bezbłędna siostra na pewno niczego dobrego o mnie nie powiedziała”, odpowiedział Ian z wyraźną złością w głosie. „Spotkaliśmy się na lotnisku, każde z nas czekało na samolot, niewiele mi w ogóle zdążyła opowiedzieć”, odparł Stuart. „To już nie jest Ann, którą znałeś za starych, dobrych czasów w Londynie. Nie chce mi się wierzyć, że była kiedyś twoją dziewczyną. Pod wpływem męża bardzo się zmieniła, powoli staje się jego echem. Źle mi się robi od tego wiecznego „my”, „naszym zdaniem”. „Naszym”, czyli jego. Święty Michael jest niesamowicie dobrym adwokatem, wyjątkowo się sprawdził w wyrywaniu pieniędzy od mojej rodziny. Pod jego wpływem ojciec zmienił testament i zrobił ze mnie osobę częściowo ubezwłasnowolnioną. Przez ponad dwa lata nie mogłem zrobić kroku bez zgody ojca. Prawdopodobnie w testamencie nie ma już śladu po mnie. Dopiero niedawno, łaskawie, rada rodzinna przywróciła mi wszystkie prawa. Dzięki temu mogłem wyjechać. Czasami wydaje mi się, że od śmierci matki nie mam już rodziny. Dla ojca zresztą zawsze byłem ‘czarną owcą’, a Ann zrezygnowała ze mnie z przylepionym do twarzy uśmiechem i komentarzem: ‘Nie pasujesz już do nas’. Z tym swoim uśmiechem i wyglądem jest stworzona do życia w Stanach. Ojciec jest stary i chyba już nie bardzo wie, co robi, ale szwagier nie miał prawa wtrącać się w sprawy mojej rodziny. Dla mnie ten człowiek przestał istnieć”. W tonie głosu przyjaciela Stuart usłyszał morze nienawiści. Przez chwilę przeszła mu przez głowę myśl, że ta nienawiść jest w tej chwili dla Iana jedyną emocją, która go trzyma przy życiu. Myślał o tym, że nie zna rodziny, w której nie byłoby nieporozumień, zazdrości i wzajemnej niechęci… On sam nigdy nie rozumiał się ze starszą siostrą. Eve i on mówili innym językim, żyli w innych światach, różnili się pod każdym względem tak bardzo, że Stuart nieraz zastanawiał się nad tym, czy to możliwe, że mają tych samych rodziców.

W kilka dni później przyzwyczaił się do obecności Iana w swoim domu. Nie chciało mu się wyjeżdżać, ale obiecał Brianowi, że zaraz po rozpoczęciu wakacji odwiedzi go w Adelajdzie.

„Odpoczniemy od siebie przez tydzień”, oznajmił Ianowi przy wspólnym śniadaniu. „Nie ma od czego, od dawna nie było mi nigdzie lepiej, na twoim miejscu bałbym się, że zostanę tu na zawsze”, odpowiedział przyjaciel.

Podczas tygodniowego pobytu w Adelajdzie gospodarze prześcigali się w pomysłach atrakcyjnego spędzania wspólnego czasu. Odwiedzili Barossa Valley, pojechali na cały dzień na plażę w Glenelg i na półwysep Fleurieu. Patrząc na nieznane krajobrazy Południowej Australii, przypominające mu nieco Anglię, Stuart czuł, jak wraca do niego spokój. W miarę upływu czasu historia z Emmą oddalała się coraz bardziej i stawała się coraz większą bagatelą. Wieczory spędzali w trójkę, popijając wino na wielkim tarasie domu Phila, rozmawiali o planach na przyszłość. Brian popierał plan rzucenia pracy w szkole i życia z muzyki. Doradził jednak Stuartowi, żeby nie sprzedawał domu. „Dobuduj dodatkowe wejście i zrób dla siebie na parterze mieszkanie, resztę możesz wynająć. Albo odwrotnie, wynajmuj mieszkanie, a dom zostaw dla siebie. Musisz mieć jakiś kąt, do którego zawsze można wrócić. Chętnie ci pomogę przy przebudowie”.

Tymczasem przez ten tydzień w Sydney wiele się zmieniło. Ian był euforii. „Za tydzień zaczynam naprawdę nowe życie, udało mi się znaleźć pracę”, powiedział i z dumą dodał, „sam ją znalazłem, bez niczyjej pomocy”. „Co będziesz robił?” „Będę uczył księgowości w szkole zawodowej w Perth. Nawet się cieszę, że będe mieszkał w nowym mieście, miejscu, z którym nie wiążą się żadne wspomnień. Perth nie jest aż tak daleko, mam nadzieję, że będziesz mnie od czasu do czasu odwiedzał”.

Stuart poczuł żal na myśl o tym, że niedługo znowu będzie sam. Równocześnie przypomniał sobie, jak kilka dni temu zastał Iana siedzącego samotnie w pokoju gościnnym. Po raz pierwszy od przyjazdu do Sydney Ian patrzył na niego niewidzącym wzrokiem, wzrokiem osoby walczącej ze łzami. Wieczorem Ian podszedł do niego i poklepał go po ramieniu, tak jakby chciał go przeprosić za swoje zachowanie: „Byłem dzisiaj na cmentarzu, nigdy nie będę w stanie zrozumieć, dlaczego to musiało spotkać właśnie mnie”. Stuart przypomniał sobie niespodziewaną wizytę Toma z Ritą i małą Emily i zgaszony wzrok przyjaciela na widok dziecka.

Po wyjściu gości zaczął pisać piosenkę dla przyjaciela. Siedział przed kartką papieru i po raz pierwszy od dawna miał uczucie, że słowa i melodia same go znalazły. Wraz z nowym etapem w życiu Iana, coś zmieniło się i w jego życiu, zniknęła blokada, która nie pozwalała mu napisać niczego przez ostatnie tygodnie.

W przeddzień odlotu Iana do Perth poszli na ostatnią wspólną kolację. Ian wręczył mu do ręki kopertę z pieniędzmi „To za koszty mojego pobytu”. „Nie trzeba”, odpowiedział Stuart, zdając sobie w tym samym momencie sprawę z tego, że przyjaciel w przestał być czarną owcą, żyjącą kosztem innych. Wziął do ręki kopertę z pieniędzmi, wiedząc, że w ten sposób pokaże respekt temu nowemu, zmienionemu Ianowi. „Perth nie jest aż tak daleko”, pomyślał patrząc na Iana z wdzięcznością.

Cdn.

Reklamy
Opublikowano Joanna Trümner | Otagowano | Dodaj komentarz

Szopa w salonie 28

Łukasz Szopa

Świat, a tym samym i społeczeństwo, ale i nauka pełne są uprzedzeń dotyczących kobiet. Oczywiście, też uprzedzeń pozytywnych.

Jak na przykład teza, że „dobrze byłoby w polityce mieć więcej kobiet – byłoby mniej przemocy, agresji i wojen“ (bo niby kobiety mają w sobie taki miły, pokojowy „gen matczyny“ i są bardziej „ciepłe“ i solidarne).

Cóż, nie wiem co na to powiedzą osoby, które przeżyły – bliżej lub mniej bliżej – czas rządów Margaret Thatcher. Albo co cejlońscy Tamilowie powiedzieli by o Indirze Gandhi. Historycy nie zapomnieli o Katarzynie Wielkiej czy Marii Teresie, a legendy wspominają o całkiem „niepokojowych“ Amazonkach. Wreszcie sama Pallas Athena to bogini… owszem, mądrości – ale również strategii i walki.

Osobiście swego czasu mieszkając w Bośni, w zniszczonym i podzielonym bratobójczą kilkuletnią wojną domową („miastową“) Chorwatów i Bośniaków, miałem w głowie tą właśnie tezę – i jakoś tak wyszło, że skonfrontowałem z nią panią sprzedającą mi hotdoga w budce z fastfoodem. Gdy usłyszała moje nieśmiałe zdanie, że „właśnie teraz, tuż po wojnie, kobiety bardziej niż mężczyźni – nauczeni przez politykę i front nienawiści i agresji – mogą spełnić bardzo ważną rolę w pokoju, a nawet w pojednaniu…“ Spojrzała na mnie, jakbym zaproponował jej seks za ladą przy równoczesnym podpaleniem całej budki do muzyki Stravinskiego. Po czym opanowując się, ale głosem bardzo żelaznej damy odparła, że nie mam pojęcia, jakie są kobiety. Że kobieta – szczególnie, gdy ma na froncie albo straciła męża, synów, brata – potrafi nienawidzić dużo silniej niż jakikolwiek „wojujący“ facet. Nie mówiąc o tym, że kobiecie dużo trudniej przychodzi zapomnieć. Odszedłem z krótkim „Do vidjena“ z moim hot-dogiem, zawstydzony i rozczarowany.

Są również – całkiem współczesne – teorie, pokazujące empirycznie, że gdyby było więcej kobiet w zarządzaniu ministerstw i firm, na giełdach, w bankach itp. – to nie doszłoby do kryzysu finansowego w 2007/2008, bo kobiety działają mniej ryzykownie, bardziej „ostrożnie“, bardziej liczy się dla nich „wróbel w garści“ niż „gołąb na dachu“. No i tam takie o „nadambitnych macho na testosteronie“, których jest za dużo tam, gdzie podejmuje się ważne decyzje i liczą się pieniądze.

Zgadzam się, dobrze byłoby mieć więcej kobiet w „top-menadżmencie“, na ławkach trenerskich czy jako przewodników wypraw himalaistycznych. Dobrze dla ogółu, ale i dobrze dla samych kobiet.

Ale… ale natrafiłem na ciekawy artykuł, też w sumie statystyka, jednak inaczej podchodząca do sprawy, czy kobiety rzeczywiście są mniej łacne na ryzyko, czy myślą i działają ostrożniej i „solidarniej“, czy są mniej ambitne, egoistyczne i podatne na gotujące się hormony niż panowie.

Otóż autorzy tego opracowania (przepraszam za brak linku czy notki, ale gazeta przed weekendem powędrowała na makulaturę pod domem…) nie przeczą temu co wyżej, że kobiety przeciętnie, gdy są u szczebli władzy i pieniądza, zachowują się „pasywnie“ i że w miksie z przeciętnie inaczej zachowującymi się samcami – daje to lepsze rezultaty niż zarządzanie „monokulturowe“.

Zbadano jednak powód, skąd się tak bierze. Czy to rzeczywiście jakiś „żeński“, „matczyny“ gen? A gdzie tam!!!

Okazuje się, że dużo większy wpływ niż inne czynniki w działaniu kobiety (wiek, kręg kulturowy, pochodzenie, no i sama płeć) ma… wychowanie i otoczenie kulturowo-socjalne w okresie dorastania (a i wcześniej, czyli od przedszkola). Czyli czynniki, które współdecydują – i to mocno! – o tym, czy kobieta będzie samodzielna („decyzyjna“), odważna (w tym – ryzykowna), krytyczna i samokrytyczna (czasem za bardzo), otwarta i komunikatywna, czy też zamknięta i sceptyczna (też do siebie samej, ale i innych) i tak dalej. Testy zachowania kobiet porównywano do ich edukacji i otoczenia z dzieciństwa i młodości.

I cóż się okazuje? Że kobiety wychowane w szkołach bardziej liberalnych i nowoczesnych, były dużo bardziej „ryzykowne“ i „ambitne“ (czyli „facetowate“) w działaniu, niż panie z edukacją w szkołach czy rodzinach tradycyjnych czy konserwatywnych. Podobnie, co ciekawe, dużo bardziej „z jajami“ były te, które odbyły edukację w szkołach tylko żeńskich, niż w mieszanych – co interpretowano nie tyle uciskaniem dziewczynek przez chłopaków, co… wpływem grona pedagogicznego („Chłopakowi więcej wolno, a dziewczynka powinna się zachowywać!“)
Wreszcie takie porównanie, że kobiety żyjące w dzieciństwie z siostrą bliźniaczką, podobnie jak jedynaczki – miały potem jako dorosłe mniej kompleksów i dużo silniejszą – i „naturalną“ – siłę przebicia.

Wniosek mój jest taki, że wcale nie byłoby więc lepiej, gdybyśmy mieli więcej kobiet w globalnych spółkach, na giełdach, czy w korporacjach finansowych. Powinniśmy mieć… mniej mężczyzn! Czyli w sumie w ogóle mniej ludzi – gdyż wychodzi na to, że homo sapiens, damski czy męski, jednak zachowuje się w swym poczuciu wolności aż za często ryzykownie, emocjonalnie, słowem – irracjonalnie. Jeśli mógł się rozwijać w sprzyjającym wolności i samodzielnym myśleniu środowisku. Czego jednak – takiego wychowania i dorastania i edukacji – życzę zarówno kobietom, ale i mężczyznom, gdyż życie „pozapieniężne“ oferuje nam wiele pięknych okazji, by wyżywać nasze emocje, chęć ryzyka i irracjonalność!

Opublikowano Łukasz Szopa | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Barataria 69 Turumba de la fruta

Ewa Maria Slaska

Kartki z książki na ulicy

Które to już kartki, które znajduję na ulicy i z których wyplecie się cała opowieść? W mojej dzielnicy ludziom nie wystarczy, że można książkę odłożyć na półkę, albo, skoro nie chce się jej więcej czytać, na klatkę schodową czy na ławkę w parku, żeby zabrał ją sobie ktoś inny. W mojej dzielnicy trzeba książkę rozerwać na kartki, a często jeszcze kartki na strzępy. W mojej dzielnicy bardzo często mi się zdarza, że znajduję na ulicy kartki książki, a potem dociekam, co to za książka. Jak tu, i tu, i tu:

Verdammt starke Liebe Die Stadt hinter dem Strom Andorra

Tym razem kartki leżą nieopodal domu, ale wieczorem znajdę nawet dwie stroniczki na naszym podwórku, a następnego dnia jeszcze dwie przy wejściu do stacji metra. Nie zebrałam wszystkich, wczoraj nie miałam czasu, dziś siły, ale mam ich dość, żeby zacząć się dziwić, że nie podniosłam żadnej, na której na dole, drobniutkim drukiem, znalazłby się autor i tytuł książki.

Na razie wiem więc tylko, że ktoś podarł jakiegoś paperbacka po hiszpańsku i rozsiał kartki wokół mojego domu. Jakby zrobił to dla mnie, jakby chciał mnie wystawić na próbę, sprawdzić, czy i jak szybko odkryję, co to za powieść i jak się wiąże z Baratarią? Bo jakoś przecież musi się wiązać, nikt nie zadałby sobie tyle trudu na darmo…

Oglądam pogięte, pożółkłe stroniczki. Muszę zadecydować, które słowa wybiorę, aby zadać google’owi pytanie, co to jest i kto to napisał? Widzę, że jest Mozart i Piąta Beethovena. Są Adam i Ewa w raju. Jest Salieri. Szylingi i jakiś niemiecki bohater, Mollenhauer, który mówi do kogoś po niemiecku „Kopf hoch” – głowa do góry, i ktoś, kogo trzeba tytułować Señor Franck. Jerónimo Franck. Pamiętajmy, że nie znam hiszpańskiego, choć powoli sama się temu dziwię, bo przeglądając kartki, widzę, że bardzo dużo rozumiem.

Nie znam języka i mam tylko dziewięć kartek z książki. Decyduję się na tytuł poematu ze strony 145: Turumba de la fruta…

Turumba de la fruta… Pamięć podsuwa zapomnianą potrawę – tymbalik z owocami. Deser, który chciałam zamówić, gdy mój ojciec po raz pierwszy zabrał mnie restauracji. Była to chyba najważniejsza, a być może i najdroższa, restauracja w Gdańsku – Orbis – naprzeciwko dworca. Miałam 15 lat. Tymbalik był w karcie dań, ale naprawdę go nie było. Były zamierzchłe czasy Komuny, wczesne lata 60. To był powszechny zwyczaj. Jerzy Wittlin proponował grę towarzyską „Jadłospisy”. Przygotowujemy niezwykle orygnalne karty dań, pełne nadzwyczajnych potraw. Wygrywa ten, kto zamówi bigos.

Wydaje mi się, że Turumba de la fruta może być czymś w rodzaju trąby owocowej. Ale czy ja wiem. Trąba turumba.

Wpisuję do google’a słowa Turumba de la fruta… Znajduję książkę natychmiast, jeszcze zanim się dowiem, czy turumba to trąba i jak wygląda?

Antonio Skármeta, La boda del poeta. Wesele poety?

I wciąż jeszcze zanim zobaczę, jak wygląda ów deser owocowy, wiem, że znalazłam Baratarię:

Funny, fascinating, ironic, dramatic and unusual novel...

Jerónimo Franck, an Austrian wealthy Bohemian with a nickname „the Poet”, leave his country and settles in the fictitious island of Gema, located in the Adriatic Sea. He reopens a store which was built by Stamos Marikanis, a local merchant…
Jeronimo proposes to Alia Emar, the most beautiful and charming girl on the island,whom he adores, the wedding is planned, but the couple doesn’t participate in the joy and cheerfulness that all the people of the island have…
Alia has an affair with Esteban Coppeta only couple of hours before the wedding…
Jeronimo is terribly worried from the Tragic Legend and curse of the island, he was afraid that Alia would die on her wedding night as Marta, the bride of Stamos died….

This novel convey the world war in a sarcastic way…. and reveals some of the details about the immigration of the Europeans to Chile…

«Un brillante dardo al blanco de nuestra más inmediata contemporaneidad, lleno de humor y ese criterio de la gravedad que exigen las mejores parodias.»

J.E. Ayala-Dip, Babelia, El País.

Jerónimo Frank, un rico banquero austríaco, lo abandona todo y se instala en una pequeña isla del Adriático, donde reabre el gran almacén «El Europeo». Pronto se concierta su matrimonio con la bella joven Alia Emar. La boda se prevé espectacular. Sin embargo, en el ánimo de Jerónimo pesa la tráfica leyenda del antiguo propietario del almacen y su joven esposa. En el caso de Alia es el amor de Esteban Coppeta, descendiente de un héroe de la isla, lo que la desconcierta. Una historia de amor legendario en clave de intriga y humor, una mirada inteligente y satírica sobre la Europa de preguerra, pero también la crónica de una estirpe de emigrantes que llegará a Chile a principios de siglo, con sus sueños, sus mezquindades y su pasado a cuestas.

Historia przypomina zatem jedną z opowieści o piratach z Karaibów… Tę, w której Johnny Depp wyciągnie końmi kościół z wioski… Na razie jednak lekceważę ten wątek. Myślę, że ta książka zajmie nas na dłużej, będzie czas na wszystko. Zacznijmy zatem od początku czyli od pierwszej jej strony. Opis wyspy Gema.

Popyt na wino z wysp Gema trwał aż do austriackiego traktatu handlowego z Włochami (1891), który ustanowił tzw. Klauzulę Win. Dzięki tej umowie Włochy mogły wwozić wino na terytoria austriackie na preferencyjnych warunkach. To natychmiast odbiło się echem na rynku, a ceny spadły, przez co znacząco spadł i eskport. Zniknął bodziec do zakładania nowych winnic. Już wyprodukowane wino zostało skonsumowane prawie wyłącznie na miejscu, a i tak pozostała duża nadwyżka. Statki, bez innych źródeł dochodów, nie wypływały z portów. Nieszczęść dopełniła filoksera, która zaatakowała winnice w roku 1894 i stopniowo je unicestwiła.
Chłopi z Gemy, po większej części winiarze, ponieśli wielkie straty. Zwrócili się o pomoc do zamożnych kupców i wielkich właścicieli ziemskich. Nieliczne produkty, jakie jeszcze produkowały ich gospodarstwa, sprzedawały się po niskich cenach, a od pożyczek płacili wysokie odsetki. Lichwa jeszcze bardziej zubożyła drobnych producentów. Ich ziemia nie nadawała się pod inne uprawy, sytuacja zmusiła ich więc do emigracji. Tak oto mieszkańcy Gemy, którzy wcześniej dawali pracę innym, musieli teraz wyjechać w poszukiwaniu pracy do odległych i dziwnych krajów.

Antun Domic: Breve Historia de la Isla de Brac

Czytam to i myślę o utopijnej opowieści Silvio Gesella o tym, jak rozwinęła się, a potem upadła gospodarka odizolowanej od reszty świata wyspy Baratarii. Brac to chorwacka wyspa, Antonio Skármeta jest chilijskim pisarzem, potomkiem chorwackich emigrantów z wyspy Brac. Niewykluczone, że Gema to po prostu Brac… Okaże się. Urodzony w roku 1940 Skármeta, syn uciekinierów politycznych, w roku 1973, po puczu w Chile, sam stanie się uciekinierem politycznym i zamieszka w… Berlinie. Krąg się zamknął. Przyjechałam do Berlina w roku 1985, Skármeta wyjechał stąd w roku 1989.

Mogliśmy się spotkać. Kto wie, może naprawdę się spotkaliśmy…

Wrócił do Berlina w roku 2000 jako ambasador Chile…

Jego najsłynniejsza powieść posłużyła jako kanwa filmu Listonosz o chilijskim poecie na wygnaniu, Pablo Nerudzie…

OK, Turumba to nie trąba, to słowo filipińskie, pochodzące z języka Tagalog, oznaczające drżeć ze szczęścia. Jest firma Turumba, produkująca przecier owocowy. Był film dokumentalny Turumba, o filipińskiej rodzinie produkującej zabawki z masy papierowej, i jest Matka Boska Bolesna z Turumby, ale o tym wszystkim opowiem wam następnym razem… Już zamówiłam sobie tę książkę, już nawet w międzyczasie dostałam mailem potwierdzenie, że została wysłana…

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Orient powszedni IV

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Jak rzekła Viatorka na zakończenie poprzedniego odcinka? Czas ruszać w drogę, bo do zachodu słońca jeszcze daleko. Prawdę mówiąc, już nie tak daleko. Ale do odwiedzenia jeszcze sporo, dlatego faktycznie – w drogę!

Tę wizytę wymarzył sobie Viator i zaplanował już dawno. Wiele lat temu. Tylko okazji jakoś dotąd nie było. Teraz jest.

Kilka lat temu, pisząc o swych wędrówkach po Łużycach, Pielgrzym zauważył, że na pewnym obszarze, poprzez zmiany granic, historia wykroiła, brutalnie ale precyzyjnie, coś w rodzaju preparatu mikroskopowego. Idealny dla badaczy kultury i dziejów. Tam i wtedy chodziło Viatorowi o leżące blisko siebie, w odległości około 20 kilometrów, trzy miasta – różnego pochodzenia, innej specyfiki oraz prezentujące odmienne typy organizacji przestrzennej. Tutaj i teraz Wędrowiec widzi analogiczną sytuację: ciekawe, czy ktoś oprócz niego dostrzegł już ten podlaski preparat mikroskopowy. Dla badaczy przenikania wyznań – wprost wymarzony.

Trzy miejscowości nad granicznym Bugiem, odległe od siebie o niespełna 15 kilometrów. Trzy odsłony chrześcijaństwa. Kiedyś Viator pasjonował się tą tematyką, do ciągłego jej zgłębiania nakręcając się nawzajem z pewnym dobrym znajomym. Ten, niegdyś świetnie zapowiadający się, młody człowiek jest dziś Świętym Starcem z Piétrebais. Zapewne przeczyta ten tekst. Może pokusi się o jakiś komentarz, bodaj krytyczny? Wszak jest wytrawnym znawcą zagadnienia oraz miłośnikiem wschodniego rytu. Sprawiłby Pielgrzymowi wielką przyjemność…

Preparat jest mikroskopowy i badawczy, przeto Viator nie potrafi się powstrzymać od profesorkowatego zadęcia. Czasem można. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!

Odsłona pierwsza: Jabłeczna, czyli twarde prawosławie.

Dla Wędrowca, tak jak i dla innych mieszkańców Łużyc, obrządek wschodni to egzotyka. No, może nie tak do końca: jednym ze skutków Akcji „Wisła” jest fakt, że w promieniu 50 – 70 kilometrów od domostwa Viatora można spotkać kilka cerkwi, tak prawosławnych, jak greckokatolickich: Szprotawa, Przemków (stolica Łemków, jak mówią), Zielona Góra, Buczyna… To daje nawet niezwykły efekt, gdy poluterańska, neogotycka kircha z czerwonej cegły pyszni się cebulastą, złotą kopuła, jaką ją zwieńczono na potrzeby nowego kultu. Ale mimo wszystko takie miejsca tam, na Zachodzie, są rzadkością. Tutaj, na Podlasiu, cerkwie stanowią powszedni element krajobrazu. Ale dla Viatora pozostają egzotyczne. Zaś jedna z nich, ta w Jabłecznej, jest po wielokroć egzotyczna. Już brama wjazdowa na teren obiektu świadczy o tym, że wkraczamy do innego świata.

Cerkiew, a właściwie monaster (czyli klasztor wraz z świątynią) św. Onufrego. Powstał w XV wieku. Jego wyjątkowość polega na tym, że jest jedynym męskim klasztorem prawosławnym na terenie współczesnej Polski, który od momentu założenia funkcjonuje nieprzerwanie po dziś dzień. Przetrwał zabory (to akurat naturalne: nowi władcy, czyli Rosjanie, wspierali wręcz jego działalność), przetrzymał okres niezbyt przychylnej dla prawosławia (co też jest ostatecznie zrozumiałe) II Rzeczypospolitej, wyszedł obronną ręką (mimo zniszczeń) z zawieruchy Wielkiej Wojny i oparł się władzom PRL-u (nawet w czasie stalinowskiej nocy!). Dziś, dla swych zasług, dumnie nosi miano monasteru stauropigialnego, czyli podlegającego bezpośrednio jurysdykcji samego Metropolity Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego (może Święty Starzec z Piétrebais coś tutaj doda od siebie).

Zabudowania klasztorne i cerkiewne nie są aż tak stare, jak dzieje monasteru – pochodzą z XIX wieku. Ale i tak robią wrażenie – właśnie swą egzotyką. Viator jest świadom, iż nieco nadużywa tego określenia, ale nie potrafi znaleźć trafniejszego. Zresztą, proszę tyko spojrzeć:

W cerkwi trwa nabożeństwo. Ikonostas, bogate szaty celebransa, dym kadzidła, transowy śpiew, świece. Mnóstwo świec. Wejść można, ale fotografowanie jest zabronione. Toteż muszą Czytelnicy zadowolić się ujęciami wykonanymi na zewnątrz. A szkoda! Niezwykła jest bowiem Boska Liturgia, a ryt wschodni – bogaty i wyrazisty. Ma uobecniać wśród wiernych Niebiosa, tak jak je sobie ortodoksi wyobrażają. I Miasto Święte – Jeruzalem Nowe ujrzałem, zstępujące z nieba od Boga, przystrojone jak oblubienica zdobna w klejnoty dla swego męża. Dla Najwyższego to, co najgodniejsze, najcenniejsze, najbardziej wzniosłe. Jak to sobie przedstawić? Cóż na ziemi było dla wschodniego chrześcijanina najgodniejsze, najbardziej wzniosłe? Czyż nie pałac Basileusa w Bizancjum i dworski rytuał? Czy nie tak musi wyglądać Niebo? Czy nie to wpłynęło na kształt Boskiej Liturgii? Viator nie jest tego pewien, tak sobie jedynie domniemywa. Ale Święty Starzec z Piétrebais na pewno wie. Tylko, czy się swą wiedzą zechce podzielić?

Bez cienia protekcjonalizmu pragnie Wędrowiec dodać, że rozumie i szanuje takie wizje eschatologiczne, choć kompletnie ich nie podziela. Dla niego Niebo może być jedynie sosnowym lasem, gdzie wraz z Viatorką i wszystkimi swoimi pieskami, które już przebiegły i jeszcze przebiegną po Tęczowym Moście, przez całą wieczność będzie się przechadzał, a wieczory wieczności w tymże gronie wraz z Bogiem spędzał będzie na pogawędce i piciu wina przy kominku. Jeśli ma być inaczej, to Viator nie reflektuje…

Eeech, czas ruszać dalej.

Odsłona druga: Kodeń, czyli katolicyzm tryumfujący.

Ziemia ta, jak już wielokrotnie wspomniano, jest na rozmaite sposoby pograniczna. Chrześcijański Wschód z Zachodem się tu ciągle miesza. Taki Kodeń na przykład. Stoi w nim cerkiew, ale nie ona jest tutaj najważniejsza.

W XV wieku miasto stało się własnością Sapiehów. Ród ten, rusińskiej, a więc prawosławnej proweniencji, skatolicyzował się i z neoficką gorliwością wprowadzał łaciński obrządek w swoich włościach. Mikołaj Sapieha Piusem (czyli Pobożnym) zwany, wybudował w Kodniu renesansową świątynię i umieścił w niej obraz Matki Bożej Gregoriańskiej, którą wykradł był z prywatnej kaplicy papieża Urbana VIII podczas swej pielgrzymki do Rzymu. Został za to nawet ekskomunikowany, ale ostatecznie wszystko dobrze się skończyło. Zaś wizerunek maryjny, zwany odtąd Matką Bożą Kodeńską, zaczął przyciągać liczne pielgrzymki. Świątynia zaś zyskała rangę sanktuarium i wzbogaciła się o barokową, potężną fasadę. Taką kontrreformacyjną, nieprawdaż?

I stan ten (z przerwą na czasy zaborów, gdy kościół oddano prawosławnym; nie dziwota, że po odzyskaniu przez Polskę niepodległości nie byli oni tutaj zbyt lubiani) trwa po dziś dzień. Kodeń to jedno z największych centrów pielgrzymkowych. Gdy Viator wszedł do wnętrza świątyni, modliła się w niej akurat pielgrzymka zakonnic. Jakich konkretnie? Diabli… przepraszam!: anieli wiedzą. Trochę niezręcznie było robić zdjęcia. A jeszcze mniej zręcznie byłoby uwiecznić siostrzyczki, gdy już wyszły na zewnątrz: wesoła gromada, gitary. Ale cóż – nie wypada. Ruszamy w dalszą drogę.

Odsłona trzecia: Kostomłoty, czyli syzyfowe dzieło godzenia.

Każdy chyba słyszał to i owo na temat Unii Brzeskiej (nie mylić z Lubelską!), czyli próby zjednoczenia katolicyzmu z prawosławiem. Stało się to w Brześciu Litewskim w roku 1596, a polegało na tym, że spora część ortodoksów zamieszkujących Rzeczpospolitą przyjęła zwierzchność papieża, pozostając przy wschodnim obrządku, liturgii, prawie kanonicznym i kalendarzu. Różnice doktrynalne nie były znaczące, no, może poza sławetnym Filioque i kilkoma innymi drobiazgami, ale tutaj to już naprawdę Święty Starzec z Piétrebais musi zabrać głos!

I trwał kościół unicki, raz w lepszej, raz w gorszej formie, ale bez przeszkód, aż do rozbiorów. Imperium Carskie, widząc w tym sposób skutecznej rusyfikacji, systematycznie i konsekwentnie likwidowało Unię, zmuszając wiernych do powrotu na łono prawosławia. Na Ziemiach Zabranych zniesiono ją ostatecznie do roku 1839. Uchowała się jedynie diecezja chełmska na terenie Kongresówki. Jednak i ona została zlikwidowana w roku 1875, na fali represji po Powstaniu Styczniowym. Nie obeszło się bez ofiar, których symbolem jest męczeństwo trzynastu unitów z Pratulina.

A w Kostomłotach stoi sobie, jakby nigdy nic, świątynia unicka. Skąd? Jak? Ano, jest to cerkiew neounicka. Czytał to i owo Viator na ten temat, ale jakoś nie mógł złapać tej specyfiki, różnicy. Tym razem się udało. Proboszcz – rzymski katolik, jak sam podkreślił, ale birytualista – z wyglądu (zażywny, z długą rozłożystą brodą) i z zachowania (ta serdeczność, wylewność niemal) wypisz-wymaluj Batiuszka, wyjaśnił rzecz Wędrowcowi zwięźle i klarownie. To ta sama – mówił – unia. Pod rosyjskim zaborem zlikwidowano ją, za to mogła bez przeszkód działać w państwie Habsburgów. I działała, tylko, że tam nabrała zdecydowanie ukraińskiego charakteru, co niekoniecznie wszystkim Rusinom było w smak. Nazwali się Cerkwią Greckokatolicką, liturgię sprawują po ukraińsku. A wy? – pyta Viator. W języku staro-cerkiewno-słowiańskim, tak jak dawniej było w całym Kościele Unickim. Gdy odrodziła się Polska, zaczęto zabiegać o odnowienie Unii zniszczonej na terenach zaboru rosyjskiego – opowiada dalej Batiuszka – nie bez sukcesów. Powstało 46 parafii, działało seminarium kształcące kapłanów. Wszystko skończyło się wraz z wojną i zmianą granic.

Faktycznie, dziś cerkiew Świętego Nikity Męczennika w Kostomłotach to siedziba jedynej neounickiej parafii na świecie!

Zakazu fotografowania nie było. Przeciwnie, sympatyczny Batiuszka wręcz zachęcał do robienia zdjęć. Dlatego mogą Czytelnicy podziwiać świątynię wewnątrz i zewnątrz.

Przy wejściu na plebanię wisi ikona przedstawiająca trzynastu męczenników z Pratulina. Nie ma rady, trzeba się tam będzie wybrać, do tego Pratulina!

Ale dopiero jutro. Robi się ciemno, trzeba zatroszczyć się o jakiś nocleg. Już prawie dziewiąta wieczorem. Nie ma czasu do stracenia.

Viatorka

Pięknie, w swym niepowtarzalnym, barokowym stylu, opisał Viator trzy ostatnie przystanki podróży owego strasznie długiego dnia (pomyśleć, że zaczął się we Włodawie i Sobiborze). Pozostało więc Viatorce dorzucić tylko kilka własnych wrażeń.

Jabłeczna. Dotarliśmy tu o osiemnastej, ale smartfon Viatorki uparcie informował ją, iż znajdujemy się na Białorusi i jest już dziewiętnasta. A jak chcemy korzystać z telefonu albo z internetu, to musimy dodatkowo słono zapłacić. Faktycznie, kilkadziesiąt metrów za monasterem płynie Bug, a na drugim jego brzegu jest już Białoruś. No, ale jak dyskutować z siecią, że my przecież Ojczyzny bynajmniej jeszcze nie opuściliśmy?

Pierwsze, co w Jabłecznej rzuciło się Viatorce w oczy, a czego (o dziwo), zmęczony już chyba podróżą Viator nie zauważył, to wielki, rozłożysty dąb, obwieszony ikonkami, krzyżykami i czotkami (czyli czymś w rodzaju prawosławnego różańca, takiego bardziej jezusowego niż maryjnego). To drzewo wotywne, na którym swe dary w intencji wysłuchania modlitw, albo już wdzięczni za ich wysłuchanie, pozostawiają pielgrzymi.

Z wizyty w Kodniu najlepiej zapamiętała Viatorka budowlę z czerwonej cegły. Z daleka wyglądała zupełnie jak ruiny gotyckiego kościoła w Trzęsaczu, który kojarzy się Viatorce, rodowitej Pomorzance Zachodniej, z dzieciństwem i wczesną młodością spędzonymi nad Bałtykiem i którego historia zawsze pobudzała jej wyobraźnię.

Nie były to jednak żadne ruiny, tym bardziej nie gotyckie, ale powstała na początku XIX wieku Brama Unicka, pełniąca funkcję dzwonnicy. Niegdyś prowadziła do nieistniejącej już dziś unickiej cerkwi św. Michała Archanioła, która została spalona około 1875 roku w wyniku represji carskich. Brama przetrwała, a za nią dziś jest tylko pusty plac.

Kiedy Viator w Kostomłotach ucinał sobie pogawędkę z księdzem proboszczem Batiuszką, zaczynało już zachodzić słońce. Wyjechaliśmy więc spiesznie, kierując się do wzdłuż Bugu do Terespola i podziwiając po drodze sielskie krajobrazy oraz zachód słońca.

Gdy dotarliśmy do Terespola, zapadał już zmrok. Ach, jaka szkoda, że nie można było po prostu przejechać przez most tylko z dowodem osobistym i odwiedzić tak dobrze znany z lekcji historii i powieści historycznych Brześć! Przez dłuższą chwilę miał Viator jeszcze nadzieje, że chociaż zobaczymy znajdujące się w Terespolu prochownie twierdzy brzeskiej, ale niestety, było na to stanowczo za późno, wszystko dawno pozamykane.

Noc. Najwyższy czas znaleźć kwaterę. Viatorstwo – jak przystało na wolnych ludzi, nie chciało się wiązać wcześniejszymi rezerwacjami… Jednak, jak się okazało, znaleźć w romantycznej, podlaskiej krainie o tej porze nocleg, to nie taka prosta sprawa. Smartfon uporczywie trzyma się sieci białoruskiej, choć przecież od granicy coraz dalej. Postanawiamy jechać – może do Janowa Podlaskiego – fajnie byłoby przenocować koło słynnej stadniny. Tylko, że drogi, jakkolwiek urocze, słabo są oznakowane, a na dworze już całkiem ciemno. Zrobiła się dwudziesta pierwsza. Kierunkowskaz na Janów – owszem jest, ale wskazuje na jakąś wąską dróżkę, która wygląda na rowerową. W końcu smartfony, na których śledzimy mapę i poszukujemy hotelu, zaczynają się rozładowywać. No nic, jedziemy przed siebie – gdzieś musi być jakaś cywilizacja!

No i dojechaliśmy… znowu do Białej Podlaskiej! Ale w końcu to takie sympatyczne miasto i bez problemu znaleźliśmy w nim porządny nocleg, w sam raz, żeby wypocząć po tak forsownym dniu. Rano jedziemy dalej.

Opublikowano Agnieszka Fetzka, Tomasz Fetzki | Otagowano , , | 1 komentarz

Reblog: Willa z fortepianem

Znalezione w internecie przez Andrzeja Rejmana

W dzielnicy Ursus, niedaleko skrzyżowania Alej Jerozolimskich z ulicą Ryżową stoi niewielka willa. Z ulicy ledwo ją widać spośród rozbuchanej zieleni. Jednak jeśli wejść w boczną drogę i zajść dom od tyłu, oczom ukaże się ciekawy architektonicznie modernistyczny budynek. Niewiele wiemy o tym domu. Powstał prawdopodobnie w latach 30 XX wieku. Od ok. 2015 roku stoi opuszczony i niszczeje. Naszej dobrej znajomej Laurze Styczeń udało się dostać do środka willi. Znalazła tam istne cuda – wspaniały przedwojenny fortepian wyprodukowany przez warszawską firmę, liczne stare zdjęcia, dokumenty przedwojenne i z czasów okupacji oraz wiele innych przedmiotów o niewątpliwej wartości muzealnej. Ktokolwiek tam mieszkał, musiał być niezwykle interesującym człowiekiem i dbał o swoją przeszłość i dziedzictwo. Niestety dowiedzieliśmy się, że willa, która była wpisana do Gminnej Ewidencji Zabytków, została niedawno z niej wyłączona. Jaki los ją czeka?

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Jagielski

Tibor Jagielski

Zeichnungen und Gedichte

Ungarische Metamorphosen

Im Frühling explodiere ich wie ein Kirschbaum
Und beherrscht vom Rhythmus fließe ich
Wie ein Blütengewitter
Ins fruchtbare Tal
Wo Stierblut dämmert im Krug
Und auf schwarzen Tellern
Warten Käse und Brot.

Erde
Meine Mutter
Ich komme zurück!
Doch lass jetzt mein Herz
Ein Vogel sein
Im Himmel.

III MMI

Ich bin ein Gedicht

Ich bin ein Gedicht
Aber niemand liest mich außer dir
So viele Gedichte
Jung und alt
Wandern durch die Zeit

Meine letzte Strophe hat noch nicht angefangen
Und weil du dich gerade in der Mitte befindest
Singe ich und tanze
Es ist Zeit der Freude

Doch ich weiß jedes Gedicht hat sein Ende
Schade
Du liest gerade meine letzte Zeile

T.J. 1992

gleisbett

muede
am samstagvormittag
nebligtrueb
moechte ich an der stelle einschlafen
ins bett
wiederfallen

——————————————————————

Am Samstagvormittag musste der U-Bahnverkehr der Linie U8 zwischen der Bernauer Straße und dem Kottbusser Tor unterbrochen werden.
Grund war ein Feuerwehreinsatz.  Wie ein Pressesprecher der Feuerwehr erklärte, wurden
Einsatzkräfte gegen 9.27 Uhr alarmiert,
weil sich eine Person im Gleisbett am U-Bahnhof Jannowitzbrücke befand.
Nach Angaben der Polizei hatte sie geschlafen.

Opublikowano Tibor Jagielski | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wiśniewski (Reblog z FB)

Radosław Wiśniewski

Zimą napisałem tekst. Miałem poczucie, że jest ważniejszy ode mnie i wszystkiego, co napisałem od lat. Długo szukał sobie miejsca na papierze, w sieci, gdziekolwiek. Sporo osób mówiło po lekturze, że warty jest publikacji, ale jakoś się nie mieścił to w tym to w tamtym formacie. Nie mnie sądzić dlaczego. Ale oto od kilku dni jest, ktoś dał mu miejsce i przestrzeń. Tekst, dodajmy, na tyle dla mnie i paru osób ważny, że założyliśmy nieformalny projekt „Laboratorium Empatii”, na razie tylko na FB (znajdziecie bez trudu).

A tekst idzie bez mała taką ścieżynką:

„[…]
Próbujesz opowiadać o zaangażowaniu poprzez zaprzeczenia, apofatycznie, na przykład, że daleko ci do „Krytyki Politycznej”, ale równie daleko do Wencla, a zarazem nie znaczy to, że interesuje ciebie wyłącznie prywatność albo wyłącznie historyczność. I właśnie od tego napięcia pomiędzy prywatnością, pojedynczością a historycznością trzeba zacząć rekonstrukcję twojego zaangażowania. Bo przecież to, co nie pozwala tobie stanąć ani po lewej i ani po prawej stronie, to wiara oraz ufność jaką pokładasz w jednostce. Dla ciebie nigdy nie ma i nie będzie sześciu, siedmiu, ośmiu milionów – jest osobowa pojedynczość i przemnożenie jej przez dowolna liczbę jej nie unieważnia. Nie ma zatem żadnego zastosowania zdanie, że system był dobry, tylko nie uwzględniał człowieka i tego że jest osoba obdarzona godnością, wolnością wyboru i sumienia. Taki system nie miał i nie ma racji bytu. Żaden system, który opowiada, że tylko odsuniemy, tę lub inną, mniejszość, która nam koła w szprychy postępu sadzi, a już, już jutrzenka wyzwolenia mas, narodu, rasy zabłyśnie nigdy nie zdobędzie twojego zaufania. To zapowiedź krwawych baśni eksterminacji, a do nich czujesz odrazę. Tę, która podpowiada gesty, za które można oberwać. I to całkiem na serio. Tak jak powiedziałem – z lewa i prawa lub z obu stron na raz – bez różnicy.

Spoiwem, które pozwala łączyć prywatność z historycznością jest empatia, czyli współodczuwanie, czasem sprowadzone tylko do próby wyobraźni. I nawet jeżeli jest to tylko wyobrażone współodczuwanie to ma fundament, który trudno podważyć. Każdy człowiek ma ciało, zdolne do odczuwania bólu i chce je przed tym bólem ocalić, na tyle, na ile to możliwe. Ciało oprócz odczuwania fizycznego bólu, potrafi także sprawić, że odczuwasz strach, lęk, niepokój. Owszem, wiele doświadczeń pozostaje na zawsze za murem, ale jeżeli pozwolić, by mówiło ciało, stają się bliższe niż można by sądzić, chociaż przez to wcale nie zrozumiałye. Empatia nie mówi o zrozumieniu, ale o współbyciu. Nie zakłada też gestów zbiorowych, ale pojedynczość, nawet jeżeli dla podjęcia tej próby trzeba uwzględnić szerszy kontekst, to w centrum zawsze pozostanie osoba, jedna, niepowtarzalna.

Empatia, szczególnie w kontekście historycznym, porzuca złudzenie neutralności, równego dystansu, drogi środka i zarazem – chociaż wydaje się to niemożliwe – nie dryfuje w stronę żadnego z biegunów politycznych, prawego, czy lewego. Powołując się w sposób bardzo ogólny na prawa antropologii przestrzennej Victora Frankla, można powiedzieć, że empatia wprowadza trzeci wymiar do dwuwymiarowego sporu. Frankl, tocząc zupełnie inny spór w obrębie psychologii i antropologii, w prosty sposób pokazał jak redukując formę przestrzenną – np. kulę lub stożek, do figury (lub figur) dwuwymiarowych uzyskujemy sprzeczne lub zadziwiająco zgodne obrazy tego samego przedmiotu. Stosując tę analogię do empatii w kontekście zaangażowania literackiego, trzeba było by powiedzieć, że nie jest ani lewicowa, ani prawicowa, bo pomimo żarliwego zaangażowania nie gra w tę grę, jaką próbują jej narzucić ideologie i jej literackie mutacje. Empatia pracuje na zupełnie innym planie niż ideologie, które zawsze będą miały tendencje do redukowania jednostkowości, niepowtarzalności. Tu jest źródło niepodległości gestu – literackiego, poetyckiego – zakotwiczenie w tym, co jednostkowe. Tylko to pozwala skutecznie detonować przed czasem próby manipulacji, zawłaszczenia pojedynczego śpiewu, lamentu, inkorporowania go do wycia hordy.
[…]”

Gdyby kogoś interesował całokształt – to jest na stronie pozbawionego właśnie ministerialnych dotacji serwisu ArtPapier.pl, co samo w sobie staje się pomału czymś w rodzaju silnej rekomendacji:

Opublikowano Radosław Wiśniewski | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Anoreksja na śniadanie 2

Ewa Maria Slaska

Tak, oczywiście, pisałam już o tej książce.

TU

Powtarzam temat, bo 20 czerwca o godzinie 19 zapraszamy do OstPost na Choriner Str. na spotkanie z Roksaną Wiankowską, autorką książki Anoreksja na śniadanie. Piszę „zapraszamy”, bo to ja poprowadzę to spotkanie. Roksana mnie o to poprosiła już PO tym, jak napisałam na blogu o jej książce.

Oferujemy więc z Roksaną niezły mix pokoleniowy – mogłabym spokojnie być jej babcią.

Więcej o wydarzeniu

Uprzedzam, będziemy rozmawiać po polsku. Roksana świetnie mówi po niemiecku,  ale spotkanie będzie po polsku, bo taka jest, że użyję współczesnej terminologii, grupa targetowa: młode kobiety, polskie nastolatki i ich matki, babcie, przyjaciółki, siostry… Oczywiście mogą to też być mężczyźni, chłopcy, ich ojcowie, dziadkowie i bracia, ale zakładam(y), że przyjdą głównie kobiety. Anoreksja podobnie jak bulimia to jednak przede wszystkim choroba, która dotyka kobiety. Ale oczywiście dotyka też mężczyzn, którzy kochają te kobiety.

Jak to się zaczyna? Jak to w ogóle jest możliwe, że się zaczyna?

Zdecydowałam: schudnę i zacznę się wzorowo uczyć. Poddam się temu całkowicie. Tak, właśnie! Pokażę wszystkim, że jestem wyjątkowa. Udowodnię, że potrafię wykorzystać swój potencjał i wykażę się siłą. Wkrótce poznałam Sabinę – było to moje drugie ja, mój wewnętrzny głos, który miał poprowadzić mnie przez drogę do sukcesu.
– Nie zjedz kolacji przez tydzień, zobaczysz, to pomoże – mówiła Sabina. Ta nowa, lepsza wersja mnie. Przynajmniej tak mi się wydawało. To tak, jakbyś dostał opakowanie ulubionych ciastek, a ktoś powiedziałby ci, że są one zdrowe i od nich nie utyjesz. Możesz zjeść ich ile tylko chcesz. Jednak po fakcie okazuje się, że w tym wszystkim był pewien haczyk. Nie masz gwarancji, że osoba, która powiedziała ci o cudownych „nietuczących” ciastkach, mówiła prawdę. Tak samo ja uwierzyłam Sabinie. Skutecznie mi wmówiła, że tylko z jej pomocą mogę osiągnąć wszystko, czego pragnę. Zaczęło się niewinnie. Po powrocie ze szkoły i zjedzeniu tam dwóch kanapek lub drożdżówki, napychałam się ogromną paczką top chipsów. Naiwnie sądziłam, że schudnę, jeśli zamiast kolacji zjem chipsy. Tak, wiem, wydaje się to śmieszne. Jednak to był dopiero początek podstępnego planu Sabiny. Chwaliła mnie za postępy, które robiłam, nawet jeśli chodziło o napychanie się „śmieciowym jedzeniem” zamiast zjedzenia obiadu i kolacji.

Roksana chce zacząć spotkanie od piosenki Skinny love zespołu Bon Iver z wydanego w 2007 roku albumu For Emma, Forever Ago. Piosenkę napisał i przejmująco śpiewa Justin Vernon. Uważa się powszechnie, że piosenka opowiada o byłej dziewczynie Vernona, Christy Smith, choć sam Vernon twierdzi, że to nie do końca tak: „[…] to utwór o tamtym czasie, o związku, przez jaki wówczas przechodziłem; jesteś w związku, bo potrzebujesz pomocy, ale to niekoniecznie musi tak być, niekoniecznie musisz być w tym związku. To ma bardzo cienką skórę.”

A tu ta sama piosenka w wykonaniu Birdy. Choć Birdy pięknie ją śpiewa, w komentarzach na youtubie słuchacze często podkreślają, że piosenka, niezależnie od tego, co głosi sam piosenkarz, jest tak osobistym wyznaniem Vernona, że nie powino się jej coverować. Ale to wersja Birdy przyniosła sławę tej piosence.

Come on skinny love just last the year
Pour a little salt we were never here
My, my, my, my, my, my, my, my
Staring at the sink of blood and crushed veneer

I tell my love to wreck it all
Cut out all the ropes and let me fall
My, my, my, my, my, my, my, my
Right in the moment this order’s tall

And I told you to be patient
And I told you to be fine
And I told you to be balanced
And I told you to be kind
And in the morning I’ll be with you
But it will be a different kind
And I’ll be holding all the tickets
And you’ll be owning all the fines

Come on skinny love, what happened here?
Suckle on the hope in light brassieres
My, my, my, my, my, my, my, my
Sullen load is full, so slow on the split

And I told you to be patient
And I told you to be fine
And I told you to be balanced
And I told you to be kind
And now all your love is wasted
And then who the hell was I?
And I’m breaking at the britches
And at the end of all your lines

Who will love you?
Who will fight?
Who will fall far behind?

To piosenka o miłości, która być może nie poradzi sobie z wyzwaniem. W powieści Anoreksja na śniadanie autorka pisze, że nie dałaby rady, nie wróciłaby do życia, gdyby nie miłość matki.

To wielka odpowiedzialność – kochać osobę chorą na potrzebę destrukcji własnego ja. Kochać…

O tym porozmawiamy w środę za dwa tygodnie. Czekamy. Roksana i ja.

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Reblog czyli resłuch… Pokraj

Czy najśmieszniejsza książka 2018 roku może być jednocześnie powieścią serio? Na pewno śmiejąc się z Pokrajaków, śmiejemy się z samych siebie.

Andrzeja Saramonowicza, znają wszyscy, jest przecież twórcą kultowych filmów komediowych: „Testosteron”, „Lejdis” i „Ciało” i autorem bestsellerowej książki „Chłopcy”. Teraz „Pokraj”.

Ziemowit Szczerek:

Jeśli ktoś się spodziewał, że Saramonowicz rozprawi się z polskością z wdziękiem Gombracego prowadzącego na kwasie daewoo lanosa, to się dobrze spodziewał. Czyta się to szybciej, niż rzeczony lanos śmiga na tuskostradzie, a wciąga bardziej niż oglądanie pojedynku Pawłowicz–Niesiołowski na TVN24.

Fragmenty powieści „Pokraj” Andrzeja Saramonowicza
Czyta Krzysztof Gosztyła
Wydawnictwo Muza SA
Premiera 23 maja 2018

Resłuch(y) za zgodą Autora – dziękuję!



Wciągnęło? Oczywiście. Reszta w księgarni lub na youtubie, już lub za chwilę… szukajcie a posłuchacie, jak głosi Biblia...

Opublikowano Redakcja | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Barataria 68 Basilio

https://www.facebook.com/Yumi.Iloveballet/videos/1936906366329071/

To nie Barataria, ale balet Don Kichot. Taniec Basilia w wykonaniu Tetsuya Kumakawy.

A tu po kolei aż 13 solistów wykonujących tę partię, mniej więcej w połowie filmu – wariacje Basilia w wykonaniu Rudolfa Nurejewa.

Przypomnijmy: choreografia Marius Petipa, muzyka Léon Minkus.

Basilio, fryzjer, kocha piękną Kitri, na co nie zgadza się ojciec oblubienicy. Kochankowie uciekają, a Don Kichot i Sancho Pansa, pomagają im w zdobyciu ojcowskiego pozwolenia na ślub. Miłość zwycięża! Amor vincit! Basilio tańczy upojony szczęściem. Zaprawdę – wariacje Basilia. Podczas premiery baletu w grudniu 1879 roku w Teatrze Wielkim w Moskwie rolę Basilia zatańczył Sergiej Sokolov, a Kitri – Anna Sobeshchanskaya. Pisaliśmy już o tym balecie – Lech Milewski we wpisie o Petipie, ja opisując między innymi perypetie Matyldy Krzesińskiej, która nie mogła sobie poradzić z 32 fouettés en tournant w scenie ślubu Kitri i Basiliem.

Tetsuya Kumakawa, urodzony w roku 1972, otrzymał w roku 2006 piątą „Asahi Scenic Art Prize” za oryginalną interpretację choreograficzną baletu Don Quixote.

 

Opublikowano Ewa Maria Slaska | Otagowano , | Dodaj komentarz